środa, 21 stycznia 2015

Gdy mi będzie smutno...

Gdy ci będzie smutno, wciśnij link:

http://www.popularnie.pl/siostry/

Co za talent! :)

Niegrzeczna


Niegrzeczna


Nie tak dawno Blanka wychodziła ze sklepu sieciowego. Był wieczór, nikogo w domu, nastrój poświąteczno-przednoworoczny...

Blanka nienawidzi torebek foliowych, więc całą zdobycz trzymała w ręku. Jak niemowlęta na jej rękach leżały dwie butelki wina, które zamierzała opędzlować do lustra. 

Budowa przybytków dobrobytu polega na braku ścieżek dla pieszych – całe zewnętrze jest częścią wspólną dla zmotoryzowanych i tych, co przychodzą „na swoich dwóch" lub nieszczęśliwie nie znaleźli miejsca tuż przed wejściem, i z założenia nie parkują „na inwalidzie", muszą więc do auta dojść.

Blanka wprawdzie znalazła miejsce możliwie najbliższe, ale od drzwi do auta dzieliło ją kilka metrów przestrzeni wspólnej. W tym momencie następuje scena jak z filmu. Ona idzie, z boku jedzie samochód. 
– Chyba się zatrzyma – myśli pewnie wchodząc mu w drogę.
Owszem, zatrzymuje się, ale z odpowiednim opóźnieniem, które każe jej również stanąć. Rozpoczyna się taniec. Ona krok – auto cal, ona stop – auto też. Wreszcie wchodzi mu przed maskę, wierząc, że skoro stoi, to nie zaatakuje przecież bezbronnego pieszego. I w tej chwili słyszy ryk klaksonu. Stoi jak wryta i patrzy na kierowcę. Ten nie zwleka. Łysy dresiarz wyskakuje z samochodu z rykiem równym rykowi klaksonu i wrzeszczy:
- Kto był tu pierwszy?!
Blanka zbaraniała. Zbaranienie u niej objawia się tym, że staje dęba i słyszy swoje słowa, których wcale nie pomyślała.
- Ochujałeś?
Tym razem baranieje dresiarz. Jak trusia wsiada do samochodu, nawet nie sięgnąwszy po bejsbola i zmywa się z prędkością wodospadu.

Blanka wsiadła do swojego autka, zbaranienie odpuściło i zaczęła się zastanawiać, czemu tak niegrzecznie odpowiedziała łysemu – skądinąd – mężczyźnie. Chociaż bardziej ciekawiło ją, czemu nie dostała od niego? Czy bezwłosy przestraszył się butelek z winem, czy po prostu tekst wypowiedziany w jego języku był prosty, jasny i zrozumiały.


Wina wreszcie nie wypiła, bo wszystkie lustra zaszły były mgłą...


Józefów, 21.01.15



I wreszcie jasne

https://scontent-frt3-1.xx.fbcdn.net/hphotos-xap1/v/t1.0-9/s720x720/10675671_385301091617338_3980599612106936044_n.jpg?oh=e07816da2e086707b16057a3e3cc46b8&oe=57359C85



Blanka rzadko interesuje się polityką. O tyle, o ile. Wie, że są wojny, ale nie do końca rozumie ich podłoże. Zwłaszcza te na Bliskim Wschodzi.


Pewnego dnia na fejsie znajduje widniejącą obok informację:

...

I wreszcie wszystko staje się jasne :)

niedziela, 18 stycznia 2015

Peanut

C. bierze orzeszka, zapytawszy, czy może. Wychodząc z pokoju, wkłada go do buzi ze słowami:
-- Idę do raju. widzę światło.

***

Pierwsze zwycięstwo nad sobą. SS. nie powiesił basenu. Położyłam mu mokre na kolanach i się wściekł. Zabrałam tablet i poczułam znajomy wzrost ciśnienia. Wyszłam. Ale nie, dam radę, wróciłam. Nie podniosłam głosu. Zarządziłam sprzątanie. Mycie. Słanie łóżka. Pięć sekund i po robocie.

VICTORY!!!!!!!!!!!!!  Over me and myself.

I love the new me.


piątek, 16 stycznia 2015

Kleszcze



Wymiana opon                                                               


        Blanka ma swojego ulubionego wymieniacza opon. Przystojny, miły, do tego kierowca wyścigowy. Wiosną udało jej się wcisnąć w napięty grafik uśmiechniętego pana, i żeby nie tracić czasu na czekanie, zabrała psa na spacer. Właściwie nie o przyjemność stawiania kroków chodziło, tylko o psa z ADHD, którego trzeba spacerować najlepiej co godzinę. Zakład pana mechanika mieści się w pobliżu kanałku, wystarczy się do niego przebić i spędzić miłe chwile nad wodą.
        Pan z uśmiechem wziął kluczyki i zniknął. Blanka ruszyła na spotkanie przygodzie, przeszła przez szosę [dzielny pies się omal nie zesrał ze strachu na widok tylu aut, mimo że był na rękach] i zaczęła szukać przejścia między domami do upragnionego kanałku. Po półkilometrowym przejściu uliczką, biegnącą do niego równolegle, domy się skończyły i do przejścia zostało już tylko pole i lasek. I żadnej ścieżki. Złe przeczucie zaczęło w Blance narastać. Uraz do zdradliwych kleszczy nie wziął się znikąd. Te wredne suki siedzą w krzakach albo czają się w trawie, żeby rzucić się na niewinnego przechodnia, wessać się w jego ciało i sprzedać mu zapalenie opon [sic!], choroby mózgu lub chociaż boreliozę.
        Już na polu dopadły ją dwa, a w lasku jeszcze trzy. Dotarła wreszcie do wody i z obrzydzeniem zaczęła zdzierać z siebie ciuchy. Gdy stała już w samej bieliźnie, minęły ją trzy pary biegaczy, dwie matki z wózkami i dziadek z laską, a z przeciwnej strony w oknach bloków pojawiły się zaciekawione głowy.
        Niezrażona zainteresowaniem przechodniów Blanka dokładnie strzepała czarno-brązowe kropki, ubrała się i zakończyła przedstawienie. Wymarzony spacer nad wodą o zachodzie słońca dalej potoczył się według planu – romantycznie i przyjemnie, nie licząc wszechogarniającego uczucia obrzydzenia.
        Po powrocie do warsztatu okazało się, że miły pan nie miał czasu zająć się trudnym przypadkiem i właściwie jeszcze się za te opony nie zabrał.

        Wnioski są dwojakie: nie należy piec dwóch pieczeni na jednym ogniu [spaceru i wymiany opon] oraz trzeba zawsze patrzeć miłym panom na ręce.

        Jest też zaduma nad stosunkiem Polaków do kleszczy. Lekarze przed nimi  nie ostrzegają, śmieją się z pacjentów, którzy proszą o pomoc w wyjęciu pajęczaka z ciała; brak jest kampanii ostrzegających przed skutkami ukąszeń. A przede wszystkim słaba rozpoznawalność chorób wywołanych przez te stworki. W Stanach liczba zachorowań na samą boreliozę wynosi kilkaset tysięcy; tworzą się kluby, fundacje, zrzeszenia. Wiadomo, gdzie szukać pomocy. U nas musi umrzeć znana osoba [np. aktor], żeby sprawa wywołała jako taki oddźwięk, choć wciąż niewielki.
         
        Te wredne małpy lubią suche łąki na granicy lasów i temperatury od 10 do 20 stopni. Czyli najłatwiej je spotkać od zejścia śniegów [czasami to może być styczeń] do pierwszych upałów – maj-czerwiec. Czasem też we wrześniu do pierwszych przymrozków. W wilgotnych lasach wolą cieplejsze temperatury, więc łatwiej je tam spotkać latem. Żeby uniknąć wgryzienia się kleszcza, wystarczy dobrze przeszukać ubranie i ciało. Jeśli już do niego dojdzie, wyciąga się go ruchem obrotowym [ponoć koniecznie w lewo]. Łatwo dostępne są specjalne pincety, dzięki którym wyjęcie insekta jest naprawdę szybkie i sprawne. Im szybciej to zrobimy, tym mniej zarazków nam sprzeda, co nie wyklucza zachorowań.


warsztat, 14.01.2014

czwartek, 15 stycznia 2015

Najgłupsze wynalazki: kabel



Najgłupsze wynalazki



Kabel

Kabel elektryczny jest niby pomocny, bo płynie nim prąd, czyli jakieś cząsteczki [Blanka przeczytała dziś, że jednak może fale, a raczej jakoś tak naraz i fale, i cząsteczki] i zasila różne urządzenia, a tych mamy w życiu coraz więcej.

Problem polega na tym, że taki kabel zawsze się zaplącze. Blanka trzyma laptop na kolanach, kabel zwisa niemal swobodnie z kanapy, zakręcony razem z kablem od myszki, o wiele za długim, więc skręconym w elegancki kok. Gniazdo USB jest oczywiście po lewej stronie, a myszka po prawej, więc owego kabla musi starczyć, ale jednakże nie powinien być za długi. Kabel sieciowy też jest po lewej. Wstając z kanapy, odgarniając poduchę, na której stoi laptop, bo inaczej monitor jest za nisko i kręgosłup szyjny wysiada, kocyk, który grzeje kończyny Blanki, do których krew nie dopływa, zawsze zaplątuje się w te kurdemolone kable. Myszka spada z siłą wodospadu na kafelki, słychać jak pęka, kabel sieciowy w najlepszym wypadku zostaje wyrwany, w najgorszym ciągnie komputer za sobą bęc! - leżą wszyscy troje: myszka, laptop i Blanka.

Te inne kable, na przykład od telewizora, leżą za meblami i zbierają kurz. Odkurzanie ich to istna mordęga, a mycie zakrawa na fanatyzm czystości, którego Blanka jest pozbawiona. Zawsze się zaplączą, pobrudzą i nigdy nie można dojść który jest od czego. Ostatnio małżonek Blanki upchnął je w ścianę. W taką rurę, która prowadzi od telewizora wiszącego na murze do całej reszty odbiorników czegoś. [Blanka ma teraz trzy piloty i wie tylko, że w każdym musi wcisnąć czerwone.] Rewelacja! Eureka! Cud-miód! Nie widać, nie ma ich, zniknęły. Do czasu. Blanka postanowiła podłączyć kolejne źródło wszelkich filmów – laptop właśnie. Okazało się, że to czarne pudło [dekoder chyba, kiedyś powiedziałaby, że wzmacniacz] jest na amen przyczepione do ściany. Kabelek jest na krótko przypięty do telewizora, żeby się pałętał, a może był taki krótki, i sprzętu za Chiny Ludowe z półki nie wysuniesz, więc i nic nie podłączysz. Z filmu nici.

Kabelki i ich końcówki
Kto wymyślił milion najróżniejszych zakończeń do kabelków? Kiedyś były jacki [dżeki] i kable nagrywające [na trzy fiutki i pięć, zależnie czy mono, czy stereo]. Teraz każdy producent ma swoją końcówkę. Jeśli kupujesz aparat foto - kup od razu kabel, bo ten, który masz z poprzedniego sprzętu na pewno nie będzie pasował. USB [no, to jeszcze jest w miarę spójne], mini USB i mini-mini USB [synek włożył do komóry nie to i gniazdko ma teraz w środku telefonu]. Trapezik do kamery. Do Olympusa taki prostokącik. Do SonyEricsona takie zęby. Do Nokii mały jack. Do ipada jakieś coś płaskiego, ale trzeba być czujnym, jaki mamy model. Bo piątka ma węższą wtyczkę. Liczba kabli w domu do różnych sprzętów przekracza samą liczbę sprzętów i wydaje się rosnąć w tempie przynajmniej arytmetycznym.

A jak sznura od żelazka, gdy potrzebny jak dziecko napsoci, nie uświadczysz…

Józefów, 29.XII.2014

Dzień pracy tłumaczki



Dzień pracy tłumaczki


Ranek, 7:30.
– Mamo, już idę do szkoły.
– Mmmm, dopsze, synku, a zjadłeś?
– Zjadłem płatki.
– A szapkę masz?
– Mam.
– A kask?
– Wziąłem.
„Jak on włoży kask na czapkę?”
– To leć, bo się spóśnisz.

Minęło czasu mało-wiele.
- O, w mordę, po 10-tej.
Śniadanie, kanapki, jajeczko, masełko, potem kawka z gazetką.
– 11-sta. Do roboty.
Najpierw poczta.
Potem kontrolnie allegro.
Może jeszcze do banku. No, nic się nie zmieniło.
Dobra, do roboty. Serial o szpitalu. Same choroby…
Co my tu mamy… Chlamydie. Chlamydioza. Chlamydie psittaci, trau… i inne. Zakaźne drogą taką, siaką i owaką. Niepłodność. O, w mordę. Chlamydie? Są jakieś badania na to? PCR. Aha, badania PCR. Lepsze od pozostałych, bo… Testy w aptece. Google. Są w aptece za siedem dych. Nie majątek. Wymaz z szyjki macicy. Niby jak mam go zrobić? Aha, można kupić i iść do lekarza. Chyba wstyd. Cholera, akurat idę do dziada w poniedziałek. Może kupię.


Praca zaczyna wrzeć, tłumaczki nic już nie rozprasza, więc dzieci wracają ze szkoły.
– Mamo, plakat na przedstawienie Antygony.
Jaki, kurde, plakat?
– Teatralny.
Aha.
– Daj blok, narysuję, a ty pokolorujesz.
– Masz.
Dobra, szybko naszkicuję. Antygona… To ta, co brata pochowała. Grób mam narysować? Załamaną babkę? Ręce załamuje? Zaraz, może kogoś ktoś zabił i będzie krew? Nie, sama się zabiła. Zamurował ją i dał jej trochę żarcia. Do dupy. Dalej. Nie cholery nie pamiętam. 30 lat temu to czytałam. Google. Streszczenie. Wyprowadzili ją za miasto. I co jej tam zrobili???? Syn mówi, że się powiesiła. Za miastem? Nic nie kumam. Google. Plakat Antygona. Same maski. I laski. Co by tu… Antygona. Tragedia. Maska. Dobra, mam, Laska z maską zamiast twarzy. Jest. Jaką minę ma maska tragiczna? Maska, google. Jest. Brzydka, beznadziejna, do dupy. O, jest. Bądź mądry i przerysuj tę minę. Jakoś poszło. Chodź, synu, zabieraj. Napisz, jeszcze gdzie i kiedy to przedstawienie, w końcu to plakat.
– Dzięki. Nawet ładnie.
– Nie za ma co. Nawet.
Allegro. Maska. Samochodowa, do twarzy, na włosy. Są i maski na bal. I weneckie. Nawet niekiepskie. Afrykańskie. I przeciwgazowe. O, ta fajna. Obejrzyjmy ją. Co oni jeszcze mają? Stroje dla przebierańców. Skrzydła. Diablica. Wampirzyca. Kapelusz na halloween. Peruki. O, w mordę, peruki. Allegro - peruki. Zdrowie. Cena - od najwyższej.
Ja pierdylę - 5 patoli i licytuj. Z prawdziwych włosów. Ostatnio marzy mi się peruka. Włosy już wyleciały, zostały resztki, nie chcą rosnąć, łamią się, w łeb zimno. Zimą taka peruka jak znalazł. Wreszcie mogłabym chodzić bez tej głupiej czapki. 48 kretyńskich czapek w szafce, a w każdej wyglądam jak krasnal. Kurde, takie loki, buty na obcasie i laska jestem zimą.
Peruki, strona 5. Wreszcie tańsze. Fajne, loki. 130 zł. Nieźle. Do koszyka. „Towar ściągamy z Japonii”. Na dostawę proszę czekać do 30 dni roboczych. Oszaleli? Szukam innej. Jest. Raczej ja oszalałam. Na grzyba mi peruka za półtorej stówy. Do koszyka. Przemyślę.

Na czym to myśmy stanęli. A tak, wymiana zastawki, pęknięcie łuku aorty…


Miesiąc później, po zebraniu rodziców.
– Synu, dlaczego wszystkie Antygony wiszą w sali, a mojej nie ma?
– Wyrzuciłem do kosza…


Józefów, 17.11.14

niedziela, 11 stycznia 2015

Najdroższe buty świata



Najdroższe buty świata

     Zima zbliżała się powoli, acz nieubłaganie, więc przy pierwszej nadarzającej się okazji Blanka kupiła w swoim ulubionym sklepie buty dla Ziuty.
     Następnego dnia rano nie zdążyła otworzyć oczu, gdy poczuła, jak cudowne rączęta dziewczęcia czule ją otaczają, a malinowe usteczka dają całuska. [Gwoli wyjaśnienia Ziuta jest jej córką zastępczą, woła na Blankę Ciotka i rzadko się przytula].
     - Chodź, Ziuteczko-córeczko, przytul się mocno – szepcze ledwo rozbudzona Blanka.
     - Ciociuniu, a mogę iść do szkoły w nowych butach? – pyta słodko córuś.
     - Możesz, złotko – odpowiada całkiem rozbudzona Ciociunia.
    Uradowane dziecię pobiegło rześko do szkoły, a wróciło z połamaną klamerką w buciku, którym to tak nieszczęśliwie zawadziło o prowadzony rower [koleżanka była bez jednośladu].
     Pani z ulubionego sklepu Blanki reklamację przyjęła bez słowa skargi i obiecała oddzwonić za parę dni. Po tygodniu, nie doczekawszy się telefonu, Blanka dowiedziała się, że tych bucików nie ma nawet w hurtowniach, ale oczywiście może wybrać sobie inny model. Sklep czynny do 18, córuś uczy się pilnie do piątej, więc zdążyć do sklepu nie jest łatwo. W międzyczasie Blanka znajduje cudowne fioletowe trzewiki za pół ceny i z dumą upolowany towar przynosi do domu. Córuś na widok naszytych gwiazdek tylko marszczy nosek, robi minkę i nie mówi nic. Na wyraźne polecenie buciki wdziewa, ale z widocznym obrzydzeniem. Blanka ofiarnie odwozi kapce do odległego o 10 km sklepu. Towar przyjmują bez gadania, po wpisaniu w rubryczkę jej danych [bez numeru obuwia, o dziwo].
     
     Mija czasu mało-wiele, gdy córuś zjawia się w domu wyjątkowo wcześnie, czyli o czwartej, i pyta, czy mogą wreszcie udać się po buty, bo w zeszłorocznych musi kulić palec, a poza tym udało jej się oderwać pociągadełko od suwaka [bez pomocy rowerku tym razem], a sznurować nie umie.
     Będąca akurat w dobrym humorze Blanka, zabiera dziecię do ulubionego sklepu, w którym przemiła pani wyciąga wszystkie modele, jakie ma. Córunia oczywiście wybiera model kompletnie niepraktyczny, przesiąkliwy, ale na misiu. Oznacza to konieczność dodatkowego nabycia obuwia [przeciw]śniegowego na nadchodzące w najbliższym czasie opady białych, upierdliwych, skądinąd ślicznych, sześciokątnych drobinek. Przewidująca Blanka upiera się przy podobnym modelu z ortalionu, na co skrzywiony nos i zacięta mina staje się jedyną odpowiedzią.
     Widząc zbliżające się nieszczęście, Blanka proponuje odwiedziny w innym sklepie, bardziej bezosobowym, ale obfitującym w różnorakie modele. I tu się myli, ale dowie się o tym po kolejnej przygodzie.

     Otóż Blanka jest osobą, łagodnie mówiąc, dość oględnie traktującą stosunek do przepisów ruchu drogowego. Przy powolnej jeździe czuje się upośledzona. Przy parkowaniu kieruje się inwencją twórczą. Przy jeździe jako pasażer dostaje histerii. [Nawet z mężem]. W dodatku nabyła do jazdy miejskiej czołg 6-osobowy, którego cechą charakterystyczną jest ponadnormatywna szerokość. Wymiar 212 cm czyni go szerszym od VW transportera, a długość, która mieści trzy rzędy foteli, nie ułatwia manewrowania.  Jeśli nawet znajdzie miejsce do parkowania [Blanka nie znajdzie?! Ona zaparkuje na miejscu malucha], to dwudziestoparocentymetrowa grubość drzwi nie pozwala ich już nawet uchylić.  W CH Arkadia pojawiły się miejsca parkingowe XXL, na których radośnie wylegują się szczęśliwe fiesty i corolle.
     Dlatego tym razem postawiła swój mały czołg wprost na chodniku, tusząc że żaden cham nie dokona równie haniebnego czynu.
     Po nieudanej wizycie w sklepie, cofając z nieprawidłowego miejsca parkowania, usłyszała metaliczny chrzęst.  Śmiały yaris stał sobie beztrosko w oczekiwaniu na swojego pana. Ciemne auto na ciemnym tle ulicy dla kierowczyni pewnej, że nie stoją za nią równie bezczelni szaleńcy, pozostało dlań kompletnie niewidoczne. Ów yaris niestety nie czekał samotnie, ale wraz z zamkniętym wewnątrz kolegą pana, który opłacał w salonie pewnej sieci swoją komórkę. Mężczyzna nie przepuścił. Pan wezwany przez nomen omen komórkę zażądał 400 złotych rekompensaty za podrapanie dwojga drzwiczek.
     Mąż Blanki postawił na ubezpieczyciela i nie pozwolił panu zarobić. Blanka po podaniu wszelkich swoich danych [znowu!], łącznie z numerem unieważnionego jakiś czas temu dowodu, ruszyła zła do przodu, postanawiając z feralnego miejsca wyjechać tym razem przodem. Znów chrzęst. Kurwa mać! Kosz na śmieci wprawdzie nie był bardzo zdenerwowany, ale tym razem ucierpiały drzwiczki niedawno malowanego czołgu.
     Bez kolejnych przeszkód dojechała z córunią do oddalonego o kolejne 10 km sklepu, w którym nos córci wykręcił się w ósemkę na widok przecenionych ślicznych kamaszków ze skóry [a raczej ze skórą]. I tu właśnie się okazało, że asortyment pozostawiał jednak wiele do życzenia.
     Tego było za wiele. Blanka zawiozła córcię w za małych butach do domu, pozostawiając sprawę mężowi.


     Podsumowując:
- przypadkowa wizyta w sklepie i zakup butów z klamerką – 0 zł
- przejazd do sklepu celem reklamacji i powrót – 2 x 10 km
- wizyta w sklepie outletowym – 2 x 10 km [minus zakup butów dla synusia]
- powrót do pierwszego sklepu – 10 km
- spotkanie z yarisem – 400 zł [a raczej wzrost OC na wszystkie trzy auta]
- pocałunek kosza na śmieci – bezcenne, dopóki mąż nie zauważy
- przejazd do sklepu nr 3 – 10 km
- powrót ze sklepu nr 3 do domu – 20 km
- do tego skrzywione miny i nosy – bezcenne.
70 km dla czołgu to nie w kij dmuchał, a raczej nie w rurę – kanadyjski wóz pali iście po amerykańsku. Co najmniej 12 na setkę. Załóżmy 10 litrów po 5,50 [średnio] – 55 złotych dodatkowo. Niechciane, przecenione, fioletowe buty z gwiazdką plus benzynka stanowiłyby równowartość butów z urwaną klamerką.

     A może z okazji nadchodzącej zimy Blanka powinna zabronić córuni jeździć na rowerze, ewentualnie chodzić z rowerem i w butach z klamerką?

     p.s. Dzień później Blanka odebrała telefon od męża. Dzwonił z obuwniczego. Pytał, czy może jej kupić buty za 179 zł….

Józefów, 11.12.13