czwartek, 31 grudnia 2015

new year

wish everyone to find what you are looking for... :)


środa, 30 grudnia 2015

sen / dream

I had a dream. I guess around midday. And I got late for family breakfast.
Anyway, somehow I found myself in a church and something had happened to the priest and I was obliged to preach a sermon.
In the meantime they started up selling some cheap staff during the mass. Yes, there was a huge mess.
I had to do it without any earlier preparation, so I only sketched a subject of my talk and started: 'Do any of you cheat?'. And the people around quietened. I went on with how immoral cheating is. And to my surprise the people answered my questions and reacted vigorously. After that I saw myself in a local newspaper...
The important thing was that I felt fantastic with the shoot of adrenaline and when the crowd was accepting me.

What can it mean? Will I become a village preacher? Or I do preach too much at home ['Mama, don't preach'...]?  


a job has come

surely i should get back to teaching kids? am i not too old to be crawling on the carpet, singing 222 times the same songs, pretending to be crazy like in the old days?
perhaps.
but in the meantime i have become an elderly lady - that's how i feel thanks to 22222 croswords done in last few years. i should be the one to employ staff. thanks gods she was older [that's what i hope] than me. if it was the opposite i would have escaped. and she told me to take off my shoes in the office. what a country!

waiting for a miracle to come...

it's like in the joke with a gold fish. be careful about your dreams. they may come true. one boy dreamt to help santa with packing up presents...


so i'm giving up dreaming. remember: never start a sentence with 'i wanna'...

wtorek, 29 grudnia 2015

Is that really awful...

... to feel happy when all the small creatures are away? When there are no surprises in the kitchen like butter smudged knives, no empty bottles everywhere and half-empty glasses? No empty pizza packagings in the fridge? No uncovered bread resting to dry on a stone. No stupid gadgets left in the living rooms, no sheets of paper left all around, no shoes at the doorstep, no sand in the corridor. No radio playing crazy music all day long. No questions/problems/asks asked every 5 minutes. No watching TV till one o'clock at night. No cries or complains for older brother. No eating every hour. No thinking of what to feed them with. NOTHING.
I wonder I would ever miss that...
I AM NOT so far and I suppose I wouldn't.
Cause I'm bad?
Tired?
Heartless?
Awful?

...

Perhaps.
But I don't care any more. I am HAPPY now. :)

niedziela, 27 grudnia 2015

odezwał się

ale nie ten...

matko, trza się umalować.

piątek, 25 grudnia 2015

Eve

Na Wigilii były dwie Ewy i jeden Adam. Jak co roku. Jak co roku nikt im nie złożył życzeń. Cieszę się, że Ewa mam na drugie. A moje imieniny wypadają dwa razy w roku, więc raz do roku, w październiku, krzyczę, że to dziś, a drugi wszyscy dzwonią sami, bo są bardziej popularne.

M. jako dziecko dostawał jeden prezent w roku. Urodzony pod koniec listopada, imieniny obchodzi w grudniu, więc prezent na wszystkie okazje znajdował pod choinką. Teraz mi nie pozwala dawać dzieciom czegokolwiek bez okazji. I tak daję. Babcie też.

Babcie to w ogóle powariowały. Jedna babcia dała po 350 złociszów każdemu. Chore - nie? A druga przynosi za każdym razem drobne pierdoły, które giną pięć minut później [taki fajny długopisik, cudna linijeczka, kupiłam ci cyrkiel - zgubiłeś? jak to?, piękna torebeczka <papierowa>] - Japończycy nazwali by to syndromem kawai.

O Japończykach nic nie wiem. Ale na Brunei jest zakaz świętowania BN. "Mianem czynów przeciwko islamowi określono m.in. dekorowanie choinek, śpiewanie kolęd i wysyłanie kartek z życzeniami z okazji Bożego Narodzenia. [...] Prawo koraniczne ma zostać w pełni zaimplementowane do tamtejszego systemu prawnego w ciągu trzech lat.".

Teściowa stwierdziła, że "za tych rządów to w radiu puszczają więcej kolęd. A pani premier miała broszkę w koty". Ja pierdolę...

Mikołaj był przybył.
Przyniósł coś-niecoś. Ja chyba wygrałam, bo dostałam kredki akwarelowe. W pudełku. 48 sztuk. Więc chyba oddam się zaraz malowaniu.




Aha, mamusia wydała książkę. Przypuszczam, że w nakładzie 10 egzemplarzy. W odróżnieniu od poprzedniej, opisuje dzieje naszych przodków. Zajmujące. Szkoda, że nie będzie komu jej czytać...

Raz się szarpnęłam. Nabyłam radyjo do auta dla M. Nie spodobało się. Cóż, okazało się, że paragon był w środku... Zresztą w kilku innych rzeczach też. Nie chciałam pogubić...

Ach no, nerfy! Nerfów dzieci nie wyjęły nawet z pudełek. Zajebiście. Musiała ciotka wkroczyć do akcji - szkoda, że nie ma zdjęcia - jak w seksownej sukience i na szpilkach gania za małolatami i strzela w nie styropianowymi nabojami, krzycząc: dostał!!! trafiony!!! poddaj się!!! dawaj naboje!!! Dopiero rodzina ciotkę [;)] poskromiła.

Delektuję się ciszą... :)

Wszyscy piszą o żarciu, choć to nie mój temat, to melduję, że zostało:
- pół garnka kapusty,
- resztka barszczu [zrobił się zakwas, ale strasznie słony, dolałam sklepowy babuni, ale straszny kwasior, więc doszło jeszcze trochę z kartonu],
- kupa uszek,
- trochę pierogów,
- prawie cała ryba po grecku,
- prawie cała sałatka krabowa,
- dużo śledzia w papryce,
- osiem roladek ze śledzia [było 12],
- trochę śledzia z jabłkiem [ale było mało],
- prawie cały śledź w pierzynce - to dobrze [wielka przykrywka od naczynia żaroodpornego],
- mnóstwo karpia,
- dużo dorsza,
- cały gar ziemniaków,
- pół wiadra sałatki jarzynowej,
- nic kompotu,
- pół blachy sernika,
- 1/3 makowca,
- trochę tego ciasta z kremem,
- nietknięty chleb
- zero soku pomarańczowego.

czwartek, 24 grudnia 2015

a ja dziś

jechałam pół godziny prosto pod słońce. daszek w felicji się nie opuszcza na tyle, żeby zasłonić najniższe ever słońce. radia w a-ucie nietu. chciałam pośpiewać Obywatela GC lub Maanam i żadnej piosenki nie mogłam przypomnieć sobie w całości. jedynie, że "naprawdę pragnę każdej z twoich bram, jestem paryżem [...] i wieży Eiffle'a blask [...] dotykam moskwy..."
a jechałam pod to słońce, bo kurier przywiózł jednego nerfa zamiast dwóch. więc przy okazji dokupiłam trzeci.
kontrolując porządki u progenitury znalazłam 7 nerfów, w tym dwa takie jak byłam zakupiłam...

tia...

prezenty spakowane - nie wiem, czy cyckonosze dla matki przyjdą...
chujanka stoi, nawet ubrana. [pan znajomy wędkarz, u którego kupuję co roku, bo mi daje taniej, tym razem powiedział, że mnie musi skubnąć i wziął 60. odrzekłam na to, że raz na jakiś czas może mnie skubać...]
kurze gdzieniegdzie starte. [kaczce też]. nawet robale z kinkietów odkurzone. gówna musze z lamp umyte wybiórczo - z każdej lampy wybrałam 5 najbardziej obsranych sopelków. a na oknach po zmroku nie widać.  
barszcz nie wyszedł - może dlatego, że chleb dorzuciłam dopiero wczoraj, a może dlatego, że za słony... ps: a jednak nie był zły
pierogów nie zrobiłam, bo M. zamówił.
śledzia robimy - nie zdąży się przegryźć.
ciasta jakby mało.
większość sprzątnięta, pierdoły pochowane. półki w kuchni wytarte do poziomu Radka [gdyby nie on, nie kazałabym M. wycierać tej drugiej].
lampa owadobójcza po lecie wyniesiona. a, właśnie, wczoraj obudziły się szerszenie - ale niemrawe. może pożyje bidulek parę dni, wszak +15 stopni [zapędziłam SS do mycia okna w kuchni - reszty nie widać].
listwy przyklejone. zdjęcia nie odpadły. u mnie znowu pierdolnik się zrobił - bo cały szmelc np. zeszłorocznych gazet i niepotrzebnych kubków - trafił do mnie.
kapustę rozmrażamy.

wesołych!

środa, 23 grudnia 2015

xmas sense

I am trying to get the Xmas sense. It surely comes from some pogan celebrations.
 
Ewangelie nie wspominają dokładnej daty narodzin Chrystusa. Obchodzimy 
je 25 grudnia najprawdopodobniej za sprawą pogańskich świąt przesilenia 
zimowego, rzymskich Saturnaliów i perskiego święta urodzin boga Mitry.


Winter solstice had an influence on human behaviour. What can humans do at the longest night ever if not feast? By the way they had to clean themselves and their surroundings to get prepared for the holiday, that's how all the traditions aroused. What I find funny is the pogan custom of putting some hay under the tablecloth: "Ścielenie słomy lub siana pod nakryciem stołu". The same with diduch, which is obvious father of today's Xmas tree. Small gifts for kids and other things samples that I can feel pogan and celebrate Xmas with no irony. The only traditions which I don't agree with is the wafer sharing...

Anyway, it means Xmas's the time to clean your souls to prepare for the new which is coming next.

I am. I have cleaned the sink. Have thrown last year newspapers and magazines [I wonder how much I spend on reading a year. And what's more crazy - for watching other people's houses]. I have vacuumed behind the sofa. Have left the web under the ceiling for Tekla. [However Tekla has been missing since yesterday...]. Have cut a little my hair. And have been thankfully meditating before falling asleep.

I am clean and ready ;).


wtorek, 22 grudnia 2015

sobota, 19 grudnia 2015

finished?

Chyba się skończyło...?

Wykres wyświetleń strony Bloggera

five days of fame ;) wtf?

tyle nie przeczytam...

dzisiejsze zakupy prezentów można by śmiało zaliczyć NGwR - Najgorszego Dnia w Roku, gdyby nie ostatnia scena w empiku. dwie panie stoją przed regałem, a jakże, książki o gotowaniu oglądają. jedna coś proponuje [no o gotowaniu przecież], a druga na to:
- Co ty, tyle to ja nie przeczytam.

***

po drugiej stronie tegoż regału leżała książka w promocji o wdzięcznym tytule: "Magia sprzątania". zajrzałam. przecież nie mogłam przepuścić okazji i nie poczytać o tym wrednym słowie na 's', które mamusia obrzydziła mi do [do czego właściwie można coś obrzydzić?] do niemożliwości [głupie]. tak czy siak, czytam, że sentymentalne pamiątki i podarki od znajomych [przyjaciół, kochanków itp.] są kompletnie niepotrzebne, bo spełniły już swoją funkcję. tak samo instrukcje, gwarancje, rachunki, wyciągi i mnóstwo innych szpargałów, bo nigdy do nich nie zajrzymy. no tak, a ja tak lubię przeglądać stare receipts i dziwić się, cóż takiego nakupowałam trzy lata temu 12 października na przykład...

zdjęcia też niepotrzebne.
buty, torebki i inne [te nieużywane].
jezu, a mnie jest WSZYSTKO potrzebne. wszystko mnie emocjonalnie wiąże. może dlatego nie mogę życia uporządkować?

i tak mnie naszło, że zacznę nowego bloga o swoich porządkach, a potem może wydam to w formie książki? zacznę po świętach. przed świętami wszak nie będę zaczynać wielkich porządków.

***

w tle aktualnie: Miles Davis: "Tutu" z czarnej płyty :)))))

***

wydałam dziś osiem stów. nie wiem, qrwa, na co. ale jako człowiek z nowym podejściem do świąt, mam w dupie resztę. jutro wstawię buraki. mogę poświęcić 5 minut na krojenie. pierogi zamówione, uszka też. sałatkę - mama. rybę - teściowa, śledź w pierzynce - ciotka, ciasto też. bigos/kapusta się zrobił, zrobić jeszcze śledzia zostaje. nie myję okien z tych gówien, chociaż pogoda sprzyja.

***

cholera, skończyła się strona A...

***

krzywa na fotoblogu prezentuje kształt funkcji stałej, gdzie y=60±20.

 

czwartek, 17 grudnia 2015

konkursowo

tia...
wczoraj wygrałam konkurs na wierszyk w gminie,
a dziś wygrałam konkurs na foto w gminnej bibliotece...
zważywszy, że SS. tydzień temu wygrał gminną nagrodę za mój rysunek, a ten rysunek trafił do kalendarza, to M. nakazał mi zagrać w totka.

a ja czuję, że to nie to samo.

liczba wejść na tajemniczego posta, na którym trzeba znaleźć kota, utrzymuje się. dziś doszło do Kanady...

przeczytałam kiedyś, a obejrzałam dziś "Ziarno prawdy" Lankosza na Miłoszewskim. chyba pierwszy raz mam dylemat, co wolę. lubię smakować język ZM, ale BL w reżyserce też nie wypadł nikomu spod ogona i stworzył całkiem miły dla oka obraz. sandomierz cudnie w nim gra.

właśnie przeczytałam na fejsie, że przeklinanie jest oznaką inteligencji, więc żegnam, motyla noga...

something goes wrong...?

Since Sunday I've been having 100 visits a day on one post of my photo blog... Isn't that strange? All from one country... Strange, isn't it?





środa, 16 grudnia 2015

wesoło

Blanka poszła z córcią do empiku. Córcia, jako że wszystko w biegu i czapki nie wzięła, zamiatała blond włosami wszystkie wystawione książki. Kurtkę miała khaki [jest jeszcze taki kolor?], brązowe buty i dżinsy. Chodzą, oglądają, macają, wszystko piękne. Rozstają się, znajdują przy innych półkach, jak to w życiu.
Blanka podchodzi do jednego standu, kątem oka dostrzega zieloną kurtkę z długimi blond włosami, dyskretnie sprawdza, co Córcia ogląda i widzi krew na okładce. Powstrzymać się nie może od komentarza:
- Zawsze musisz wybierać to, co ma krew na okładce?
Córcia wzrusza ramionami, odchodzi do dekoracji.
- Patrz, jakie rękawiczunie! - wykrzykuje Blanka, siląc się dowcip godny gimnazjalisty, gdyż rękawiczunie były maleńkie.
Córcia wzrusza ramionami i nic nie mówiąc odchodzi.
Blanka patrzy za nią zdziwiona. Dobra, dowcip taki sobie, ale żeby tak... Dostrzega niebieską torbę i... niebieskie buty... - skąd ona ma niebieskie buty?! Ona nie ma niebieskich butów!!!
Otóż w sklepie pojawiła się identyczne z tyłu dziewczę, no twarzy by nie pomyliła, w takiejże kurtce, o włosach po prostu identycznych w długości, kolorze i strukturze. Takiego samego wzrostu.

Blankę brzuch bolał ze śmiechu do wieczora. Nie poszła była na ćwiczenia i nie było czego żałować. Nigdy nie rozćwiczyłaby tak mięśni brzucha jak w empiku.

wtorek, 15 grudnia 2015

xmas

Xmas is coming. I know it, cause I've been to the shopping centres today and have seen so many people, that I resigned from buying anything.
Still I need to:
- make pierogi
- make barszcz - put the beetroots for the juice
- clean windows from flies' shit
- clean lamps from above
- clean all the shelves and books on them
- tidy the office
- finish with the photo wall
- make compot
- prepare tableclothes
- prepare bedsheets
- buy and dress the xmas tree
- set the table
ah,
- buy presents... - fuck!

poniedziałek, 14 grudnia 2015

for whom is charity

helping people is so rewarding - one would think... you feel satisfied and so needed. actually I guess all this charity stuff is for the charity giver not the charity receiver. we try to make ourselves believe we are better than others; better humans, we get higher self-esteem, we see ourselves as heroes who did a VIJ - very important job, which makes us VIPs and perhaps gives us the excuse to live.

when i fostered the three kids, i decided myself that's enough in matters of charity. i thought i'd done my job in the world. i stopped giving money to the funds and taking part in WOŚP. but after some time, when got used to the new situation, i started to feel empty. and now i'm looking for new opportunities. that's why i've found the family of Tatar refugees. that's why i am reading posts on fb about Szlachetna Paczka. i hardly know these people, but decided to go there. as i am never self-assured i set off at 10 pm, hoping they would have ended by then. they didn't. so i met a few people seen like 20 years ago. and - what's nicer - i could feel myself a part of a group. unfortunately we finished at 11, so i couldn't really get the grasp of it.

saturday morning the Kiermasz Sztuk Różnych was starting. i got up, asked M. to make a table, went to Ratusz, found some space left, called for Elmir [the one from the Tatar family], arranged a stall for him and happy with the well-done job went to bed again and slept all day.

this is what she makes - jewellery from beads...

no, not true. we arranged a wall of family and friends' photos. the idea was totally different. started up with a special wallpaper =>



but then i've found in Pepco those awful chinese plastic frames. I must admit the wall looks much more tidy.

<photo>

today i brushed the kołtun [tangle], which had arised on J.'s hair, thanks to the given by grandma brush-which-not-pulls-hair. of course, doesn't pull, as it brushes only the surface, leaving the whole volume of hair untouched.

i also revised XIV century, XV century of Polish history for tomorrow's test.

to sum up I could say it's a helping weekend, bad enough, didn't make me feel fulfilled.

piątek, 11 grudnia 2015

ruszyłam dupę


oddałam zdjęcia przemiłemu panu na Rynku [100 + 15 portretów + 3 małe na szybko], do których zbierałam się kilka lat. ha! no i wychodząc, w obecności kolejnej klientki, zaliczyłam wpadkę:
- ile pan dzisiaj chce ode mnie?
- no tak z tysiąc.
- tysiąc to ja mogę panu dać buziaków [co mnie naszło?! nawet nie jest w moim typie].
- nie mogę. to moja żona...
tia...

wysłałam list do F. ha!
skończyłam kolejny odcinek. ha!
dostałam 3 następne. nie ha.

chowając naczynia do zmywarki, słyszę delikatne szuranie za oknem. podnoszę głowę, a tam... wielka morda czarnego diabła! no się niemal zesrałam w gacie. a to miły kolega sąsiad wpadł na papieroska. a że czarniawy z natury...

a wieczorem zajechał Tatuś z Mk. i po raz kolejny było tak miło. i jak to ona mnie podziwia, szanuje i w ogóle. aż stówę zostawiła. pierwszy raz w życiu. wtf? a pies dalej na nią szczeka, jak tylko się ruszy. to chyba jedyna osoba, której nie zaczął tolerować po paru minutach. hmmm... chodzi o nastawienie właściciela?

Roman the cat nie staje na łapę w ogóle. najpierw stawał trochę, potem coraz lepiej, a po czterech dniach przestał całkiem. i tak już 3 dni leży i śpi. u weta wyskoczył z auta i schował się pod. potem wewnątrz wlazł za kanapę i do gabinetu nie chciał. potem pogryzł. i - tak jak się spodziewałam - dostał antybiotyk. na przeciwbólowy się nie zgodziłam. póki cierpi, to go nie nosi. [matko, jak dobrze, że o tym piszę, zapomniałam, że go byłam wypuściłam i siedzi biedak na mrozie. przybiegł trónogiem z wyzywającym miaukiem].

czwartek, 10 grudnia 2015

bez zmian...

M. pojechał na żubry... To ja chyba pójdę na żebry - kiedy ten dziesiąty?!!!
Czemu ten łeb tak łupie? - oderwało się tam coś?

SS wygrał konkurs plastyczny - jutro odbiór nagród w gminie. He, he, się wie, co namalować, żeby wójta poruszyło. No i namalować trza umić.

MS nie poszedł do szkoły. Niby że brzuch. A wczoraj mu kolega powiedział, że jest popaprany, bo nie ma prawdziwej rodziny. Trzy dni wcześniej powiedziałam prawdę jego ojcu... Ech, ludzie... Choć mimo wszystko obstawiam basen.

Po rozmowie z kim trza wiem, że pan Myśliwy, z którym miałam przyjemność dwa dni temu, jest chory na głowę. I bywa niebezpieczny. Czyli chleb musi mi śmierdzieć.

Kolega SS po treningu piłki ręcznej no po prostu zasnął mi w aucie. I nie chciał się dobudzić. Lat 14.

To na tyle marnych przygód osoby niewychodzącej z domu.

----------
dd* umarło
Cortazar też [to akurat nie nowość]
przygotowuję wreszcie zdjęcia na ścianę. z tysięcy fotek, które mam na kompie w setkach różnych folderów, mam wybrać sto. a potem je obrobić. chcę je mieć na sobotę, żeby wieszać na wielkiej ścianie. he, he.

środa, 9 grudnia 2015

the world around

... is going crazy... but I am slowing down.
xmas's coming and i'm not ready at all. no snow, no lights in the countryside, if you keep away of shopping malls, you can try not to notice it [by not looking into a calendar].
it was nice and warm yesterday - you did not need to zip the winter jacket.
i dream to become a cat or better a bear and fall asleep till March. autumn is always the season i feel dizzy, slowed down, unwilling to wake up or make any moves. uneager to get down to see the kids doing homework, eating with them, chatting...
would get under the blanket together with the dog. reading fb is the only action i'm able to take. the foggy atmosphere...


 is causing me apprehend things like through a cottonwool. feel like being stunned and low. don't care too much.
just don't care...
--------------
no dd*
no cortazar

poniedziałek, 7 grudnia 2015

day of positives

@ made postcards
@ went together for a walk - warm, sunny, long
@ J. won the table tennis competition
@ finished job and have no next one

 

sobota, 5 grudnia 2015

myśliwy

Mieszkam właściwe pośrodku niczego. Wokół pola, pola, dokąd wzrok sięga. Z jednej strony horyzont ogranicza piękna kępa akacji. Za nimi dalej rozciągają się pola. Czyjeś podobno. Chyba myśliwego, bo upodobał sobie ów pan środek łąki na wabienie dzików za pomocą starych bułek z pobliskiej piekarni. Ziemia pod bułkami jest całkowicie wypalona [nie jem już żadnych bułek, najchętniej w ogóle przestałabym jeść...].
Otóż, bułki potwornie śmierdzą. Chemiczny zapach rozkładających się ulepszaczy do pieczywa jest nie do wytrzymania. Poluję na tego drania osiem lat. Już myślałam o kamerze, działającej na ruch. Potem o Straży Miejskiej... Wreszcie próbowałam zaangażować szkołę, ale dyrekcja go zna i nic nie zrobi przeciwko niemu.

I wreszcie dziś go spotkałam. Od kilku chodzę po jego polu z aparatem, bo poluję na sarny. Sarenek dziś ani na lekarstwo, za to nagle zza krzaków wynurza się mitsubishi i już wiem, że to ON.


Pan się zatrzymuje, otwiera szybkę w drzwiach i... pyta, czemu chodzę po jego polu. Bez pytania. Tłumaczę, że go nie znam, pytałam telepatycznie, ale nie odpowiedział. On na to, że postawi tabliczkę. Wreszcie atakuje mnie, że robię mu zdjęcia. Ja też przystępuję do ataku i mówię, że wyrzuca chleb, który śmierdzi. Pan mnie pyta, czym palę w piecu. I który to mój dom.

Następuje długa wymiana zdań, o tym, czy chleb śmierdzi. I czemu ja go czuję, skoro mieszkam za kępą drzew [obecnie wyciętych, ale to inna historia]. Potem padają argumenty o szkodach, jakie wyrządzają dziki i odszkodowaniach, jakie leśnicy muszą płacić gospodarzom. Stwierdzam, że niewiele mnie to interesuje, bardziej martwię się o dzieci, które boją się chodzić do szkoły, bo po drodze czyhają na nie dziki [las jest po drugiej stronie drogi, po tej zaczyna się cywilizacja], więc uprzejmie proszę, żeby przestał tu wyrzucać ów chleb.

Pan zmienia taktykę i tłumaczy mi, że możemy walczyć, jeśli chcę, ale on właściwie nie jest kłótliwy, chociaż zawsze osiąga swoje. Na koniec raczy mnie historyjką o tym, jak spuścił jednemu panu powietrze z kół, sądząc, że tamten ukradł mu owe bułki...

Żegna się ze mną słowami: "Pani sobie tu chodzi i robi te zdjęcia. Do widzenia".

Podsumowując: wredny morderca dzików nastraszył mnie, żebym nie wtrącała się w jego chleb, bo przyjdzie i mi zrobi krzywdę. Może mu noga odpadnie - skupię się dziś wieczorem, chociaż to niebezpieczne praktyki. Szkoda, że nie mam jego włosa. Zrobiłabym laleczkę...

mam w domu górnika, ale Barbary nie znam...

"A dzisiaj Barbórka, wesoły to dzień, zabawa górnicza, więc ciesz się i śmiej..." - chodzi to za mną co roku od -dziestu lat.
I tak mnie naszło, że imieniny Barbary i może by życzenia złożyć, ale komu? No tak, ciotce, ale ona w wieku Basieńki Wołodyjowskiej, więc się nie liczy. Ciocia Basia ze strony M. była zeszła. Szukam w myślach i szukam...
W podstawówce w klasie była jedna. W następnej szkole - wcale. W następnej - jedna - mieszka w Stanach. W kolejnej - tak, w innej grupie, ale była. Głupia jak but. Może nawet nie głupia, tylko zbyt emocjonalna. Ponoć nauczycielką została. A potem ciemność. Żadnej Barbary.
Zastanawiam się więc - czy to imię wymiera? Znalazłam. Nie wymiera. Jest na 50. miejscu imion nadawanych dzieciom w ostatnim dziesięcioleciu.
A, jest jeszcze ta, co miała fajny biust.
Za to okazuje się, że Iwony nie ma w ogóle. Hm... A Julia od lat na pierwszym miejscu. I Kacper na drugim. Bardzo ciekawy dokument

Top Ten w 2005:


JULIA                        JAKUB                                                          
WIKTORIA               KACPER                                                
NATALIA                 MATEUSZ
ALEKSANDRA       MICHAŁ
OLIWIA                    SZYMON
ZUZANNA               BARTOSZ
MARTYNA               DAWID
WERONIKA             KAMIL
KAROLINA              MACIEJ
AMELIA                   PIOTR

Top Ten w 2014:



LENA                         JAKUB
ZUZANNA                KACPER
JULIA                         ANTONI
MAJA                         FILIP
ZOFIA                        JAN
HANNA                     SZYMON
ALEKSANDRA        FRANCISZEK
AMELIA                    MICHAŁ
NATALIA                  WOJCIECH
WIKTORIA               ALEKSANDER

 
Zośka pnie się w górę, Michał spada, pojawił się Filip
i znów Maja [powrót pszczółki?], za to nie ma już Mateusza
i Dawida [apostołowie w odstawce?].

A górnika mam w domu, odkąd gazownictwo należy do górnictwa. M. ma prawdziwą czapkę z piór! A pióra z prawdziwego koguta! I ten mundur... Ech!

-------------
dd* umarło... nawet na obiad były frytki z Maka... O kurczę, jeszcze rozdział Cortazara, a tu już druga!

piątek, 4 grudnia 2015

człowiek ten wciąż jest! [he's alive!]

więc było to tak:
przygotował się starannie. napisał mnóstwo listów pożegnalnych. darował majątek komu tam trzeba. pozamykał wszystkie sprawy.
wybrał najciemniejszy zakątek i wóz strażacki, który nigdy nie wyjeżdża do akcji, bo jest przeznaczony do zadań specjalnych.
...
tuż po [kilkadziesiąt sekund] szalonym porywie na własne życie przychodzi zgłoszenie dużego pożaru. dyspozytor [na kacu czy jak] wciska nie ten guzik i wysyła do akcji wóz do zadań specjalnych. koledzy go znajdują. [nie minęły 3 minuty]. jeden robi sztuczne oddychanie. za chwilę znajduje się defibrylator. po paru minutach przyjeżdża karetka. szpitalne badania zmian w mózgu nie stwierdzają.

no nie było dane mu się udać...
na szczęście :)

ale okazuje się, że to wcale nie jest takie proste. na sali szpitalnej ma fajnych kolegów: jeden wybrał za cienką linkę, a drugi nie trafił z pistoletu...

co mi przypomina pewien film. otóż wysłała nas była kiedyś dawno temu pani od angielskiego na festiwal filmów amerykańskich [chyba się właśnie skończyła -dziesta któraś edycja, nie, to szósta we Wro, a nasz stołeczny widać umarł]. poszłyśmy na pokaz filmu o znamiennym tytule "I hired a contract killer". pamiętam go do dziś. nie wiedziałyśmy, czy się śmiać, czy płakać. facet był zdesperowany. nuda życia, niechęć, nieudane życie. wiedziony tą beznadzieją zaczyna od wieszania - wypada hak z sufitu. z liną na szyi wkłada głowę do piekarnika - wyłączają akurat gaz. próbuje po raz trzeci - równie nieskutecznie. wreszcie dociera do niego, że skoro jest życiowym nieudacznikiem, to nawet samobójstwa dobrze nie popełni, więc - zgodnie z tytułem - wynajmuje kogo trzeba, ale - jak łatwo przewidzieć - zakochuje się. morderca zaś nie przyjmuje odwołań...

podsumowując, to naprawdę trudne zadanie, do którego potrzeba wiele energii...

a dziś odkryłam, że zawroty głowy towarzyszą niezwykle często depresji. więc jednak?


-----------------
dd* czy zawroty głowy usprawiedliwiają nicnierobienie, czy cały czelendź w pi...ach? ale zaczęłam Cortazara! #dumna

wtorek, 1 grudnia 2015

czy chce pani skorzystać z bezpłatnego badania krążenia?

odbieram telefon i słyszę powyższe pytanie. zwykle od razu dziękuję i nawet nie słucham, co proponują, tym razem czuję się skuszona. zostaję zmanipulowana i wpisana na tajemniczą listę. dostaję nawet sekretny numer [wciąż nie wiem po co].
lecę, pędzę, na łeb, na szyję, poinstruowana, że całość będzie trwała półtorej godziny, w czym mieści się badanie i konsultacja z lekarzem oraz omówienie metod fizjoterapii.

badanie trwa chwilę. wkładam palec do czujnika, który ponoć mierzy nawet stan moich zastawek [do tej pory nie wiem jak]. wynik otrzymam po prezentacji. dziadki siedzą już, zajęli co lepsze miejsca na przeciwko rzutnika.

korzystam z okazji - idę do biblioteki [a jakże, spotkanie odbywa się w bardzo medycznym miejscu - miejcowym GOKu], wymieniam książki, by wrócić na rozpoczętą już prezentację. pan sprawnie i o dziwo bez błędów[!] opowiada, że nie bierze przepisanych przez lekarzy leków, bo one mają więcej skutków ubocznych niż zalet. wplata historyjki o tym, jak sam poszukuje odpowiedzi na przeróżne pytania, poświęca swój czas na zgłębienie wielu medycznych problemów. porywa nas całkowicie. ufamy mu w pełni. odrzucamy pigułki i dajemy się ponieść marzeniom - składamy sobie obietnice, że przez 22 dni będziemy pili tylko wody z kurortów, jedli 3 razy dziennie o 8, 13 i 18, i przenigdy nie weźmiemy już żadnego proszka NLP. Precz z paracetamolem - już chcę wykrzykiwać, poniesiona falą entuzjazmu, gdy przypominam sobie, że właśnie dostałam okres i bez ibupromu zmieszanego z apapem nie przeżyję.

ale tak, chcę do uzdrowiska i na fajfy i potańcówki...

aha, stymulacja magnetyczna też jest dobra. nie lasery, nie krioterapia, tylko magnes działa. wierzę w pełni, nawet jedna myśl mnie nie zatrzyma. dlaczego te magnesy są takie drogie? czy nie ma żadnego domowego urządzenia, żeby sobie tym magnesem poleczyć różne schorzenia samemu? o matko! neuralgie też leczy? i zatoki? naprawdę jest taki domowy?!!!

uratowana!!! od jutra będę sobie robić zabiegi w domu. rozumiem, najlepiej na nim usiąść i oglądać telewizję... dobra, ile. rany, cukrzycę leczy, i prostatę... no nie potrzebuję, ale kto wie... powiedz wreszcie, ile kosztuje. przecież po to nas tu zebraliście, wszyscy wiemy, że to badanie to ściema. Ile!!!

jeszcze parę filmików z godnymi zaufania profesorami. jeszcze pokaz konsultantek [mogłyby być ładniejsze...]. jeszcze instrukcja. i pokaz. i... 6400. what? sześćset może. niech powtórzy... nie powtarza, jednak 6 tysięcy 400. Już widzę tych emerytów jak wyskakują z emerytur... tak, tak 6 zł dziennie. na zdrowiu nie można oszczędzać. jesteś dziś po zabiegu? ty też używasz, panie ładny? zniżka? 1000 zł? tylko pięć ofert?

wyrwałam się do domu.

M. mówi - sprawdź.

szukam. i pierwszy artykuł brzmi tak, a drugi tak.

pożyczyłam Cortazara. :)

-------------
dd* czy odkurzenie łazienki się liczy?



niedziela, 29 listopada 2015

day of findings

have found the script of 'Landru - women's murderer' [lost last week]
have found the camera charger!!! [lost Oct. 10th] :D:D:D:
haven't found the time to finish the job
have found time to read fb 666 times
'but I still haven't found what I'm looking for'...

--------------
dd*: umyłam połowę okna z muszych gówien. z rozpędu też drugą połowę [już chyba za jutro].
a! i przypomniałam sobie. w czwartek umyłam z muszych gówien lampę na stołem - wyzwanie nie lada, bo ma trzy klosze ;) 
besides have done chapter 3 history homework [monasteries, knights, towns and country in medieval times]. 
yesterday written opinion essay about traditions of African families - good or bad...

sobota, 28 listopada 2015

przychodzi baba do lekarza

na wszelki wypadek nie poszła, bo rozmowa brzmiałaby tak:
- co pani je?
- kręci mi się w głowie jak na karuzeli.
- gardło? kaszel?
- nic.
- brzuch, kupa?
- nic.
- inne objawy?
- nic.
- no to proszę więcej nie wsiadać na karuzelę.
- ale ja tylko zespsem na spacer poszłam byłam...

------------
dd* [dla domu] - schowałam wreszcie swoje buty [letnio-jesienne]
wczoraj umyłam to coś na sztućce w szufladzie
przedwczoraj, no nie pamiętam, ale wyzwanie jest od wczoraj...

czwartek, 26 listopada 2015

plan do marca

- przeczytać Cortazara
- nauczyć się włoskiego
- robić codziennie jedną rzecz dla domu
- chodzić na kręgosłup albo Latino
- odwyknąć od fejsa [od stycznia!]
- iść potańczyć choć raz w miesiącu...
- iść na kurs fotografii

wiem, taki noworoczny falstart, ale lepiej za szybko zacząć niż czekać na ataki [lękowe].

przeczytałam wreszcie ten artykuł. w mordę. Oriany Fallaci. prorok czy co? codziennie mniej we mnie tolerancji. ponieważ miałam pokaźne zasoby, to wciąż jej wiele zostaje, ale...
no właśnie, czy to ale rodzi we mnie nieczłowieka? podczłowieka? subhuman? sprawia, że z humanistycznego punktu widzenia staję się istotą gorszą, mniej wartościową społecznie? słabszej jakości? nieetyczną? mierną? by nie rzec: podłą?
a jeśli to ale kiedyś, gdy zaczną spełniać się najgorsze scenariusze, jeśli zaczną, urośnie do wielkiego sprzeciwu, to kim będę? czy będzie to oznaczać odarcie z człowieczeństwa? wyzucie się z ludzkich uczuć? zaprzeczenie zdobyczom cywilizacji?

no ta schizofrenia to kiedyś człowieka wykończy? czemu nigdy nie mogę opowiedzieć się po jakiejś stronie? po co mi te wątpliwości?

może odrobinkę zazdroszczę teściowej, która szybko uporała się próbą samobójczą syna sąsiadki i stwierdziła, że dobrze to wyliczył... [tak, przeżył].


ile razy

... dziesięciolatek może obrazić się w ciągu dziesięciu minut?

1. dialog pierwszy:
- Zaraz zagrzeję pierogi.
- A z czym są?
- Z serem [lubi] i jagodami [nie lubi].
- Uu [wyraz dźwiękonaśladowczy trudny do zapisania, wyrażający rozczarowanie, po którym następuje kilkuminutowa cisza i brak reakcji na wszelkie bodźce].

Mijają trzy minuty:
- Dobra, zjem.

2. dialog drugi:
- Co w szkole?
- Pan mi napisał uwagę, że nie sprawdzasz mi ocen.
- Pokaż. [Czytam: "Uczeń ma dwie jedynki ze sprawdzianów z przyrody, które może poprawić. Ma też średnią z polskiego 2,04].
- Możesz zapytać panią, kiedy mógłbyś poprawić te sprawdziany?
- Uu.

3. dialog trzeci:
- Mogę iść pojeździć?
- Po jedzeniu.
- A kiedy będzie?
- Będzie jak będzie [dobra, wiem, moja wina].
- Uu.

4. dialog czwarty:
- O której wrócisz?
- Nie wiem.
- To nie pójdziesz pojeździć, dopóki nie powiesz.
- Uu.

dzięki temu, że poszedł pojeździć, skończyło się dziś na czterech... jezu, kiedy dorośnie?!

środa, 25 listopada 2015

dla odmiany coś żywego...

zaczaiłam się. skoro wczoraj były, to czemu nie dziś? wróciłam po aparat.
i paczę, a między drzewami taczka stoi [mówiłam, żem ślepa?]. skradam się bliżej. a taczka fru! białą dupą jeno błysła i tyle. ale było ich więcy, więc prosz!:

went hunting. they were there yesterday, why not today? i got back to fetch the camera.
looking and see a barrow [have I said I'm blind?]. keep creeping and the barrow phew! flashed the white ass and that's it. but there were a few more:

tu są dwie/two:
 tu odchodzą/going away:
 i na koniec, gdzie mnie mają/away:

był sobie człowiek...

się kumplowaliśmy. kiedyś bardziej.
szalony człowiek. człowiek-ogień. strażak. wszędzie było go pełno. robił tysiące rzeczy jednocześnie. żonę miał. a z nią troje dzieci. jedno poronienie. zakochał się był w niej po uszy. ech, młodość... dom zbudowali. żyli w zawrotnym tempie. komis mieli. ubezpieczenia. studia podjął. pożary to jego żywioł. 3 lata z rzędu strażakiem roku wybrany. niczego się nie bał. w wolnych chwilach latał na motorze. ze zlotu na zlot. z gór nad morze. żył i pił. forsę przynosił. dzieci kochał. żonę też. do czasu. do czasu, gdy spotkał na swojej ulicy ciężarówkę z materiałem budowlanym. żonie mało było. mało było miejsca w domu. najęła ekipę do przebudowania tarasu na salon z kominkiem. nie strzymał był. kochankę miał. dała mu dziecko, swoje zostawiła byłemu. zamieszkali razem. żona oszalała. miasto nieduże, szybko przekabaciła na swoją stronę. szykany. granie dziećmi. kłody pod nogi. zatruta atmosfera. jakoś żył w tej infamii. aż rzuciła go i kochanka. rękoczyny. wyzwiska. odeszła. zabrała samochód. wszczęła krucjatę. nie strzymał.
...
znaleźli go koledzy strażacy wiszącego na wozie strażackim...

poniedziałek, 23 listopada 2015

deja vu?

mamy cenzurę [żądanie zdjęcia sztuki we Wrocławiu, zwolnienie dziennikarki]
mamy przywrócenie gimnazjów, siedmiolatków, emerytur
no i mamy zamknięcie [na razie nieszczelne] granic
ach, no i mamy obietnice bezpieczeństwa narodu
mamy też samowolkę [ułaskawienie na żądanie]
mamy grzebanie w TK - przygotowania do zmiany Konstytucji...?

no czyż to nie deja vu? że już widzieliśmy? przeżyliśmy? i ta retoryka jakaś podobna. i autorytet władzy też jakby. tylko że teraz władza może nadanie boskie [sic!]
ale u mnie zaczyna się demencja, to na pewno to, bo to przecież niemożliwe, żeby historia zataczała jakieś błędne koło, prawda?

niedziela, 22 listopada 2015

zły początek - happy end


gościów się zrobiło wielu
na tym M.-skim nie-weselu
każdy przybył samochodem
skończył alkoholowym głodem
mama tłoku nie strzymała
i czym prędzej odjechała
dzieci poszły na boisko
ot, i z tego dnia to wszystko.

zanim jednak przyjechali
tośmy se po razie dali
i plebejskiej patologii
przykładśmy dać światu mogli

nie wiem, jak to tak, że co się polepszy, to się za chwilę tak strasznie popieprzy, że tylko walizki pakować... niestety, to nie wzmacnia, tylko przecina kolejną nitkę... ile ich jeszcze zostało?
nie wiedzieć czemu pomogło oglądanie zdjęć z podróży po. ście lat temu.
wygląda na to, że poczułam wreszcie tego kopa, na którego czekam od września. mam zamiar się rozpędzić. trzymajcie mnie! ;)

sobota, 21 listopada 2015

witaj z powrotem,

pieprzona depresjo! dawno cię nie było. mam nadzieję, że długo nie zabawisz i pójdziesz sobie gdzieś. schowasz się w kącie pod miotłą. albo w kominie. a najlepiej obok ładowarki do aparatu [już szósty tydzień jej nie ma. diable - oddaj wreszcie!].
menda dopada fizycznie. skręca flaki i cudowne podsyła pomysły na życie.
może stąd ta afera z M.?
...
dobra, pójdę do niego.
wiem, wyznaczę sobie nagrodę za znalezienie cholernej ładowarki - może ona mnie zmotywuje, żebym wreszcie poszukała jej porządnie. tylko jaką...?
o, i ogarnęłam dziś ciuchy sprzed tygodnia... ;{. no te resztki na dary dla biednych.
M. ma dziś urodziny.
...
och, to sięgodzenie ;]
...
"program listopadowy...". u mnie wygląda tak, że przestałam nawet zespsem wychodzić. i 25 stopni utrzymuję przy kompie. a ręka myszkowa i tak zimna... stopy pewnie by też były, gdyby nie permanentny siad turecki.
...
mandaty niepopłacone.
teatr niezaczęty.
scenariusz niewybrany.
fundacja niewiemco.
...
no i wszędzie ta polityka. znów cały naród zostanie politykoznawcą. jak wtedy. jedno im trzeba przyznać: giertych z lepperem cały naród zainteresowali politykowaniem. każdy czekał, jaki skecz przyniesie kolejny dzień, z niecierpliwością godną oczekiwania kolejnego odcinka Alternatyw 2004. może i teraz ludzi zainteresuje, co czyni władza [oczywiście jeno w sferze fartuszków, pępkowych - sorry, becikowych, kasy na dziecko czy ulg dla cwaniaków-frankowiczów {o, to jest temat dla mnie!}]. sprawy ważne jak zawsze umkną w natłoku wrażeń. gazoport, stosunki z koleżanką Rosją, homo-vitro [choć może i lepiej, gdy in-vitro nie było uregulowane? właściwie rozmawiamy o uldze rzędu 2-3 tysięcy, bo za leki i tak trzeba płacić, więc na upartego... przecież te pozostałe 5 tys. i tak trzeba zdobyć]. pomysł na uchodźców. autostrady. rozwój polskich innowacji [no co z tym grafenem?]. zus-srus. ofe-srofe.
póki co trwa gra o trony. a że kandydaci z wyrokami? lepper też święty nie był. zawsze można złożyć doniesienie do prokuratury.
co mi przypomniało wywiad ze śp bratem:
Piskorski: - A pan co zrobił jako prezydent miasta? Bo ja zbudowałem most, drogi w stolicy, metro...
śp. brat: - Złożyłem 666 doniesień do prokuratury.
...
Co ja się będę polityczyć.

czwartek, 19 listopada 2015

autumn adventure

I went to Saska Kępa to meet a guy who had a cover for Tamron glass. To make the story short all went smooth, so I used the opportunity of magnificent light and went to my favourite park, which I do not visit since moving to the country.


Of course had my camera with me and soon got to the pond. Was so busy with taking swimming ducks and this photo stuff, like ISO, aperture and exposure, did not see the danger of rain. Heavy rain.

The clou is you can never be a sailor and photographer in the same time. 
Strange that while capturing the nature you completely cannot see it.

Anyway it started to rain. Big drops soon covered my clothes, my bad and my camera. Ah, and my dog. Unfortunately the rain created new scenery, much more picturesque, so I continued taking.


When my dog said enough, I came back to reality, but not the car. My mini-tank was parked over a mile away. And of course the road towards it was leading against the wind. Then the helly hail began. If not Mega, I would say it was raining cats and dogs. The wind was so strong I couldn't walk up.
Can we be wetter than wet?
We crawled to the tennis club, of course closed, but under a cotton roof I could reorganize myself: I put the camera which I was still holding in my hand to the bag, zipped up the jacket and comforted the dog. When we restarted the fight against the wind, the rain was fading.
Of course on the quick way home I couldn't resist and stopped to take the Warsaw skyline, but only for a few minutes. [Mega says: fifteen].


My head is still dizzy. It's 25 degrees upstairs [I finally won] and I am covered with a blanket. I'm having a day off, meaning no translating, but correcting hundreds of photos. :]



jesienna nicość

z nikim się nie widuję, z nikim nie gadam
mało myślę, dużo śpię
ciągle tylko ten Santiago i ta Santa...
jak mawiała Zocha S.: Nie ma z kim trochę i poświnić dla zdrowia choćby!
a M. jakiś nabuzowany chodzi - też nie pogadasz...
a świnić przez tego mięczaka i tak nielzia!


poniedziałek, 16 listopada 2015

fuj! oraz Hej!

no żeby zaraz jakiś wredny mięczak...???!
nie, to chyba nie to.

------------

B. ma lalkę. Żywą. Urodziła ją. Waży ta kukiełka 2400, choć długości jest normalnej. I te nóżyny... niewiele grubsze od dorosłego kciuka...
Co ja piszam?! Starość mnie dopadła, zazdrość czy tęsknota za maniem?
No, słodka jak... .

-------------

Lekarzów dziś dwóch. I żaden nie pomógł. Kolejne badania i próby - zobaczymy.
20.11.2015 cd.
Czyli badanie dna oka wyszło pięknie. A powidoki po monitorze są. Zmienić monitor?
Płyn na m. dostałam. Smaruję. Nic nie widzę, ale smaruję. M. mówi, że dzieci miały takie same kropki... M. też ma.

bowling green

Czy to wszyscy mężowie mają tak, że zabierają progeniturę o pierwszej na kręgle, a wracają o ósmej, nie dojechawszy do kręgielni...? ‪#‎wsumiezadowolona‬

sobota, 14 listopada 2015

rozpolitykowanie

A co tam... Napiłam się, najarałam, to się powymądrzam. Właściwie cały wieczór nic innego nie robię. Tylko piję i się mądrzę.
Wino z przyjaciółką. Wchodzi 14-latek i mówi, że ta muzyka w szkole jest głupia, bo te nuty są jakoś nie po kolei. Włącza się we mnie belfer i mówię, że wystarczy usiąść i zrozumieć. Młody swoje, ja swoje coraz głośniej. Wreszcie matka komentuje, że nie znosi takiego tonu i moralizowania. Przecież jak ktoś czegoś nie lubi, to nie lubi. I dlaczego ja nie wchodzę do kuchni. Moje wyjaśnienie, że różnica polega na tym, że ja nie wchodzę, bo nie lubię, ale umiem zrobić kotlety, nie trafia niestety na podatny grunt i nie przekłada się na to, żeby przerośnięty gówniarz wziął się do roboty i ogarnął doremifasola. Nikt w tych czasach dzieciaków do niczego nie zmusza, bo przecież są wolnymi istotami, i nieważne, że rosną pokolenia dyletantów, laików i takich tam, którzy będą zajmować się nami na starość. Ważne, że będą szczęśliwi. Ok.
W podobnym starciu przegrałam dziś po raz drugi, rozwiązując quiz na 15-latka. 10 pytań, strzelałam w dziewięciu. Trafiłam osiem. Nie jest istotne, ile trafiłam, chodzi o to, że nie znałam żadnej odpowiedzi oprócz Minecrafta. Niedobrze. Może matura powinna być z gier komputerowych i snapchata, a nie z Mickiewicza czy Miłosza.

Do polityki wracając, to asygnowano premiera. Czarne koty się cieszą.
A we Francji atak islamistów i strzelanina. 140 ofiar. Czy to już? Miało być pokojowo.

piątek, 13 listopada 2015

prokrastynacja

Co za paskudne słowo!
To podwójne 'r' w towarzystwie 's' i 't'. Brakuje tylko 'w' do pełni pomarańczowo-fioletowo-karminowych barw. Tak, wiem. Synestezja. Mam to od dziecka. Nie mogłam nigdy pojąć wynalazczości Baudelaire'a. Nie rozumiałam, czym się pani nauczycielka zachwyca, przecież to oczywiste, że litery mają kolory.
W ogóle niektóre rzeczy wydają mi się granted*, a potem okazuje się, że to wielka nowość, na której można nieźle zarobić. Szkoda, że nie mam tego genu, który sprawia, że się czuje forsę nosem.
Jak pewien mój znajomy, który prowadzi zajebisty biznes informatyczny. Opowiada mi tak:
- Wiesz, ja to cienki Bolek jestem. No handluję trochę pierdołami z Anglii, jakieś magiczne kremy, paramedyczne opaski, plasterki, takie tam. Wrzuciłem ogłoszenie do Gościa Niedzielnego. No 4-5 kawałków miesięcznie z tego mam. Ale to taka zabawa. Wrzuciłem też do bazy danych jakieś medyczne produkty: strzykawki, igły, miski, stoliki, takie tam. Kupiłem gotowy sklep internetowy, co się będę sam pieprzył. Zadzwoniła do mnie pani ze szkoły skądś tam, że ma pieniądze na wyposażenie gabinetu lekarskiego i potrzebuje szafek. Po dwóch miesiącach mam zamówień z okolicznych szkół na 170 000 złotych...
No nie mam tego genu. A szkoda.
Kupiłabym tę klawiaturę bez wyrzutów sumienia...
Z klawiaturą było tak:
Jakiś czas temu zaczęło mi się coś robić z rękami. Zwłaszcza przy pisaniu. A że chodziłam na zdrowy kręgosłup, pani Agatka rzekła, a ona się zna, oj zna, że poszły mi przyczepy. Czytałam o przyczepach. Nie da się odbudować. Trochę pomagały ćwiczenia, ale bardziej odpowiednie ułożenie rąk na klawiaturze i myszce. Przegrzebałam więc internet i znalazłam wściekle drogi Sculpt Ergonomic. Święta były, to nabyłam. Dolegliwości przeszły jak ręką odjął.
Niestety, zabrałam raz laptop na wycieczkę. Myszkę wsadziłam do kieszeni, ale cycka z kompa nie wyjęłam byłam. A że w międzyczasie mocno się wzburzyłam [tu miał być link do tego, na co się wzburzyłam, ale okazało się, że pominęłam to drastyczne wydarzenie], to zapieprzałam 120 tam, gdzie było 50 - czyli na dwupasmowym wiadukcie [ale wiadomo - wiadukt to obiekt o szczególnym ryzyku], więc mnie ususzyli. O dziwo zauważyłam ich o momencie pomiaru i pocisnęłam po hamulcach. Laptopik się spierniczył na podłogę i cycek się zepsuł.
Po kilku tygodniach walki okazało się, że skutecznie.
Tak, mogę odesłać klawiaturę do producenta, ale w dodatkowym pudełku. Szukam tego pudełka już 3 tygodnie, poza tym nie wierzę w cuda i nie sądzę, żeby uznali reklamację uszkodzenia mechanicznego. A ręce bolą, więc postanowiłam kupić drugą. I co? I gniotą mnie wyrzuty sumienia.
Właśnie dlatego żałuję, że mi tego genu brak.
I jeszcze płaszczyk Desiguala. Też za mną chodzi. No coś mi się przestawiło i od niedawna lubię ładne nazwy. Kiedyś [spuścizna PRL-u] było mi całkiem ganz egal. Lecz włożyłam wysokie obcasy i przestało mi wisieć, jak wyglądam. No zakochałam się po prostu. Bywa. Miłość przeszła. Ciuchy zostały.
Pewna bloggerka [czy blogger to ten, co pisze blogi? bo czemu mi się to słowo z modą kojarzy?], nic to, taka od fotografii, ma podstronę: Things I'd like to have. Wrzuca na nią zdjęcia przedmiotów, których nigdy sobie nie kupi. Może to jest myśl?

Rany! Spojrzałam na tytuł. O odkładaniu na później miało być. Dobra, napiszę o tym kiedy indziej;). I o alzheimerze, który pomylił mi synestezję z kinestezją... Podobno można to ćwiczyć... Może później...

-----------
*wiem, zaśmiecam polszczyznę, ale tak lubię skróty myślowe, a język polski rzadko na to pozwala.

środa, 11 listopada 2015

święta

Taka się robię coraz mniej świąteczna. Sądziłam, że po prostu dziczeję i coraz mniej potrzebuję spotkań z rodziną. Zrobiłam się wygodna i nie chce mi się męczyć w innych domach, czy nie daj boże, mieszkaniach. A to mi zimno, a to nie ma na czym usiąść, a to kawy dobrej nie dają. Do tego te wizyty w kościołach albo, co gorsza, na cmentarzach...
Najszybciej wypisałam się właśnie z Wszystkich Świętych [czy Dnia Zmarłych? - wyprano mi umysł, ale i tak jest mi wszystko jedno].
Na Gwiazdkę udaje mi się wysłać wszystkich do teściów i zostać TOTALNIE samej. Matko, jak ja to kocham. Nikogo, tylko śnieg, pies i kot.
Wielkanoc na szczęście trwa krótko. Odkąd to mnie oblewają, przestał mi się podobać Lany Poniedziałek.
Coraz gorsze też mi wychodzą imprezy urodzinowe. Więc jednak dziczeję.

Ale czemu nie bawi mnie Dzień Niepodległości? Przecież drgnęło we mnie coś na widok tysięcy biało-czerwonych flag. Poruszyły mnie nieprzebrane tłumy świętujących. Trochę mniej mundury przedwojenne i wojenne. Miałam zamiar wywiesić flagę, ale przypomniałam sobie dopiero o trzeciej. Pomyślałam, że już po zawodach i dałam sobie spokój.

A teraz siedzę, słucham tego, że wolność kocham i rozumiem i myślę, i dumam. Co jest ze mną nie tak? Przecież to nieważne, że trudno określić tożsamość narodową [choć za cholerę nie chciałabym się rozstać ze złotówką]. To jednak jest miłe święto. Z gęsią, czy bez, z kotylionem, czy bez flagi, pewnie miło poczuć się częścią większej całości. Znajomi wrzucają zdjęcia, że byli. Uczą dzieci patriotyzmu.

A ja - dziczeję...

Może to przez te sarny i łosie...

I ku pokrzepieniu dwa miłe linki: przemyślenia i zdjęcia.

MonaLizaSmile again...

It worked :)

The other day have found words of wisdom saying:
if you miss someone - call him
if you want to meet someone - invite him

:J

niedziela, 8 listopada 2015

audio show

Went to Audio Video Show. Not that I'm so passionate of music. A little yes. But it was over 20 years ago. Since that time I've been dreaming of a turntable. Especially that I've moved 3 times with my 100 vinyls, who are waiting for better times to come.
What's more important I've been invited by my old classmate, who's now running an audio business.
And it was on Stadion Narodowy, which place I've been in love ever since it was built.

To sum up I went to meet an old colleague in super nice place.

As we haven't seen each other for quite a long time and we share similar lifeline [fostered kids], we ended up chatting for 3 hours. After that I believe my life being a miracle, a fairy-tale and that I was born with a silver spoon in my mouth or in a 'special hat' as we keep saying in Polish.

The side effect of this trip is making a final choice to buy a turntable. The only question is the colour. They're offering a 15 % off or 20 % if I make it at the end of the Show. I didn't. So I am having goose bumps to get it tomorrow.

And the last is the most unexpected meeting with a musician I've just learned about. Everbody around is talking about Smolik, whom I omitted as I do with all newborn stars. Wrongly. As I started to follow him in the Web, I recognized most of his songs, whom he either composed or was a spiritus movens. So, I had the pleasure to take part in a very cameral mini-concert. As I was taking photos I did not concentrate in the music. Wrongly again.


Finished the weekend with a forest walk and quite a nice book, which I'm reading in a heated [eventually!] room.


 


piątek, 6 listopada 2015

zagranica

Czemu dopiero kolega z klasy, który mieszka za granicą, musi być inicjatorem spotkania po latach?
Czemu my, siedzący w tym grajdole, mielący w zębach codzienność, zmaltretowani obowiązkami, przygnieceni zajęciami dodatkowymi naszych dzieci nie możemy się ochoczo wyrwać na jeden wieczór na przykład w roku?
Czemu nikomu się nie chce zwołać pozostałych? Przejrzeć numerów w telefonie i wysłać smsa do dawno niewidzianego kumpla?
Czemu ci, co przyjeżdżają do nas na chwilę, są uśmiechnięci, wyluzowani, bezpretensjonalni i bez pretensji, pełni wewnętrznej harmonii i promieniejący blaskiem?
Czemu ich dzieci wyglądają na najszczęśliwsze na świecie?
Czy nad naszym krajem wisi jakaś czarna mgła, która otumania nasze mózgi, otula szczelnie serca i każe nienawidzieć, nie chcieć, nie czuć większych potrzeb?

I wreszcie: czemu nie ma w domu dżemu, który dopiero niedawno zrobiłam? ;)

poniedziałek, 2 listopada 2015

metaliczne za-duszki

dziś, wracając wąskim chodnikiem z cmentarza, położonym między terenem kościoła z przyległym cmentarzem a ruchliwą ulicą, pozwoliłam stukać suwakowi rozpiętej kurtki o barierkę.
metaliczny dźwięk przywoływał wszystkie zbłąkane dusze i jednocześnie koił moją rozoraną duszę...

czemu oni wszyscy po pierwszej chwili zauroczenia przestają odbierać wiadomości...?

niedziela, 1 listopada 2015

liście zgarnięte, jam nieogarnięta

Liście zebrane iście siarczyście.
Może dlatego, że myślami hen, hen, ...dzieścia* lat temu #MonaLizaSmile
Kret do nas przyszedł. Pierwszy raz po tylu latach.
Pogoda, że bez kurtki :)
Czekam, czekania mi trzeba...
Przy okazji pękam i robię awantury. I teraz wiem dlaczego. Robię, bo chcę nie szukać, a nie będę szukać, jak będzie idealnie. Dlatego wymuszam, żebyśmy żyli emocjami, nie na uczuciowej pustyni. Dziś było tak... oczyszczająco. W końcu to Helołin, musiało powiać grozą, ryczeć straszno i upiorno.
Właśnie: Upiorno
Się odzywa. Ćwiczenie cierpliwości.

 --------------
*czyśmy gdzieś, na planecie jakiejś, razem wspólnie żyli...?

sobota, 31 października 2015

endorfiny

"I’m on a natural high
Enjoy this moment with me
I’m on a natural high
Feel this rhythm..."
Ive Mendes

adrenalina
dopamina
fenyloetyloamina
endorfiny 
oksytocyna

czwartek, 29 października 2015

Przygody Blanki

Blanka pojechała swoim małym czołgiem do centrum handlowego.
Po farbę.
Obejrzała poduszki, zasłonki, lampy [ze szczególnym uwzględnieniem przecen], naklejki na ściany, kredki i dekoracje... Wreszcie trafiła do farb. Pięć rzędów. Już w pierwszym znalazła poszukiwany odcień szarości emulsji do ścian, ale musiała przecież obejrzeć produkty konkurencji.
Aha, jeszcze potrzebna jest mała puszeczka akrylu do mebli w kolorze złamanej bieli.
Te same pięć rzędów przeszła jeszcze raz. Drogą selekcji ilość/cena wybrała niewielką konserwę w kolorze krem. Hura. Wróciła po wybraną farbę do ścian. Aha, wałek, folia, tacki. Przymierzyć. Wałek za szeroki. Ponowny przegląd wszystkich wałków. Przymiarka. Uff. O, środki czyszczące.
- Hmmm... co ja miałam. Tak, zmiotka. Nie, ta za droga. Może ta? Dobra, teraz płyn do płyt kuchennych. Nie ma, nie ma, zaraz jak to jest ustawione? Aha, łazienka, kuchnia... czyli nie trzeba przeszukiwać tamtego regału. Ale może coś fajnego by się znalazło... Nie, tylko do płyt. Jest. Za drogi. Jest tańszy, ale nie ma psikacza, no przecież mam psikacz w domu. Przeleję. Nie ma innych? Nie ma. Dobra, bez psikacza.
Kurde, nie mam wózka, jak tu wziąć pięć litrów farby? Może wystarczy 2,5. 35 m2. W mordę. 4 metry razy dwa wysokości... Nie, dwa i pół. Nie, 2,75... trzy dodaję, cztery spuszczam, dwa w pamięci... Wystarczy. Ale na raz. A jak trzeba będzie dwa razy? Dobra, jakoś dotaszczę. 5 litrów to przecież 5 kilo. [#Naiwna!]
Niosła, niosła, aż postanowiła elegancko obutą w kozak z obcasem nogą przesuwać farbę po podłodze.
- Tylko trochę, zaraz poniosę.
Odwraca się - uszła 10 m.
- W dupie, biorę 2,5 litra, przecież nie będę lecieć po wózek. Najwyżej przyjadę jeszcze raz.
Dalej poszło jak z płatka.

Blanka ruszyła z parkingu. Coś chrupnęło.
- Co to? Przecież zaparkowałam kontrolnie z dala od wszelkich przeszkód terenowych.
Rozejrzała się. Nic. Jedzie dalej.
Znów chrupnęło. Tym razem na zakręcie.
- Czyżby przegub? Rzeczywiście wczoraj zaczął stukać.
Po pięciu metrach chrupnęło dwa razy.
- Co ja, trupa ciągnę?
Pełna złych obaw wysiadła. Obejrzała auto z lewej, z prawej. Trochę pod spodem. Nic. Zwłok nie ma.
- A jednak chrupnęło. Dobra.
Uklękła na kostce parkingu i zajrzała całkiem pod spód.
Pod autem, idealnie pośrodku, leżał sobie... pachołek.
- Skąd tu, kurwa, pachołek?!
Odpowiedź na to pytanie nie było palącym problemem, natomiast wyciągnięcie go jak najbardziej.
Blanka rzuciła na ziemię kocyk, na którym siedzi zimową porą - przecież na skórze nie da się posadzić tyłka - i zaczęła myśleć nad narzędziem, którym dałoby się do niego dosięgnąć. Pachołek, leżąc na boku, zaklinował się idealnie, trafiając szerszą podstawą w szczelinę między osłonami podwozia. Blanka zawsze wozi ciekawe rzeczy w samochodzie. Najpierw pomyślała o dopiero nabytym wałku, ale empirycznie stwierdziła, że nie dosięgnie. Jej wzrok spoczął na kijach do chodzenia.
- Niezbyt idealne, ale może się nadadzą. Przynajmniej długie.
Długie, owszem. Może by się nadały, gdyby go wyciągać po pierwszym chrupnięciu, a tak perfekcyjnie wpasowany pachołek ani drgnął.
- Dobra, spróbujmy z prawej.
Z tej strony było do niego bliżej, co nie znaczy, że łatwiej.
- Bez faceta nie pójdzie.
Stanęła Blanka na czatach, wytężając swój słabiutki wzrok. Wkrótce wypatrzyła ofiarę: dość młody, przystojny i jak się okazało, bardzo miły.
Stękał, sapał, Wyszła mu gumka od białych gaci. Nic to. Rycerz niestrudzenie próbował i próbował. Z prawej, z lewej. Blanka tymczasem otworzyła bagażnik, żeby poszukać lewarka, a z tyłu samochodu wysypały się opony. No tak, miała wymienić na zimowe. Mąż kupił był nowe.
Z lewarka nici.
I wtedy pan się napiął, natężył, sił nie zmitrężył i... wyciągnął pachołek przeklęty.
Blanka z wdzięczności wytarła z brudu kurtkę pana kocem, gorączkowo myśląc, jak się odwdzięczyć, ale jak zwykle nie miała przy sobie gotówki, a o wspólnej kawie nie pomyślała.

Teraz siedzi i żałuje.

A farba okazała się alkaidowa, nie akrylowa i z malowania też nici, bo potrzebny jest rozpuszczalnik.

wtorek, 27 października 2015

Mona Liza

Can't wipe off the Mona Liza smile... :]

Should I eat some lemon?

13 minut

Właśnie spędziłam najodważniejsze 13 minut w moim życiu :]

...
a po kolejnych 13 doznaję MEGA rozczarowania :[

Pas.

...
a po kolejnych 13... ech, jestem gotowa na WSZYSTKO.

...
wciąż jestem. :]

poniedziałek, 26 października 2015

nadal...

nadal:
- nie zaczęłam chodzić na bieżnię
- ani na kręgosłup [brak Agatki mnie niby usprawiedliwia]
- nie pracuję
- nie znalazłam 'swojego' teatru
- nie znalazłam swojego miejsca
- nie napisałam książki
- ani też nic mądrego
- nie poprawiłam zębów
- nie namalowałam obrazu
- nie posprzątałam ogródka
- ani niczego innego
- nie zaczęłam uczyć się grać na pianinie [tak na serio]
- nie chodzę na lekcje żadnego języka
- nie poszłam na studia
...
no, krótko mówiąc, jesień.


niby złota, ale szara w środku

no comment

silence over this coffin...
a było dać szansę temu Swetru.

piątek, 23 października 2015

cmentarny rajd

Na tydzień przed pierwszym listopada zamykają wjazd na cmentarz. Bródnowski. Ten największy w Europie. W ogóle od niedawna można wjeżdżać autem, bo przedtem najwyżej rowerem. Ale staruszkom dogodzono i już można.
Na więc zabieram moją 70-letnią nie-staruszkę [no naprawdę nieźle się trzyma]. Wjeżdżamy. Zaraz za bramą parkujemy. Wracamy przed bramę. Kupujemy kwiaty i znicze w ilościach wymykających się spod kontroli, bo kto by to zliczył. Stówka pękła. Auto stoi grzecznie w rządku innych spryciarzy, takich jak my, którzy wjechali, ale szybko wrócili  po kwiaty.

Cmentarz Bródnowski ma dwie szerokie aleje, które przecinają się na krzyż, oraz mnóstwo węższych, niedawno wykostkowanych [dla tych z zachodu - polbrukowanych]. Szerokość tych cieńszych bywa różna, ale jakimś cudem mieści się na nich mój mały czołg, o czym za chwilę. Na razie jedziemy jedną z tych szerokich.
Stajemy. Szukamy grobu maminej koleżanki, Basińskiej. Obie byłyśmy na pogrzebie, pamiętamy, że przy betonowej chatce, krążymy 5 minut i dajemy za wygraną. W międzyczasie, że kolega mamy, były dyrektor, zwany Koniu, leży w pobliżu. - Ale jak to leży? - No przecież umarł. Miesiąc temu.
- Aha.
Wsiadamy, podążamy tą szeroką. Szeroka to ona jest, jak na niej nic nie stoi. Tym razem stoi sznur. Jedno auto za drugim. Wjeżdża się na cmentarz jedną bramą, a wyjeżdża drugą, czyli ruch zaplanowano jednostronny. Znaków nie ma, że nie wolno wracać, no ale samochody jadące pod prąd wzbudzają w nas, jadących z prądem, stan lekkiej frustracji. Z jednym samochodem jakoś byśmy się minęli, ale z dwoma naraz nijak się nie da. Wreszcie cienkus wjeżdża na chwilę w boczną cienką i jakoś cała kawalkada przejeżdża. Uwolniona radośnie podążam na przód, wyłączam nawet automat, żeby na jedynce zbytnio nie przyspieszyć i... mijam poprzeczną szeroką. A przy niej leży dziadek. No przecież pod prąd nie wrócę. Orientują się na widok drewnianego kościółka przy wejściu [czyli z perspektywy naszej - przy wyjeździe]. Co robić, co robić? Rozpaczliwie skręcam w szerszą z tych wąskich, rozpycham ludzi przy grobach i mknę. Krzyże uciekają do tyłu, ławeczki ocierają się o karoserię, płyną płonące znicze. Wszystko fajnie, tylko muszę skręcić w lewo, żeby dojechać do dziadka. W którąkolwiek.