sobota, 31 października 2015

endorfiny

"I’m on a natural high
Enjoy this moment with me
I’m on a natural high
Feel this rhythm..."
Ive Mendes

adrenalina
dopamina
fenyloetyloamina
endorfiny 
oksytocyna

czwartek, 29 października 2015

Przygody Blanki

Blanka pojechała swoim małym czołgiem do centrum handlowego.
Po farbę.
Obejrzała poduszki, zasłonki, lampy [ze szczególnym uwzględnieniem przecen], naklejki na ściany, kredki i dekoracje... Wreszcie trafiła do farb. Pięć rzędów. Już w pierwszym znalazła poszukiwany odcień szarości emulsji do ścian, ale musiała przecież obejrzeć produkty konkurencji.
Aha, jeszcze potrzebna jest mała puszeczka akrylu do mebli w kolorze złamanej bieli.
Te same pięć rzędów przeszła jeszcze raz. Drogą selekcji ilość/cena wybrała niewielką konserwę w kolorze krem. Hura. Wróciła po wybraną farbę do ścian. Aha, wałek, folia, tacki. Przymierzyć. Wałek za szeroki. Ponowny przegląd wszystkich wałków. Przymiarka. Uff. O, środki czyszczące.
- Hmmm... co ja miałam. Tak, zmiotka. Nie, ta za droga. Może ta? Dobra, teraz płyn do płyt kuchennych. Nie ma, nie ma, zaraz jak to jest ustawione? Aha, łazienka, kuchnia... czyli nie trzeba przeszukiwać tamtego regału. Ale może coś fajnego by się znalazło... Nie, tylko do płyt. Jest. Za drogi. Jest tańszy, ale nie ma psikacza, no przecież mam psikacz w domu. Przeleję. Nie ma innych? Nie ma. Dobra, bez psikacza.
Kurde, nie mam wózka, jak tu wziąć pięć litrów farby? Może wystarczy 2,5. 35 m2. W mordę. 4 metry razy dwa wysokości... Nie, dwa i pół. Nie, 2,75... trzy dodaję, cztery spuszczam, dwa w pamięci... Wystarczy. Ale na raz. A jak trzeba będzie dwa razy? Dobra, jakoś dotaszczę. 5 litrów to przecież 5 kilo. [#Naiwna!]
Niosła, niosła, aż postanowiła elegancko obutą w kozak z obcasem nogą przesuwać farbę po podłodze.
- Tylko trochę, zaraz poniosę.
Odwraca się - uszła 10 m.
- W dupie, biorę 2,5 litra, przecież nie będę lecieć po wózek. Najwyżej przyjadę jeszcze raz.
Dalej poszło jak z płatka.

Blanka ruszyła z parkingu. Coś chrupnęło.
- Co to? Przecież zaparkowałam kontrolnie z dala od wszelkich przeszkód terenowych.
Rozejrzała się. Nic. Jedzie dalej.
Znów chrupnęło. Tym razem na zakręcie.
- Czyżby przegub? Rzeczywiście wczoraj zaczął stukać.
Po pięciu metrach chrupnęło dwa razy.
- Co ja, trupa ciągnę?
Pełna złych obaw wysiadła. Obejrzała auto z lewej, z prawej. Trochę pod spodem. Nic. Zwłok nie ma.
- A jednak chrupnęło. Dobra.
Uklękła na kostce parkingu i zajrzała całkiem pod spód.
Pod autem, idealnie pośrodku, leżał sobie... pachołek.
- Skąd tu, kurwa, pachołek?!
Odpowiedź na to pytanie nie było palącym problemem, natomiast wyciągnięcie go jak najbardziej.
Blanka rzuciła na ziemię kocyk, na którym siedzi zimową porą - przecież na skórze nie da się posadzić tyłka - i zaczęła myśleć nad narzędziem, którym dałoby się do niego dosięgnąć. Pachołek, leżąc na boku, zaklinował się idealnie, trafiając szerszą podstawą w szczelinę między osłonami podwozia. Blanka zawsze wozi ciekawe rzeczy w samochodzie. Najpierw pomyślała o dopiero nabytym wałku, ale empirycznie stwierdziła, że nie dosięgnie. Jej wzrok spoczął na kijach do chodzenia.
- Niezbyt idealne, ale może się nadadzą. Przynajmniej długie.
Długie, owszem. Może by się nadały, gdyby go wyciągać po pierwszym chrupnięciu, a tak perfekcyjnie wpasowany pachołek ani drgnął.
- Dobra, spróbujmy z prawej.
Z tej strony było do niego bliżej, co nie znaczy, że łatwiej.
- Bez faceta nie pójdzie.
Stanęła Blanka na czatach, wytężając swój słabiutki wzrok. Wkrótce wypatrzyła ofiarę: dość młody, przystojny i jak się okazało, bardzo miły.
Stękał, sapał, Wyszła mu gumka od białych gaci. Nic to. Rycerz niestrudzenie próbował i próbował. Z prawej, z lewej. Blanka tymczasem otworzyła bagażnik, żeby poszukać lewarka, a z tyłu samochodu wysypały się opony. No tak, miała wymienić na zimowe. Mąż kupił był nowe.
Z lewarka nici.
I wtedy pan się napiął, natężył, sił nie zmitrężył i... wyciągnął pachołek przeklęty.
Blanka z wdzięczności wytarła z brudu kurtkę pana kocem, gorączkowo myśląc, jak się odwdzięczyć, ale jak zwykle nie miała przy sobie gotówki, a o wspólnej kawie nie pomyślała.

Teraz siedzi i żałuje.

A farba okazała się alkaidowa, nie akrylowa i z malowania też nici, bo potrzebny jest rozpuszczalnik.

wtorek, 27 października 2015

Mona Liza

Can't wipe off the Mona Liza smile... :]

Should I eat some lemon?

13 minut

Właśnie spędziłam najodważniejsze 13 minut w moim życiu :]

...
a po kolejnych 13 doznaję MEGA rozczarowania :[

Pas.

...
a po kolejnych 13... ech, jestem gotowa na WSZYSTKO.

...
wciąż jestem. :]

poniedziałek, 26 października 2015

nadal...

nadal:
- nie zaczęłam chodzić na bieżnię
- ani na kręgosłup [brak Agatki mnie niby usprawiedliwia]
- nie pracuję
- nie znalazłam 'swojego' teatru
- nie znalazłam swojego miejsca
- nie napisałam książki
- ani też nic mądrego
- nie poprawiłam zębów
- nie namalowałam obrazu
- nie posprzątałam ogródka
- ani niczego innego
- nie zaczęłam uczyć się grać na pianinie [tak na serio]
- nie chodzę na lekcje żadnego języka
- nie poszłam na studia
...
no, krótko mówiąc, jesień.


niby złota, ale szara w środku

no comment

silence over this coffin...
a było dać szansę temu Swetru.

piątek, 23 października 2015

cmentarny rajd

Na tydzień przed pierwszym listopada zamykają wjazd na cmentarz. Bródnowski. Ten największy w Europie. W ogóle od niedawna można wjeżdżać autem, bo przedtem najwyżej rowerem. Ale staruszkom dogodzono i już można.
Na więc zabieram moją 70-letnią nie-staruszkę [no naprawdę nieźle się trzyma]. Wjeżdżamy. Zaraz za bramą parkujemy. Wracamy przed bramę. Kupujemy kwiaty i znicze w ilościach wymykających się spod kontroli, bo kto by to zliczył. Stówka pękła. Auto stoi grzecznie w rządku innych spryciarzy, takich jak my, którzy wjechali, ale szybko wrócili  po kwiaty.

Cmentarz Bródnowski ma dwie szerokie aleje, które przecinają się na krzyż, oraz mnóstwo węższych, niedawno wykostkowanych [dla tych z zachodu - polbrukowanych]. Szerokość tych cieńszych bywa różna, ale jakimś cudem mieści się na nich mój mały czołg, o czym za chwilę. Na razie jedziemy jedną z tych szerokich.
Stajemy. Szukamy grobu maminej koleżanki, Basińskiej. Obie byłyśmy na pogrzebie, pamiętamy, że przy betonowej chatce, krążymy 5 minut i dajemy za wygraną. W międzyczasie, że kolega mamy, były dyrektor, zwany Koniu, leży w pobliżu. - Ale jak to leży? - No przecież umarł. Miesiąc temu.
- Aha.
Wsiadamy, podążamy tą szeroką. Szeroka to ona jest, jak na niej nic nie stoi. Tym razem stoi sznur. Jedno auto za drugim. Wjeżdża się na cmentarz jedną bramą, a wyjeżdża drugą, czyli ruch zaplanowano jednostronny. Znaków nie ma, że nie wolno wracać, no ale samochody jadące pod prąd wzbudzają w nas, jadących z prądem, stan lekkiej frustracji. Z jednym samochodem jakoś byśmy się minęli, ale z dwoma naraz nijak się nie da. Wreszcie cienkus wjeżdża na chwilę w boczną cienką i jakoś cała kawalkada przejeżdża. Uwolniona radośnie podążam na przód, wyłączam nawet automat, żeby na jedynce zbytnio nie przyspieszyć i... mijam poprzeczną szeroką. A przy niej leży dziadek. No przecież pod prąd nie wrócę. Orientują się na widok drewnianego kościółka przy wejściu [czyli z perspektywy naszej - przy wyjeździe]. Co robić, co robić? Rozpaczliwie skręcam w szerszą z tych wąskich, rozpycham ludzi przy grobach i mknę. Krzyże uciekają do tyłu, ławeczki ocierają się o karoserię, płyną płonące znicze. Wszystko fajnie, tylko muszę skręcić w lewo, żeby dojechać do dziadka. W którąkolwiek.