środa, 13 września 2017

teatralnie

nałapałam srok za ogony i...
nawet ogony wyślizgnęły mi się z zasięgu ręki. może to i dobrze, bo nagle wszystko zaczęło się nakładać.
skupiam się na szykowaniu niespodzianki. D-day już za dziesięć dni, a niewiele gotowe. szukam teł, inspiracji, fotografa. śpiewam w głos, nagrywam i staram się nie odsłuchiwać, bo dramat.

szerszenie krążą nade mną jak sępy.

uzależniłam się od endorfin. nie potrafię ich odstawić.

mało czytam.

dziwny czas. jednocześnie napięty i leniwy.

sprawdzam stare znajomości - nie działają.

dużo śpię.

wraca stara znajoma - deprecha. na razie ją ignoruję, ale wiem, że będzie słabo. może się gdzieś po drodze zagubi, co?

z dobrych wieści - Najmłodsze Dziecko się naprawiło, odkąd poszło na piłkę. może od początku o to chodziło?

waga pokazuje -5 kilo, chyba już mogę się pochwalić, bo lato się kończy i zaczynam żreć. wbiłam się w ukochane spodnie z motylkami, ale to dzwony. choć widziałam już ludzi na mieście w dzwonach właśnie. więc może już można?

a dziś rozmowa o systemie polskiej edukacji [niezależnie od dobrej zmiany], której to stałam się przeciwniczką, uprzednio bywszy zagorzałą fanatyczką. ten system ZUY do imentu. M. siedział z Córunią nad matmą, chemią i fizyką od 7 do 11. dziecko zaryczane. z fizy 6 zadań, każde o ośmiu podpunktach. po chuj? serio, po chuj to komu? 


piątek, 1 września 2017

pani kasjerka

wracając do domu zahaczyłam o lidla, w którym bywam sporadycznie. ale wiecie, czas zeszytów szkolnych, długopisów, wchodzę.
godzinę wybieram zeszyty ze starwars, bo z zygzakiem już nie halo.

przy kasie żalę się na swój los, że tyle trzeba przegrzebać, żeby znaleźć r2d2. pani kasjerka cieszy się, że ma to już za sobą. mówię, że najmłodszy - 12, więc już odliczam. a ona na to, że jeszcze się zejdzie. dziś właśnie jej wnuczka poszła pierwszy raz do przedszkola! 175 km stąd niestety, choć ma to i dobre strony ;).

teraz już wiem, że to się nigdy nie kończy...


poniedziałek, 28 sierpnia 2017

wykradzenie Baby.

Baba to taki jacht, który ma z 50 lat. Robiony dla harcerzy.

Razem z M. wykradamy ją cichaczem, bo przecież trwa akcja "Areszt Baby" z powodu podwyżki czynszu. Pomost trochę naprawiony, tzn. stoi prościej, ale za to nie sięga brzegu. Ktoś usypał pół metra grobli, żeby łatwiej doń doskoczyć.
Klucze są [nawet nie spytałam N.], silnik działa, odcumowanie idzie gładko, wtem... sama przywiązywałam pomost do brzegu. skośnie do pomostu biegnie cuma, którą radośnie nazwaliśmy kotwiczną, może dlatego, że to taka lina pływająca. Przywiązywałam ją wraz z szefem HOWu, którego poznałam wcześniej u G.
Baba stoi w trójkącie pomost-brzeg-lina. Wiatr dopychający. Wychodzimy tyłem, wiadomo, że miecz nie przejdzie. Bosak, pych, silnik zgasł, obracanie przodem, nenufary... słowem kaszana. Silnik gaśnie. Trzymam na pychu. Coś się wkręca w silnik. Cuma od bojki. "Daj nóż!". "Nie mogę, bo trzymam łódkę na pychu". Koniec końców wyszliśmy. Jednocześnie z nami wychodziły z pomostu obok dwie kobity. "Zaczekaj, mówię, bo to dwie baby". "Na co mam czekać?". "Czekaj, bo one też tyłem wychodzą [tzn. my już przodem], będzie kaszana". Wyszliśmy. Przypierdoliły nam centralnie w dziób.
Potem było pływanie. Zwykłe docinki, za to krzyków mniej. Szukanie wiatru - o, dziś trochę powiało. Zwroty, przechyły. Nieźle.
Trzecia. Powoli wracamy. Syna odebrać mamy z L. z obozu koło czwartej.
Telefon. Przyjedziecie za pół godziny? Qwa, już?!!!
Rozglądam się. Do portu została już ostatnia prosta wzdłuż cypla. 100 metrów?
"Zrzucamy żagle!". "Zaczekaj, zrzucimy w wejściu do portu". "Nie, dryfujemy w brzeg i w ogóle na silniku będzie szybciej". Silnik zapalony, ustawiam się do wiatru, akurat przywiało i odwróciło się nieco, więc nie mogę, pieprzę zasady, wrzucam bieg, przyspieszam - silnik nie reaguje, pyrkocze tylko. Na wolnych obrotach nic nie zrobię. Szmaty zrzucone, elegancko wpierdalamy się cypel... okazuje się, że [uwaga!] zabrakło benzyny. Zaczyna wściekle piździć. Pagaje możemy sobie wsadzić ewentualnie w dupę, co i tak by nie pomogło. Spycha nas na środek jeziora.
Stawiamy kawałek grota. Łódka nie chodzi. Stawiamy grota do końca. Nadal ledwo chodzi. Zwrotu nie zrobię. W międzyczasie M. próbuje przełączyć na zbiornik górny. Nie udaje się. Stawiamy foka. Do portu zrobiło się pod wiatr. Halsujemy. Dzwonię do Sąsiadki, żeby odebrała nasze dzieci. Ostatni hals do portu. Znów się odkręciło i płyniemy połówką i wtedy - puszcza wanta. Do portu z 500 m, jestem za Transformatorową [to taka wyspa]. Dojdziemy czy pierdolnie druga. Pytam, czy da się dokręcić - w sensie czy się nie urwała. "Nie da się". No pewnie, że się nie da, póki jachtu nie obrócę na zawietrzną, ale ja rozumiem, że się urwała. Wreszcie się dogadujemy. Robimy zwrot, M. przykręca. Wpływamy do portu na grocie. Ustawiam się do wiatru za wysoko, na wantach dopycha mnie do pomostu, walę w Atitę. Przecumowujemy znowu łódki - Atitę na miejsce Baby, bo lżejsza i rzeczywiście z łatwością przechodzi po "kotwicznej". Cumujemy Babę. Wszystkie łódki stoją alongside, tak jak je zostawiłam w zeszły poniedziałek, podczas akcji "Zerwany pomost".
M. schodzi z Baby zielony. Ze strachu. Wpada w stupor. Ledwo się odzywa do tej pory.

A bachory w domu głodne.

sobota, 19 sierpnia 2017

piekielnie ciężki...

... to był rejs...

psychicznie.
3 trudne tematy.
do tego kto z nas umie żeglować?
jak się ścigać słoniem [tes32]?

pozytywy:
- nie rozstaliśmy się
- było ciepło
- cudowna noc z gwiazdami
- przebyliśmy nocą mikołajskie na kotwicy w poprzek i nic nas nie rozjechało



niedziela, 13 sierpnia 2017

panta rhei

wszystko przypływa i odpływa w niekończącym się cyklu. na przykład wyrzuty sumienia. wracają i zalewają mnie łzami rozpaczy, by po chwili odpłynąć i pozwolić uczuciom ochłonąć, a głowie - ułożyć sobie świat na nowo.


sobota, 12 sierpnia 2017

jednak nie

odszedł rano.

a teraz muszę się nauczyć z tym żyć.