piątek, 31 lipca 2015

telefon

i migotanie przedsionków i komór...

nic nie rdzewieje...

czwartek, 30 lipca 2015

tematy

















Tematy dziś poruszone [2 Agnieszki i MK]:
- szerszeń [jakżeby bez opowieści o szerszeniu],
- rozsypujemy się [my z M.]: ząb, moc nie taka jak dawniej, a raczej niemoc...
- depresja szaleje wokół - jak się nie zarazić,
- "to nie choroba, tylko inna wrażliwość" - AL swoich o euforycznych pomysłach na biznes wspomaganych kredytami
- życie bez pasji prowadzi donikąd [rozwody, sepuki],
- nastolatki [dojrzewanie, anoreksja],
- Chmielewska, Rudnicka, Thiele...
A ja na to wcinam czereśnie i zagryzam chipsami. 


niedziela, 26 lipca 2015

Medal - XXV Bieg PW

S.S.* pobiegł  na 10 km. To już drugi raz. Przyniósł medal - ciężki.
Zajął 1688. miejsce z czasem 50.02. #Dumna MZ. Dla porównania: zwycięzca miał czas 30.22; biegło 10 000 ludzi. Z jego rocznika był czwarty. Młodsi nie biegli.
Biorąc pod uwagę fakt, że niemal nie ćwiczy - no, trochę pobiegał z panem od matematyki w lipcu, - to strach się bać o kontuzje. Póki co nic mu nie jest.
:))))


-------------------------
*Starszy Syn

piątek, 24 lipca 2015

no le atormenta a su marido 2

Poszłam za ciosem. Poigrałam z ogniem.
Zaczęłam odgruzowywanie garażu mimo wyraźnego zakazu. Wyrzuciłam na zewnątrz parę PUSTYCH pudeł [ze 30]. I trzy lalki z PRL-u.
M. nie odzywa się do mnie odkąd tylko zaparkował auto przed stertą. W głębokiej frustracji poszedł łączkę kosić. Zdążył jedynie powiedzieć, że to już nie jest jego dom... A ja złamałam tabu.

Nie wiem, czy to, że się jeszcze nie spakował, powinno mnie wprawić w dobry nastrój... Wygląda na to, że po tym ciosie się nie pozbiera.

Poszłam udobruchać go flaszką wina. 13-letnia córcia na ten widok stwierdziła, że to i tak nie pomoże. Miała rację...

Jutro 34 stopnie...

czwartek, 23 lipca 2015

żółto-czarna seria

Wczoraj szerszeń w paski - dzisiaj ząb z bożej łaski.
Pękł wzdłuż. Przy śniadaniu. Dziki chrupot. Połowa została. Z trzonowca zrobił się siekacz.

Rano na pożegnanie M. powiedział, że się rozsypujemy... Prorok czy co?

Drugi dzień usprawiedliwionego czytania :).

не спится...

Jasno już, a sen nie przychodzi.
Ćwiczenia rozluźniające - nie przychodzi.
Wyznanie wdzięczności - wizje coraz bogatsze, choć krótsze - i tak nie przychodzi.
Zmieniłam kołdrę - nie przychodzi.
Zmieniłam pokój - nie przychodzi.
Przeczytałam całego FB - nie przychodzi
Nawet artykuł z Quanta Magazine - skupiłam się, o zgrozo zrozumiałam - i nic.
Zostaje mi tylko polowanie na słynną lodówkę, ale tam mieszka tylko światło. Chociaż nie, zupa jest! Idę!!! i może strzelę parę fotek świtu?? To już za pół godziny...

środa, 22 lipca 2015

hornet czyli szerszeń

No i stało się. Użądlił. Wściekły typ. Tyle razy wyrzucałam te uwięzione w oknie biedactwa na zewnątrz, po prostu biorąc je przez ręcznik i fru! na wolność! Tym razem cwaniak zawinął się po 2 metrach i niczym pocisk powietrze-powietrze w ułamku sekundy wrócił i z furią zaatakował ścierkę. Nie wypuściłam jej z rąk. Dopiero po tym, jak poczułam ból.
Jak już się ten ból zacznie rozlewać po całej dłoni, to można go porównać chyba tylko do [przerwa w pisaniu na wyrzucanie za okno konika polnego - chyba przeżyje skok z piętra?]... na czym to ja... aha... do przytknięcia dłoni do rozgrzanej patelni.
Następnie jad atakuje stawy. Dłoń drętwieje. Nerwy porażone.
Potem jest jakby trochę lepiej, rana polana zimną wodą, cebula przyłożona*, klemastyna zażyta, i wydaje się, że najgorsze za nami, wystarczy tylko przeczekać.
Otóż nic bardziej mylnego. Po kilku minutach, może dwóch, zaczyna się dziać coś dziwnego. Najpierw coś nie gra z sercem. Pojawiają się hercklekoty, człowiekowi wydaje się, jakby miał paść trupem na miejscu. Za chwilę szyja przestaje się mieścić w szyi, a mózg w czaszce. Zaczynają się kłopoty z oddychaniem.
Ponieważ serce było pierwsze, więc kładę się z nogami do góry. Wołam Starszego, chcę mu przypomnieć zasady reanimacji, ale właściwie nie wiem, z czego ma mnie ratować. Zwlekam się i idę na piętro do internetu. Najpierw kilka minut próbuję opanować oszalałe serce. Wreszcie siadam do kompa [może już czas na tablet?]. Wujek Google mówi, że po użądleniu może pojawić się wstrząs anafilaktyczny, który objawia się:

"Groźnymi objawami są:
  • zawroty głowy
  • uczucie silnego osłabienia
  • kołatanie serca
  • chrypka
  • uczucie braku powietrza
  • nudności i wymioty".   
Cholera. Pasuje.

Pierwsza czytana strona sugeruje:

"U osób uczulonych po użądleniu pojawia się reakcja uczuleniowa. Jeżeli ma ona charakter nagły to jest nazywana wstrząsem anafilaktycznym. Spośród wielu objawów wstrząsu anafilaktycznego najczęściej występują: narastające poczucie duszności, osłabienia, obrzęk okoli szyi i twarzy, wysypka. Należy wtedy szybko podjąć stosowne kroki:
  • za pomocą zimnej wody lub lodu schłodzić miejsce użądlenia
  • unieruchomić miejsce użądlenia (aby zminimalizować prędkość rozprzestrzeniania się trucizny)
  • położyć się (w celu uniknięcia upadku w razie utraty przytomności)
  • w przypadku osłabienia unieść nogi do góry".
Ale na innych stronach jest coś o adrenalinie. I o tej adrenalinie wspominała wcześniej koleżanka pszczelarka po słynnym ciachnięciu pszczoły.

Schodzę na dół. Próbuję włączyć opuchnięty mózg. Zapominam wszystkie porady. Po głowie kołacze mi się tylko adrenalina. Dzwonię do M., który pracuje 100 km stąd, więc niewiele pomoże, ale może coś doradzi. Inteligentnie mówię, że mam wstrząs anafilaktyczny. M. wpada w panikę. To świetny pomysł drażnić kogoś, kto jest 100 km dalej i może tylko bezsilnie się miotać. Stawia więc na nogi całą moją rodzinę. Jeszcze o tym nie wiem. Dzwonię, a po chwili jadę do przychodni. Biorę ze sobą Starszego i po drodze przypominamy sobie zasady pierwszej pomocy [chyba sobie miałby pomagać, gdybym straciła przytomność za kierownicą]. Pan lekarz nie śmieje się ze mnie w głos, ale w nos, i twierdzi, że nie jestem TYPEM anafilaktycznym. Poza tym zorientowałabym się, gdybym dostała wstrząsu. OK. Dostaję sterydy w tyłek, czekam 10 minut, czy nie padnę po zastrzyku i, uspokojona, wracam do domu. Na bolącą rękę doktor sugeruje ibuprom.

Rozpuszcza się lód, który trzymam w ścierce. Moczę ją zimną wodą w lekarskiej łazience. Po drodze kupuję mrożony barszcz ukraiński, żeby przyłożyć do obolałej dłoni i dojechać do domu bez wycia. Prowadzę jedną ręką. Zaczyna dzwonić rodzina. Odbieram komórkę trzecią. Ciotka [ta od kosmitów] zaczyna dawać złote rady...

Ibuprom chyba rzeczywiści trochę pomaga, po paru godzinach odstawiam lód i sód, tzn. sodę. Ręka przynajmniej przestała palić. Jest spuchnięta [nie na tyle, że M. zauważył, która], palców nie da się wyprostować, ale wieczorem można już śmigać po klawiaturze, choć wciąż tylko tej komputerowej.

...

Za to wreszcie mogę się poczuć jak królowa - kochany M. gotuje zupkę, robi herbatkę, idzie z pieskiem, wstawia do zmywarki... [ech, życie z M. - bezcenne!]

----------------
*sprawdzone! - cebula działa TYLKO na osy! na użądlenia pszczoły nic nie pomaga. na szerszenia - wcale a wcale. lekkie ukojenie daje tylko lód [stąd dziś na obiad barszcz ukraiński].
W przypadku utraty przytomności należy wezwać karetkę. Ratownicy medyczni zastosują hydrokortyzon i wapno lub - w cięższych przypadkach - adrenalinę i leki przeciwhistaminowe.
O ile w czasie żądlenia pszczoła uwalnia 50-140 mcg jadu, trzmiel od 10 do 31 mcg, osa około 3,1 mcg jadu, to w worku jadowym szerszenia znajduje się 260 mcg jadu.

wtorek, 21 lipca 2015

my aunt believes in aliens

Family evening outside. Delicious turkey gulasz. Young potatoes with the green thing [not dill, not parsley]. Crispy vegetables. French wine with a wild hog on the label. The wine from syrah is being made by some Englishman among the Gauls - really tanned [I know, wine can't be tanned, even not tannined, but that's how I feel it].
Smooth talk over this and that.
Some time later my aunt disappears for a minute just to come back in a gas mask, which she'd used while photographing tests of burnability of different building products. However funny view, there is a sad story behind it. Imagine you have been working in such conditions for 30 years...
By the end the conversations comes on to our beliefs. 13-year-old J. states she believes in God. M. however not so eagerly, but nods his head to support the daughter. I remain quiet. And all of the sudden my-very-wise-aunt confesses she believes in aliens.
Silence...
Nobody is fully sober at that time, but no one knows how to react on such dictum. And how to stop laughing secretly in a hanky? It was a miracle we didn't spit the wine or the marvellous cheesecake.
She supported her opinion with some s-f stories that as they were after some time have become true... What's more these aliens live among us...

Isn't it safer to watch Domo TV?


poniedziałek, 20 lipca 2015

ironinig irony

Czemu ZAWSZE przy prasowaniu koszuli znajdziemy plamę dopiero na OSTATNIM kawałku materiału? Czy to przez tego Murphy'ego, czy zwykły pech, czy On zawsze ochlapie prawą kieszonkę?
Może zmienić system i kończyć na rękawach?

niedziela, 19 lipca 2015

no le atormenta a su marido!**

No i stało. Rok jęczałam: kup lodówkę, kup lodówkę, kup lodówkę.
Zamiast się rozwieść, jak ten od choinki*, to nie, M. w końcu wybrał jedną z kilku codziennie przysyłanych mu kandydatek. Pojechaliśmy obejrzeć.
Na pierwszy rzut oka jakaś duża się wydawała. Ale przecież ma w parametrach 68 cm szerokości i 66 głębokości. Pan nawet sam z siebie wziął miarkę i zmierzył. 78 cm. Od razu wiadomo, że za szeroka, bo dodatkowe 10 cm wyskrobiemy, ale ani milimetra więcej. Przecież głupio tak od razu wychodzić. Pan nawet zmierzył głębokość - wyszło mu 68. W domu okazała się o 10 cm głębsza.
Jest gigantyczna. Wszystkie rzeczy do jedzenia zmieściły się na jednej półce. I na drzwiach.

Najpierw trzeba było zlikwidować jedną szafkę stojącą: [płatki - 8 paczek, mleko w kartonach, plastikowe pojemniczki, 100 słoiczków bóg wie czego, miski, waza, parowar, maszynka do mielenia mięsa] i gdzieś to wszystko upchnąć.
Potem się okazało, że szafka owa jest przykręcona do ściany.
Podłoga pod szafką miała dla nas niespodziankę - eleganckie gniazdo ze styropianu, wykopanego prawdopodobnie spod podłogi [bo i skąd] na całą rodzinę obżartych myszy. Brudu i pajęczyn nie liczę. 
Później zauważyliśmy, że lodówka zaszła z boku grzybem. Dostało mi się, że coś wylałam.
Następnie już widać, że szafka obok też zaszła. I też była przykręcona, a należało wyciągnąć kabel z prądu przez nią jakoś przechodzący.
Wreszcie nadszedł czas na przesunięcie tejże szafki - połamane nóżki, wyjmowanie szuflad i innych pierdół [przesyłek do łapek własnych! - Kitekat czy Dreamies] - bo lodówkowe drzwi otwierają się w drugą stronę i w starym miejscu nie będzie wygodnie. Szafka, jak się okazało, zaszła grzybem również od wewnątrz...
W kuchni panuje sodoma i gomora - mnóstwa rzeczy nie dało się upchnąć, resztę postanowiłam posortować, więc wszystkie powierzchnie poziome zajęte są różnym badziewiem.

W międzyczasie M. ustala, że sprężarkę lodówki wyprodukowano w 2003 roku. [@#$%!]. Kupiliśmy lodówkę o dwa lata młodszą od naszego piętnastoletniego trupa...
Zabraliśmy się do mycia jej w środku. Zaschnięty keczup, resztki jedzenia, czarne ślady po garnkach, tłuste szyby.

Okazuje się, że wybierając rozmiar lodówki, trzeba najpierw wziąć pod uwagę wielkość zlewu kuchennego. Gdy półki przestają się w nim mieścić, ich mycie dostarcza dodatkowych atrakcji.

Włączyliśmy. Warczy. Poprzedniej nie było słychać.

Nie wiem, czy to doświadczenie wzmocni nasz związek. Nie wiem, czy M. kocha mnie teraz bardziej. Obawiam się, że dzisiejszą noc spędzę na kanapie. W najlepszym wypadku - w najodleglejszym zakątku łóżka.

Ta przynajmniej póki co nie śmierdzi...

-----------------------------------
*
- Dlaczego zabił pan żonę?
- A Wysoki Sąd by wytrzymał, gdyby go baba codziennie męczyła: "wyrzuć choinkę, wyrzuć choinkę, wyrzuć choinkę"?
- Ależ mamy już lipiec!

-----------------------------------
**
Mój hiszpański coraz bardziej kuleje... - przepraszam, jeśli kogoś uraziłam...

-----------------------------------
***
Lodówka wygrała bitwę na hałas ze zmywarką! Taki mały odrzutowiec. Ze wszystkich nietrafionych parametrów mieliśmy nadzieję chociaż na niskie decybele. Imbecyle!!!

środa, 15 lipca 2015

spryciarz

Jestem wieczorem poza domem. Odbieram telefon.
- Mogą przyjść do mnie koledzy?
- Mogą - chwila na załapanie - Ale chyba nie na noc.
Cisza.
- No dobra, ale jeden.
- Ok. - słyszę smutny głos.
Mija godzina.
- Kamil nie może. - Nie kumam nawet, że to jest pytanie. W końcu dociera.
- A rób, co chcesz...

piątek, 10 lipca 2015

czarne ręce

Parkuję pod moim wiejskim sklepikiem [tak, tym obrażonym, ale awaria - nie ma mleka do kawy]. Od razu widzę, że poluje na mnie wyrostek. Grzecznie czeka, aż wysiądę. Nieśmiało, lecz stanowczo podchodzi i pyta, czy kupię mu fajki. Patrzę na niego - szczery uśmiech w błyszczących oczach na steranej życiem twarzy, niesamowicie brudne łachy, niedopięty rozporek, paznokcie obgryzione do kości, czarne ręce...
 Ile ty masz lat?
Szesnaście.
Budzi się we mnie belferski lew.
A nie mógłbyś się umyć czy jak...
Zaraz do roboty idę. Bo ja pracuję mówi dumnie. W budowlance robię.

...

Czerwone chesterfieldy kosztują 13,10.

środa, 8 lipca 2015

pająk i muchy

Ratuję wszystkie* zwierzątka. Nie zabijam much. Rzadko komary. Nigdy pająków. Żal mi muszek rozpłaszczonych na samochodowych szybach. Na jesieni myję musze kupy z lamp i szafek bez mrugnięcia okiem. No dobra, mrugam. A nawet marudzę. Ok, głośno je przeklinam.
W każdym razie nie tłukę, tylko wyganiam za okno.

Dziś zauważyłam latającą mrówkę po wewnętrznej stronie okna. Balkonowego. Chciałam ją wygonić jak muchę. Muchy fruwają. Mrówki jakoś słabiej. Dość, że mrówka zamiast odlecieć spadła. Prosto w pajęczą pułapkę. Tak, rzadko sprzątam. Pajęczyny jeszcze rzadziej, przecież stawonogi muszą coś jeść. Leży bidulka w tej sieci, jeszcze nie zaplątana. Stoję i patrzę. Patrzę i myślę. Nie zdążyłam ani postać, ani popatrzeć, ani tym bardziej pomyśleć, gdy nagle spod framugi wyskoczył ośmionożny gigant i ruszył w stronę ofiary szybciej niż biegnący gepard. Niczym gazela rzuciłam jej się na ratunek. Przy pomocy ołówka szybkim jak błyskawica ruchem uwolniłam biedulkę, zabrawszy pająkowi obiadek. Przecież ma tam tyle trupków, że nie jest ich w stanie zjeść. Wiem, bo widzę. Leżą kokonki pod oknem.

Jestem przeciwko budowie delfinarium.

---------------------------
*Ale jak mnie wkurzą, siadając mi na nodze kilka razy w tym samym miejscu... Ech, nie ręczę. Dopadam je ręcznikiem.

sobota, 4 lipca 2015

upał

śniadanie [przecież nie na tarasie, bo słońce]
basen
leżenie [gdzie? na słońcu się nie da, w cieniu nie lepiej, w domu - muchy]
basen
książka [nie ogarniam, bo upał]
basen
drzemka [i znów problem gdzie]
basen
obiad [o ósmej, bo upał]
basen
spacer z psem [upał zelżał]
podlać krzaki

aby do czwartku...