sobota, 4 listopada 2017

z uporem maniaka

... wchodzę wciąż do tej samej wody, stawiając jej niespełnialne wymagania.

naiwnie wierzę, że koniec będzie dobry. czasem się na tę wodę obrażam i nie odzywam się przez kilka dni, ale potem znów mnie ciągnie.

***

Magda Jethon. To prawda, co w Uchu. Unbelievable.

***

A gra w bierki nie jest taka zła.

***

Płyta nagrana, przygotowana. Nie mam pojęcia o dystrybucji. Droga ta zabawa.


wtorek, 24 października 2017

karma

w południe zakończyłam pewną dziwną relację. nazwijmy ją negatywną. przez czas jej trwania szukałam teatru, który by zechciał mnie przyjąć.
godzinę później zadzwonił pan Welwet z teatru.
dwie godziny później zadzwoniła pani B. z teatru w mieście obok.

oboje umówili się ze mną na jutro, na szczęście na różne godziny.

w związku z tym nie pojechałam na próbę w teatrze nr 4. chyba słusznie, nie?

***
płyta istnieje wirtualnie. okładka prawie realnie, bo tylko w 12 egzemplarzach. cd nie istnieje, gdyż żaden format nie smyra w moich wieżach.

niedziela, 15 października 2017

wkurzająca bezradność

stoję na światłach. rowerzysta mija mnie z prawej i beemkę stojącą przede mną. zwraca uwagę facetowi w beemce. widocznie zajechał mu drogę. facet w bejsbolówce wysiada z czarnej limuzyny i daje rowerzyście w ryja. ten spada z roweru, przewraca się. beemkarz wsiada spokojnie do auta i rusza, bo akurat zapala się zielone. stoję za nimi i nie wiem, co robić. akcja dzieje się tak szybko, że nawet jak wyjmę telefon i znajdę guzik aparatu, to już go dawno nie będzie.

mogę mu jeszcze wjechać z przyjemnością w duppę. wtedy ja bym też dostała w ryj.

#bezradna.

wtorek, 10 października 2017

Darek, który mieszka na cmentarzu


Wybrałam się na bródnowską nekropolię, wiecie, tu zgrabić liście, tam wyrzucić choinkę, gdzie indziej postawić kwiatka.
Wynurzam się z auta z naręczem grabek, rękawic i miotełek, gdy wtem za plecami słyszę:
- Dzień dobry.
- Dzień dobry - mówię odruchowo, przerażona jak sarna złapana na obgryzaniu tui sąsiada. - Przestraszył mnie pan.
- Przepraszam, nie chciałem. To pani - podaje mi oberwane szczątki chryzantem, które odpadły przy wyciąganiu donic z folii.
- Aha, dziękuję - znowu odruchowo. Patrzę wyczekująco.
- Bo ja zbieram na spodnie. Gdyby zawiozła mnie pani do M1, kupiłbym sobie nowe spodnie za 23 złote. Ja nie na wódkę.
Jeżu, myślę, teraz nabierają na gacie? Na benzynę mnie nabrali, na bułki dla dzieci, na 20 gr do fajek, no, ja taka naiwna jestem. Ale na spodnie?
Daję mu te dwie dychy i kucam wyrywać chwasty z grobu dziadka. Dziadek umarł tak dawno, że jeszcze przed moim urodzeniem, ale może ktoś mnie kiedyś złoży obok niego, to wyrywam. Pan wyrywa ze mną, choć nikt nie ma pojęcia, gdzie jego położą.
- Pani odpocznie, ja tu sprzątnę - to do mojej matki.
Mamusia daje mu rękawiczki.
- Bo ja byłem w domu dziecka. Ojciec mnie nie chciał, matka kochanków sprowadzała. W kuchni się z nimi spotykała. Przy siostrze. A ojciec przywiązał ją do drzewa, żeby jadła trawę. A nie ma pani dla mnie pracy w ogrodnictwie? Darek jestem.
- Iwona - znowu odruchowo.
Matka przebiera nogami, widać, że chce, żeby już poszedł. Panu zaś włączył się tryb: opowiem wam o sobie. Więc opowiada. O GROM-ie. O pogrzebach. O tym, jak się śpi na cmentarzu i kogo nocą można tu spotkać. O tym, kto zabiera z powrotem znicze i kwiatki, żeby je ponownie sprzedać. O ojcu, z którym nie chciał gadać. O tym, że matka mu się śniła.
Wtem prosi o nóż. Mamusia ochoczo mu podaje. Moja wyobraźnia podsuwa różne scenariusze, ale w końcu z Pragi jestem, nie boję się rozgadanego kolesia. Nawet z kosą.
Wreszcie obie mamy dość wyrywania chwastów i próbujemy udać się na z góry upatrzone pozycje, czyli do auta. Darek obiecuje, że dokończy do rogA. Wyrywanie chwastów dookoła nagrobka dokończy dotąd - pokazuje nogą.
W nagrodę dostaje nóż i rękawiczki. On naprawdę nie na alkohol, tylko na spodnie zbiera.


***
Tylko czemu z kieszeni kapała mu wódka?

***
I jakich dożyliśmy czasów, że nie wiadomo, czy pomóc, czy pogonić. Ja wciąż jeszcze daję, mimo że robią mnie w trąbę.

środa, 27 września 2017

pokolenie Z - c.d.

Bo w ogóle to wczoraj zadzwoniłam do bardzo dawnej koleżanki. Uwielbiamy się od liceum. Jako pierwsza z moich koleżanek urodziła dziecko. Dziś Majka ma 19 lat i zaraz zaczyna studia.

- Słuchaj, bo Twoje dziecko to chyba na jakieś studia poszło.
- Poszło, poszło - mówi z dumą. - I właśnie dziś tak mnie strasznie zdenerwowało.
- Czym?
- Bo żeby wyrobić legitymację, musi mieć badania lekarskie, a ona ich do tej pory nie zrobiła. Kazałam jej od rana dzwonić i wziąć numerek, a ona wstała o dwunastej i mówi, że tam jest zajęte! Wiadomo, że jest! Kazałam jej szybko jechać do przychodni, a sama za setnym razem się dodzwoniłam i ją zapisałam.
- Yyyy, ale po co?
- Jeszcze bym musiała jej mandaty płacić za jazdę bez legitymacji!
- Yyyy, ale co Cię to obchodzi? I dlaczego Ty?
- Bo wiesz, ona pracowała w wakacje - znów słychać dumę w głosie - i nie po to zarobiła swoje pieniądze, żeby je wydawać na mandaty.
- Ale... czy to nie jej sprawa? Dorosła jest?
- Och, niedługo sama zrozumiesz. Dziecko się ma już na zawsze.
Ale czemu nie pozwalasz jej dorosnąć? - tym razem już tylko pomyślałam, bo z wiekiem coraz częściej gryzę się w język.

Ta koleżanka jest serio normalna, jedna z najbardziej trzeźwo myślących kobiet, jakie znam, owszem, po przejściach i świat by dzieciom przychyliła, ale bardzo rozsądna.
No właśnie.
Stąd moje przemyślenia o pokoleniu Z, które PRL-u nawet nie powąchało, od rodziców dostało WSZYSTKO z trzema nawiązkami, a nie potrafi o siebie zadbać ni ciut, bo zawsze pierdołami zajmowali się Starzy.
Hodujemy pierdoły życiowe.

pokolenie Z

nie wiem, czy ktoś jeszcze panuje nad tym, żeby odróżniać te pokolenia. ja nie odróżniam. świat dzielę na tych, którzy pamiętają komunę, i tych, którzy dorastali w mandarynkowym świecie kartunów i plastikowych zabawek.

ci drudzy nie czują szacunku do niczego. do innych ludzi, do pracy, do przedmiotów. bo szacunek to coś, co wymarło wraz z obaleniem muru berlińskiego i zalewu amerykańskiego lajfstajlu. szacunek się nie sprzeda. nie ma wartości. nie przyniesie nic w zamian.

"wyluzuj, jest niedziela, ludzie, czego wy ode mnie chcecie" - pisze do mnie 25-letni właściciel studia nagrań poproszony o przesłaniu jednego pliku, który wczoraj nagraliśmy.

"może mi pani zostawić te buty" - bez znaku zapytania startuje moja Córcia do pani w sklepie zajętej innym klientem.

niby nic w tym złego, a jednak niesmak we mnie pozostał. to ja się wstydzę. za nich. może tak samo wstydziła się za mnie babcia mojej koleżanki w latach 80., gdy bezczelnie paradowałam po jej wsi w bardzo jasnych dżinsach, które ona nazywała kalesonami.

może to taka wymiana pokoleń. może za 20 lat wszyscy będziemy mieć na wszystko wyjebane, bo cały świat będzie należał do nas i nie będzie potrzeby silenia się na uprzejmość. Córcia nie widzi tej potrzeby. ja wydaję jej się staroświecka jak Starostecka lub Fogg z głupimi ograniczeniami liczby dziurek w uchu. i co z tego, że się na to nie godzę? może wychowam społeczne kaleki, gdy każę im się grzecznie odnosić do sprzątaczek?

albo wraz z obolałym po czterdziestce ciałem zlasował mi się mózg i zwyczajnie nie nadanżam za pędzącym na łeb na szyję światem?

nie bawi mnie hasło "żeby było, jak było" [swoją drogą niezły koleś je wymyślił], jednak wciąż upatruję pewnych norm zwykłej przyzwoitości/grzeczności, której nie zaszczepił mi katolicyzm ani żadna inna religia [jestem bezbożnikiem od urodzenia] tylko zwykła ludzka moralność.

ale moralność, jak potwierdza Dulska, każdy ma swoją.