sobota, 31 grudnia 2016

takie tam poświąteczne

Takie te dni podobne do siebie, smętnie się toczą. Internet wciągnął mnie jak matrix. Oglądam obiektywy, porównuję, czytam, pytam, sprawdzam, focę. Ogarnął mnie szał. Dziś poczułam wreszcie przesyt, choć wciąż nic nie wybrałam.

Na fb debata filozoficzna o dobru i złu [wciąż mnie ta odmiana skrobie po plecach]. Dopiero w nocy zajarzyłam, że autor nabroił i pod płaszczykiem domorosłej filozofii szuka na fejsie akceptacji. Efekt jedynie z tego taki, że małżonek włączył się do dyskusji i podał definicję dobra: "fala pozytywnych fluidów". Nie podobała mu się jednak moja późniejsza interpretacja jako "fala niebiańskiej rozkoszy", której, jak twierdzi, by nie wymyślił, nawet gdyby się napalił.

Politykując, nie widzę rozwiązania sejmowego patu. Karakan się nie wycofa. Przeniosą obrady gdzieś indziej, udając, że dali agenturze szansę. Mają trochę czasu na przygotowanie. Pokłóciłam się w Wigilię o korniki w Puszczy Białowieszczańskiej. Nawet w tej materii są w stanie zrobić ludziom wodę z mózgu. Dobrze, że nie o żubry i złagodzenie zasad polowań. Przecież żrę mięso - hipokrytka. Aha, wracając do Sejmu, nie ma charyzmatycznego lidera, który byłby w stanie zaproponować rozwiązanie i zapoczątkować zmiany. Nie ma. Więc wszystko się rozpłynie. Jeszcze nie czas...

M. znów źle się czuje. Operacja pomogła na TRZY miesiące. TRZY. I pół. Wrócił jego podły nastrój.
 
Poza tym przetoczyło się.

1. rogowiak kolczystokomórkowy wycięty - szwy zdjęte, jest ok
2. kod protestujący odsunięty - nadal stoją
3. choinki brak - jest jodła
4. pierogów brak - zrobione, kupione, dodatkowe 2 kilo kupione w Wigilię
5. porządku brak - ogarnięte, wszystko wpierniczone w różne dziury
6. szarlotka zjedzona - druga zrobiona
7. prezenty niekupione - łowienie prezentów fajnie wyszło - wszyscy dostali ręczniki, patelnie i koce
8. goście doproszeni - było nas więcej :), przyciągnęła się nestorka rodu, rocznik 36.
9. pierścionek wręczony - długa historia [nestorka rodu wyrzuciła do śmieci swoje ukochane pierścionki, które kupiła za pierwszą w życiu pensję. zamierzała je wręczyć wnuczkom na Gwiazdkę. oddałam więc znajomemu dwie obrączki po babci, dostając w zamian pierścionek z koralem i cyrkoniami. wręczyłam nestorce jako znaleziony w śmieciach ;) ].

po świętach 4 dni

może to czas na podsumowanie roku?

wtorek, 20 grudnia 2016

lista spraw wciąż niezałatwionych

1. rogowiak kolczystokomórkowy wycięty

2. kod protestujący odsunięty

3. choinki brak

4. pierogów brak

5. porządku brak

6. szarlotka zjedzona

7. prezenty niekupione

8. goście doproszeni

9. pierścionek wręczony

do świąt 3 dni 17 godzin...

sobota, 17 grudnia 2016

trąbią

godzina 02:07

oni tam trąbią pod sejmem, a ja w ciepłych pieleszach.
chciałabym tam być, ale wolę miękkość koca i kota.

zdecydowanie płynie we mnie niepatriotyczna krew. wolę tańczyć z taborem niż wybierać się bez przygotowania na walkę. bo chyba niewielu jest ludzi, którzy wierzą, że majdańskim w genezie ruchem, a raczej bezruchem na mrozie, odetną amatorów władzy od źródła absolutarnej rozkoszy, jaką daje bezkarność w popełnianiu czynów dotychczas niemożliwych.

gawiedź się cieszy, dzwoni do przyjaciół, robi selfie, pije grzańce, krzyczy, trąbi, tupie, skanduje. nie wypuszcza do domu posłów, którzy już od wieczora balują w hotelu. choć są tacy, którzy twierdzą, że pracują i zapraszają do komisji wyproszonych przez marszałka dziennikarzy.
szansę dostała kopacz jedną na sto. nie wykorzysta. bo ona nie jest charyzmatyczną postacią, następczynią Emilii. reszta zamiast korzystać z okazji przedwyborczej, pewnie chla, bo co tu robić, gdy autem nie wyjedzie, a ryj zbyt znany, żeby chyłkiem do taksówki przeniknąć.

pierdolę, nie jadę. stłumiłam pierwotny odruch.

czas szukać tanich lotów do australii, bo sanitariuszką to ja nie jestem. ani łączniczką.

stawiam, że jednak rozpędzą ich delikatną siłą. choć najpierw poczekają, aż gawiedź zmarznie i zmięknie. dwa dni?

no i pierwszy raz zawiódł mnie fb. nie zwołał mnie. widocznie dobieram znajomych pod pokojowym kątem.

niedziela, 11 grudnia 2016

[poprawione!!!] gdyby ktoś pytał, jak było we Wro...

... to mówię.

1. dojechać jednak pociągiem - taka podróż to temat na osobną opowieść.

2. zobaczyć:
Wieżę Matematyczną i umrzeć z rozczarowania
dwie sale barokowe - pani nie umiała powiedzieć, która ładniejsza, krakowskim [sic!] targiem dopłaciłam złotówkę i zobaczyłam obie. barok to barok. trzeba go lubić. pierwsza sala na przedwojennych zdjęciach wygląda 100 razy lepiej, choć piętnaście razy porównywałam, to nie wiem, na czym polega różnica. druga sala w remoncie - można zobaczyć panią z pędzelkiem na rusztowaniu. kolorystycznie lepsza, ale równie przedobrzona. w pierwszej podobno wciąż odbywają się koncerty - to chyba dobry pomysł zamiast wizyty muzealnej. aha, żeby otworzyć drzwi, trzeba wziąć ze sobą siłacza. najlepiej wysokiego. klamki na wysokości oczu uniemożliwiają walkę ze stutonowymi wrotami.
z samej wieży widok jakotaki. trochę wody, ale w części mniej reprezentacyjnej. trochę starówki, ale pod światło. ciekawe rzeźby, ale to wizytujących taras stoją tyłem. przy tym taras szeroki, ludzie nie obijają się o siebie jak na większości wież.



Muzeum Architektury.
tia.... wystawa czasowa o Lwowie. poza tym trochę kafli i pieców, trochę rozet, zwieńczeń, dekorów z kamienic, 3 witraże [ze Szwajcarii???].
modernizm we Lwowie - ok. nie miałam pojęcia, że można się tam poczuć, jak między Mokotowem a Gdynią. głównie zdjęcia, kilka makiet, dużo rysunków.



Dworzec
świetnie odrestaurowany, mauretański jakby nieco?, wspaniała hala - szkoda, że bez zakrętu. ornamenty, nitowane konstrukcje, świeżość - jeszcze czuć farbę.
i wystawa fotografii - niestety nie trafiłam.




Rynek
wszystkie drogi prowadzą na rynek, zwłaszcza gdy trwa coroczny jarmark. stoiska pełne głópot - łańcuszki, wypychanki, czapki, skarpetki, mydełka, kiełbasy, oscypki przeplatają winodajnie we frymuśnych butokufelkach [po 10 zł, jeśli nie oddać]. raj dla fotografii. szkoda, że zimno. i można obejrzeć nic w ratuszu. za darmo.



3. pogoda
zimno jak w psiarni. ostatniego dnia, gdy wyjeżdżałam w południe - słońce i 15 stopni. w grudniu.

4. zjeść
Corso na Szewskiej. zachwycona! wyśmienite ravioli. niebo w gębie, kucharz włoch. chłopakom było mało. czar prysł, gdy się okazało, że połowa włoskiej populacji uciekła z kraju i osiedliła się wokół w[roc]ł[aw]skiego rynku.
Święta Racja - symetrycznie do rynku. apetajzer niezły. jeden z lepszych smalców, jakie kiedykolwiek jadłam. świetne drinki - rewelacyjny barman. wie, co robi. żarcie w porządku. i fotele. miło, ciepło w dupę. napić się, zjeść, pogadać. ekstra.
kawa - wszędzie do dupy. najlepsza [o dziwo!] w hotelu. za to droga jak czort. 7,50 pojedyncze espresso. za podwójne - 15.
Panczo. spodobała mi się karteczka, żeby zamykać drzwi, bo pizga. żałuję do dziś. niby luźno, niby szybko, niby kulowo, ale wciąż mi niedobrze. kolorowo, dużo, żurawinka, papryczka i inne delicje na wołowym, ale niedobrze. szczytem wszystkiego były plastikowe widelce, których zęby wyginały się we wszystkie strony i głównie zajmowałam się łowieniem żarcia z metalowej blaszki. zimnej.



Atrakcje
masaż stóp. tajski.
bolały mnie stopy od łażenia [pierwszy raz w życiu], pomyślałam, że niezapomnianym przeżyciem będzie masaż stóp. wieczorem. było miło. nic niemówiący taj, herbatka, ciemność, muzyczka w tle. ok. taj bezbłędnie znajdował bolące miejsca. miejsca te bolą mnie do dziś. do dziś mam ciepłe stopy. jednak chodzenie następnego dnia po bruku było jedną wielką męczarnią. tylko po gładkim. ale gdzie znaleźć gładkie na Starym Mieście?

na plus:
znalazłam pana, który miał ładowarkę do mojego retro telefonu.
trafiłam autem na północ i z powrotem i znów na północ, mimo że się zgubiłam.
czułam się trochę jakby za granicą i dziwiłam się, że mówią po polsku :)


wtorek, 6 grudnia 2016

Wrocław w Mikołajki

Wciąż nie wiem - lecieć czy jechać. Jechać czy lecieć.
samolot:
11:05 pociąg z L.
12:00 pociąg na lotnisku
13:20 odlot
14:20 lądowanie
15:20? godzina na dojazd do centrum

pociąg:
11:00 pociąg z W.
15:24 pociąg w centrum Wro.

ułatwienie:
bilet na samolot 7 złotych
bilet na pociąg ???

gdzie tu sens, gdzie logika?

wtorek, 29 listopada 2016

teatr mój niezbyt widzę ogromny

policzyłam.
wrzesień - 5
październik - 4
listopad - czwarte
=============
13 spotkań. 13 trzygodzinnych spotkań. 13 trzygodzinnych spotkań, na których wybieramy scenariusz. no dobra, kłamię. na pierwszym próbowaliśmy starą sztukę.
aha, i od tego roku spotkania są nie trzygodzinne, a dwuipółgodzinne.

Итого: 30 godzin ględzenia, co zagramy w tym roku. przyznam, że mniej herbatkowego, ale może dlatego, że bywam tylko w środku spotkań.

trzy tygodnie temu ustalono: Przybora.
Balladyna
Mężczyzna do wzięcia
Wyprostek

tydzień temu mnie nie było.

dziś. zestaw jw. + Dama Jakaśtam. i że coś nie gra. od początku wiadomo, że nie gra. jak Balladynę ze współczesnymi grać?  mówię więc o Hamlecie [odkryłam po 30 latach, że jest Przybory]. wspaniale, cudownie, medal, uratowani. [dwa tygodnie temu wyrzucić chcieli]. teraz się uśmiechają. też się uśmiecham. ale mało.
Doris szuka w guglach Romeo i Julii. nie wpisuje Przybory. czyta coś innego. jedne mówią, że to Przybora, inne, że nie.

piana, bicie, bicie, piana, beza.

wychodzę.

poniedziałek, 28 listopada 2016

dzień jak co dzień

gdy pewnego dnia jedno dziecko pije na urodzinach koleżanki cydr, udając niewiniątko, drugie znika w niewiadomym kierunku i nie daje znaku życia przez kilka godzin, a trzecie wkręca babcię, że zdechł nasz ukochany pies...
a senior rodziny idzie do szpitala ze złośliwym rakiem nerki...

wtorek, 22 listopada 2016

pogrzeb po mazowiecku

w pewnej rodzinie odeszła stuletnia babcia. rodzinna rdzennie mazowiecka wyprawia pogrzeb jak się patrzy.
jeśli ktoś do tej pory uczestniczył tylko w pochówkach stolicznych, to może się zdziwić. tu nie chodzi o to, by zmówić paciorek i schować do grobu, o nie. tu chodzi o ulżenie duszom. i tej, co odeszła, i tym, co zostają. o pożegnanie chodzi. o celebrację. o śmierć jako część życia.
nad otwartą trumną odbywają się zdrowaśki. przez godzinę. rytmiczne powtarzanie modlitwy wpędza żałobników w trans. zaduch, przygaszone światło i rytm wzmagają nastrój odrealnienia, wysublimowanej ucieczki od świata, kontrolowanego szaleństwa.
czym to się różni od murzyńskich tańców obrzędowych? swoistą samokontrolą. czyli należy złapać pewien trans, jednak nie za bardzo. nikt wszak nie zaakceptuje lamentów ani sardonicznych tańców.
po godzinie frenetycznych modłów i spowiedzi w formie drive-in następuje msza. powiedzmy, że zwykła, zwyczajna [jedyną różnicę stanowił drugi ksiądz prowadzący, jak się okazało obaj byli katechetami w szkole, której dyrektoruje wnuczka zmarłej babci].
punkt kulminacyjny stanowi pożegnanie z ciałem - rodzina po kolei podchodzi do trumny i całuje zmarłą teściową/matkę/ciotkę/babcię/prababcię. serio.
gdy widziałam ostatni raz swoją babcię w stanie agonalnym w szpitalu, podłączoną do respiratora, który za nią oddychał, jestem pewna, że jej już tam nie było. pewna. zaraz potem przyszedł ksiądz i powiedział, że nie żyje. czy żyła, gdy ja u niej byłam? tak czy siak JEJ tam nie było. te magiczne 21 gramów uleciało. od tej chwili ciało niewiele mnie interesuje. to powłoka jeno.
kto z was by pocałował?
a nawet jeśli miałby taką ochotę - czy nie jest zbyt intymna sprawa, żeby składać taki hołd na oczach wszystkich zgromadzonych? zwłaszcza w tym mieście, gdzie każdy każdego ocenia? choć dowiedziałam się, że ciało ma przeżyć zmartwychwstanie. kiedyś. strasznie mnie to ciekawi jak. ale, dobra, niech zmartwychwstaje. za cholerę nie wiem po co.
potem to już było normalnie. na cmentarzu zaśpiewali, pochowali, ziemię rzucili i tyle.
i na stypie nie było wódki, więc wszyscy się nażarli i poszli.

niedziela, 20 listopada 2016

u lekarza z trójką dzieci

dzieci sportowe muszą co pół roku chodzić do lekarza sportowego. tak się składa, że nasz pan doktór ma uprawnienia, wystarczy zrobić dzień wcześniej siku i oddać krew, a na wizytę przyjść chwilę przed wyznaczoną godziną, żeby się zważyć, zmierzyć i zEKGować.
budzik budzi mnie ino świt o dziewiątej, żebym zdążyła zadzwonić i spytać na którą. okazuje się, że na 11. słyszę ruchy na schodach, a to najstarsze nie wyszło jeszcze było do szkoły. stwierdzam, że o tej porze już nie ma po co wychodzić. z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku się kładę ponownie i wtedy nade mną staje najmłodsze, które nie zdążyło na basen [choć później wydało się, że płatki jadło o 7]. tak czy siak wpół do jedenastej ruszamy do boju.
- pamiętaj o bankomacie, pamiętaj o bankomacie - powtarzam jak mantrę starszemu, żeby mi przypomniał.
parkuję jak cham [później dostaję opierdziel, bo pan od drukarek nie mógł podjechać bliżej], wpadam do gimnazjum, pytam, gdzie jest VIa. pani woźna posłusznie sprawdza numer sali Ia. wchodzę, dziecka nie widzę, ale twardo mówię, że zabieram. pani pyta, czyja to mama, wtedy córcia grzecznie podnosi rączynę. obie z panią od przyrody oddychamy z ulgą, że nie pomyliłam klasy.
córcia wychodzi i pyta, czy trzeba się będzie rozbierać. pocieszam ją, że starszy kiedyś poszedł do lekarza w dziurawych gaciach. na co dziecię nieśmiało rzecze:
- coś mi się przytrafiło.
- ale masz coś?
- nic. czerwono!!!
blednę. nic to. dopiero za pięć jedenasta.
parkuję pod Anną i... odbijam się od ściany! bankomat zniknął. wpadam do marketu, łapię pierwsze lepsze podpaski, szukam gaci - nie ma. płacę. zaglądam do kosmetyczno-kwiatowego. rajstopy takie, siakie, śmakie, gaci nie ma.
wypadam. jadę na sygnale do przychodni. do lekarza nikogo [ufff], do pielęgniarki - tłum. sadzam dzieci strategicznie - jedno pod doktorem, drugie pod pielęgniarką, trzeciemu każę siedzieć i czekać na pomoc medyczną w postaci podpasek. jadę na polowanie.
w mieście gminnym [jako to się nazywa?] jest ratusz, kościół, knajpa, dwa mini-markety, dwie kwiaciarnie, ogrodniczy, nowootwarty salon z wyposażeniem łazienek i poczta. aaa, i trzy apteki. gdzie będą gacie? wpadam do największego marketu bez większej nadziei, i słusznie. są jedynie rajstopy.
przynajmniej zaliczam bankomat. miotam się w prawo, w lewo, wreszcie się poddaję i postanawiam zamienić się z nią gaciami w kiblu. skręcam kontrolnie w prawo, bo w lewo już byłam.
i wtedy staje się CUD. sklep 1001 drobiazgów - ktoś jeszcze to pamięta? wpadam - gacie? są, bezszwowe, biodrówki, srówki w krówki. łapię pierwsze lepsze za dychę, wypadam.
podjeżdżam do przychodni, z daleka widzę, jak pan doktor wyrzuca najstarszego, ponieważ raczył wtargnąć bez wyników badań.
w tejże chwili zwalnia się gabinet zabiegowy - można wejść na czynności pomiarowe. wchodzi najstarszy. córci cichaczem podaję zdobyczne trofea, ona leci do łazienki, najmłodszy grzecznie siedzi. z recepcji próbuję wyciągnąć wyniki wczorajszej krwi - będą o 13.
ja pier.
uśmiech nr 5, tak, mogę wydrukować, tylko jak tam się wchodzi do tego systemu. chwileczkę.
najstarszy z wynikami wzrostu, ciężaru i EKG [bez oczu, bo ma okulary] wraca do lekarza, ja stoję ponownie w kolejce po wyniki sików i mówię, że to już. najstarszy ponownie zostaje wyrzucony z gabinetu, więc wpycham go tam na siłę i obiecuję, że krew będzie za minutę. wpadam wreszcie z cudowną kartką, na której nie ma żadnych strzałek/flag/oznaczeń i zasiadam jako ta matrona z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. jeszcze lecę zobaczyć, co z najmłodszym, mijam w przelocie zadowoloną córcię, panie pielęgniarki donoszą resztę wyników, a ja w końcu mogę się oddać ulubionemu zajęciu czyli plotkowaniu z panem doktorem.
między innymi chwalę jego fryzurę, mówiąc, że nie lubię krótkich, i nasza znajomość osiąga nowy pułap...
na co wpada córcia i z mety wali:
- mógłby się pan pospieszyć, bo muszę wracać do szkoły!

tia.......






środa, 16 listopada 2016

pani z recepcji

do lekarza poszłam. tam się stoi i czeka aż panie z pomalowanymi paznokciami poproszą następną osobę. a potem usilnie starają się być miłe, co przypomina grymasy pań po liftingach albo po zjedzeniu kiszonej KWAŚNEJ kapusty.
no i słyszę tę mantrę, wołanie, hasło, jako odzew podaję: mam wizytę.
pani powarkuje: spóźniła się pani, gabinet 20, wrrr.
tak się składa, że trafiam do niej ze skierowaniami i receptą do postemplowania. pani się nieco miota, nie wie, które najpierw, czy stemple, czy komputer, a mnie się wyrywa: "spokojnie...". przerażona patrzę, że zbyt się ośmieliłam i teraz pierwszy wolny termin będzie w listopadzie, owszem, ale przyszłego roku i ku memu zdumieniu słyszę: "ja nawet w domu nie bywam spokojna".
błysk wspólnoty losu każe mi spytać: "nastolatka"?. ona: "czternastolatka". i wtedy już wiem. już wiem, że możemy iść na kawę, na wódkę i na dyskotekę. wiem, że dostanę najlepszy możliwy termin. wiem, że umówi mi oba badania razem. wiem, jaka ona jest wycieńczona. wykończona. wyżęta.
wiem, choć jeszcze na szczęście nie wiem.
ale współ-czuję.

środa, 9 listopada 2016

z pamiętnika nastolatki

więc tak wracamy sobie w miłej atmosferze po udanych zakupach, lody z maka pieczętują nić porozumienia, a że czas wyborów, to włącza mi się faza mędrkowania, wykładowania i politykowania. no więc jadę: że 500+, że trump, że 4000+, że trzęsienia ziemi, że pewna pani, beneficjentka pomocy społecznej, matka czwórki dzieci, pierwsze 500+ wydała na pieska, yorka znaczy się. że lud ciemny głosuje, bo przekupiony, że ciąże, trybunały, podatki, budżet, gospodarka... końca nie widać.
i wtedy ta biedna dziecina, zasłuchana w mój wywód, rzecze:
- czyli ludzie nie myślą, co będzie dalej w przyszłości, tylko patrzą krótkowzrocznie i głosują na 500+?

czy ja kiedyś wspomniałam, że ona jest blondynką? wycofuję się wszystkimi czterema kopytami.

poniedziałek, 7 listopada 2016

tureckie telenowele









kto by przypuszczał, że  tak się ubawię na tureckich telenowelach? powiem szczerze, sikam ze śmiechu. to że mam listę in english i nie wiem, kiedy mówią dzień dobry, a kiedy przepraszam, to nie przeszkadza. bardziej drażnią różnica kulturowe - z początku nie do ogarnięcia.
a, i toilet i elektrisity jest całkiem podobnie, więc można ogarnąć.

głupi fb wrzuca reklamy. więc tera godzinami siedzę na dawandzie i koszulkach 3D, których i tak nie kupię, ale co się pogapię, to [stracę].

nie miałam kaca po dwóch winach. może dzięki mandarynkom w puszce?

poszłam do sklepu po siodełko do gitary. i co? i wyszłam bez kapelusza i rękawiczek. za to z gitarą. rozmiar dla dzieci. tak to tak.

4000+ i za życiem to nawet mi się rozkminiać nie chce. a do tego konkurs gimnazjalny o życiu z lechem [teraz chyba po lechu].


znowu chodzę z kijami. muszę wreszcie odpalić tego srajfona i włączyć endomondo. chyba po to, żeby się dowiedzieć, że dużo nie chodzę.

a, no, najważniejsze. admin grupy nikoniarze po raz pierwszy zrobił casting na zdjęcie grupy. wybrał siedem. i jedno z nich, uwaga jedno z nich było MOJE. no mój kiczowaty zachód słońca w gdańsku. oczywiście, że nie wygrał. przedostatni był, ale co tam. sam pan admin wybrał MOJE foto. ja pierdziu!






wtorek, 1 listopada 2016

czy oślepnę w te świąta w samości


już wiem, że jestem w stanie gapić się w monitor przez CAŁY dzień. z przerwami na żarcie. kalambury, fb, allegro, blog. i tak w kółko. nawet grobbing mnie nie przekabacił.

no i teraz myślę, że jeśli schodzę na dół i jest mi ciemno, to już chyba ślepnę. od tych głupich rozświetlanych co ileś tam milisekund pikseli.

czemu winne piksele, żem głupia?

aha, słowa na dziś to samość i sobość, podobno bardzo ważne pojęcia. i wielopłaszczyznowe. właściwie oba odczuwam całą sobą, gdy wszyscy wyjechali. nawet pies śpi cały dzień, bo pada. trochę fb wyrywa mnie z tej samości, a kalambury z sobości. namiastkę grupy tworzy. człowiek chyba lubi być w grupie. nawet taki Makar. choć mógłby ponoć przeżyć w bunkrze, do którego kurierzy dostarczaliby mu żarcie i papier toaletowy, to przecież jego gry też tworzą namiastkę grupy. i to grupy, którą poniekąd sam wybiera.

a może trzeba jakoś tego uczyć? tego bycia w samości. zaakceptowania jej. mnie zajęło to mnóstwo czasu [jakieś 40 lat] i odrobinę medytacji. a co z kobietami, które żyły tylko dla swoich dzieci. i dzieci ich dzieci. jak się odnajdują i to w czasie, gdy już niewiele mogą? gdy zostały im uniwersytety tylko III wieku?

namiastki. żyję takimi namiastkami. nic nie jest na serio. nawet dzieci są namiastką. moich dzieci. i te upieczone dziś babeczki są namiastką prawdziwych babeczek. lecz może to życie całe jest namiastką, a NAPRAWDĘ żyją tylko nieliczni. Owsiak może. Ochojska. wszyscy na O.

i jeszcze na deser trochę filozofii świątecznej - chyba już było rok temu - że wszystkie święta mają wspólny mianownik. nowe religie podporządkowywały sobie stare rytuały, dodając amen, lub z nimi walczyły, tworząc alternatywne celebracje. przecież i helloween musi mieć coś z dziadów. tradycje rozwijały [i rozwijają] się jak język. [wiecie, że błąd i blind mają wspólny korzeń?]. wszędzie chodzi o kontakt z duchami: udobruchanie ich, nakarmienie, oswojenie się z nimi. w taki lub inny sposób. ważne, żeby były po naszej stronie. to że helloween wymknął się spod katolickiej kontroli, czyni go świętem non grato. i przy okazji odartym też z duchowości do granic absurdu - psikusy, które wyrządzają szkodę przestają być psikusami, dają zielone światło wandalom i nastoletnim kretynom. fajnie się poprzebierać - tę część mogę zaakceptować, rozlanej farby na drzwiach już nie. i chyba szkoda, że po tym zbieraniu cukierków po sąsiadach nie ma wspólnego rytuału - kolacji, wieczerzy i zadumy. wtedy chyba i owca byłaby cała.

sobota, 29 października 2016

spacer


i znów te kijki stoją przy drzwiach bezrobotne. jak strasznie nie chce się iść dalej samej. jak bym się bała, że trudno będzie wrócić.

przez to spaceruję tylko do kanałku. przez to, że się Agnieszce nie chce z kijkami chodzić, no i przez kota. więc wracam znad tego kanałku, choć znad to na wyrost, bo już doń dojść nie można. zarosło. nic to, zdechnie przez zimę. się dojdzie wiosną. wracam i tak nagle patrzę, idę i patrzę... na siebie. i co ja widzę. widzę postać dość nieokreśloną, nie żeby pogrążoną w boleściach, że jak zwykle poprzedniego dnia nikt życzeń imieninowych nie złożył. nie to.
więc ona - ta postać, czyli że niby ja, kroki stawia, wysoko nogi zadzierając, obuta w kaloszki z gdańskiej powodzi, zakuta w kurtkę z kerfura za 70 zł, co nie ma wewnętrznych kieszeni i przez to do niczego się nie nadaje i przyodziana czapką z daszkiem. A ta czapka z daszkiem z kolei, przykryta jest polipropylenowym kapeluszem. nie to, że przy plus dziesięciu czapka nie wystarcza. [rano nie wystarczyła - była inna, ta mała, ot, taki czepek degola, i przez nią z gilem do pasa wróciłam, zakichana na śmierć]. nie to, ona, ta czapka, zdążyła była zmoknąć, gdym się nieopatrznie bez parapluja wybrała. wróciwszy więc złapałam też i kapilinder, by czapka na amen deszczem nie przemokła. w dłoni wciągniętej w rękaw - z braku rękawiczek - trzyma ta postać, czyli ja, uchwyt parasolki. gdy ciągnę go mocno do dołu, to kolorowa czasza zapiera się o mój kark i tym sposobem przyrząd się nie zamyka. nie ma ci on tego fiutka, gdy sprawia, że parasol utrzymuje pozycję otwartą. mój nie utrzymuje. choć kiedyś utrzymywał. ale wtedy go nie używałam. a szkoda. bo ładny. bardzo nawet ładny. taki jak chciałam. kolorowy. na urodziny dostałam. od przyjaciółek wtedy. tak wtedy myślałam. [nieprawda, że nikt życzeń nie złożył - jedna z tych wtedy przyjaciółek zadzwoniła...]. tak czy siak parapluja od nich dostałam. w końcu ile można prezenty wymyślać. więc ten parasol to było coś. nie miałam serca go wyrzucić. teraz też nie mam, choć one już z wnętrza mojego odeszły. i w niepamięci też się powoli rozmywają.
brnę przez krzaki i chaszcze nieskoszonej drogi dokanałkowej. za mną pies. piesek właściwie. piesiunio. pies jest czarny. niedowidzi. gorzej, że ja też go czarną nocą niedowidzę. stąd na jego piersi dumnie błyszczy ledowa latareczka przywiązana do beznadziejnych szelek jakiejś marki wstążeczką z tuniki czy sweterka unisono. jak on dumnie chodzi, gdy drogę mu własna pierś oświetla.
najpierw to świecił do góry. właściwie wtedy to mnie tylko oślepiał. owszem, nie dało się psa zgubić, ale po oczach latarnia dawała tak, że sama drogi nie widziałam. ale te szelki, te markowe szelki, co kupiłam, po długotrwałych poszukiwaniach internetowych, chciały mi mojego piesiunia udusić. zamierzyły się już na jego krtań, gdy tylko zapomniałam ich byłam zdjąć po spacerowaniu w ciemnościach. rzuciły mu się do gardła. ledwo go uwolniłam. od tamtej pory zapinam mu je do góry nogami, czy tą częścią podbrzuszną na karku. dzięki temu pies świeci do przodu.
za nami zaś czai się w ciemnościach bały kocur. wielki, męski, ale obecnie nieco skołtuniony. złachmaniały. a kołnierz nie dodaje mu kotowatości. kołnierzem, który zabezpieczać go miał przed lizaniem tylnej, wygryzionej łapy, zbiera wszystkie trawy i nasiona i dzielnie przynosi ździebełka do domu. łapę wygryzło mu coś większego. ponoć kuna. może? dalej poszło jak z płatka - najpierw wylizał sobie tam sierść, potem skórę i już by się dolizał do kości, gdyby nie interwencja dzielnego pana G., który postanowił wyleczyć ranne zwierzę za pomocą kołnierza. wprawdzie kotek mimo plastikowej przeszkody językiem do rany dosięga, za to czuje się w nim bardziej chory. tak bardziej ofiarą. gdy tylko kołnierz mu na chwilę zdjęłam, od razu wyzdrowiał i kazał się puszczać na ląfry. właściwie to on nawet w plastikowym rynsztunku o niczym innym nie mówi, jeno tylko to, że musi koniecznie wyjść, inaczej narobi mi tam, gdzie nie chcę. ponieważ miauczące prośby nie doczekują się spełnienia, kot swe groźby realizuje przed łóżkiem, na mięciutkiej wykładzince.

tak to brniemy przez deszczowy październik: ja z zepsutą parasolką, pies z latarką i kot w kołnierzu.


poniedziałek, 24 października 2016

tidying and wkurw

i've finally learnt why i hate tidying so much. because i am too careful. i pay attention to small details and all things must have their places. they just cannot be thrown together to the drawer. that's reserved for emergency cleaning: "guests are coming".
that's why i prefer to stay in a mess and leave things for later to put them aside. as i never do it, the chaos overwhelms.
i was tidying bathroom for the whole day - stupid, isn't it?

i've found two unpacked dresses i forgot about. was to send them back, but didn't. does it mean the beginning of a kind of sickness? perhaps.

want to buy a flat in Gdynia. found one. the one i wanted. like the banner was waiting for ME. the owner is here in Warsaw. too expensive of course.

fb keeps posting ads on my wall. will it be enough to put me off?

watched a shortfilm [how do you call filmiki?] with animals saved by people. after being crushed with the news on another black protest, it keeps me from drowning.

ok, perhaps it's time to give a word.

owszem, przestał ten temat być mi obojętny. kiedyś był. sądziłam, że każdy/każda kobieta ma prawo zdecydować, czy jest gotowa na dziecko. teraz nie jestem już taka pewna. 12 tygodni to bardzo krótki czas, żeby podjąć decyzję, której konsekwencje będzie się ponosić całe życie. muzułmanie dają na to 40 dni. stąd te 40 dni na odejście duszy po śmierci. sprytne.
ostatni osiągnięty kompromis, który przecież ograniczył pewną dowolność, wydał mi się ograniczający, ale przecież wówczas mnie już nie dotyczył. teraz też mnie niewiele rusza [jedynie przyszłość C. przecież nie będę jej, do cholery, wozić do Holandii]. choć tym razem to nie moja broszka, to mierzi mnie przywracanie średniowiecznej filozofii. wkurza przyznawanie większych praw rozrośniętej komórce. wkurwia zaś skazywanie na horror życia z osobą, która nigdy nie uzyska samodzielności, a tym bardziej z taką, z którą nie ma kontaktu intelektualnego. wkurwia mnie również zesłanie kobiety na życie z owocem traumatycznego zdarzenia [tak, można oddać do adopcji, ale to też jest trauma].
wkurwienie i złość na władców i władyków nie są jednak dla mnie porównywalne z niesmakiem, jaki wywołują obleśne komentarze oraz nerwowe zachowanie środowisk feministycznych. nie poszłam na czarny protest. nie poszłam, bo zobaczyłam filmiki z pierwszej, porannej fazy manifestacji. nigdy nie słyszałam tylu agresywnych słów. tylu obraźliwych haseł. tylu obleśnych okrzyków.
nie wiem, może tak trzeba.

ale ja poczekam cichutko w kąciku na zmianę króla. tym razem lepszą.
trudno.


sobota, 22 października 2016

teatr na siłę


zabrałam progeniturę do teatru. na siłę. pod groźbą mycia okien. starszemu się spodobało. młodszy wrócił w stanie nieodzywającym się [co w sumie nas ucieszyło]. w sumie mógł nie pojąć, że Hela zaciążyła i dlatego Franio mógł się z nią ożenić.
średniej się upiekło z racji tajemniczej wycieczki [ponoć językowej].


ten cały fb bywa jak list w butelce. dostałam dziś odpowiedź od Gi, zaczepionego w marcu 2014 roku. potwierdził, że on to on...


day by day. nothing's really serious. może poza czarnymi protestami, ale i tak czuję wielką bezsilność. a outcoming p. Natalii P. nie polepszy sprawy. 


aha, kupuję pralkę. to jest dopiero przygoda. przy okazji znalazłam coś takiego jak odkurzacze pionowe. sokowirówki. małe denonki. rozkręcam się.
no i mieszkanie znalazłam. w gdyni. na bema 13. co robić, droga redakcjo?

poniedziałek, 17 października 2016

forget-it-not

made a trip to Danzig again :)))

not lazy:
- biking Brzeźno - Orłowo [and back] - WIGRY rules!
- biking Gdańsk forteca i Miasto Główne - JAMIS rules!
- cinema - Ostatnia rodzina
- concert - Pustki
- theatre - Mayday
- eating - fish at Orłowo molo
             - pizza at Mąka i Kawa in Gdynia
             - duck and pierogi [kurkowa soup first] at Villa Tradycja in Węsiory

biking retro Wigry is a kind of fun, taking that it has no inertion, so you keep pedalling even downwards.
the path from Sopot to Orłowo a bit risky but fun.
the big Jamis is the coolest bike ever.
biking in the pedestrian area is the worst idea ever. forgot the card for my camera and bought one for 80 zloties... [while they cost around 30], but was happy.

Ostatnia rodzina - was afraid to watch the last scene and true is awful. the movie is a little claustrophobic as our flats are. the stationery camera is a little dull, but no idea of the alternatives. the family crazy and socially incompatible. as all great people - not easy to live with.

Pustki. Indeed: vacuum. The road the contemporary music goes in not my way. However very interesting experience of visiting the neolinguistic faculty at Gdański University. Wish i could study again.

Mayday. Of course funny as all Cooney's plays. However something was not... anyway I was NOT convinced. The lacked the self-confidence that old actors have. Then I learned they were student actors...

fish - not bad, problems where to sit, so we didn't see the sea. anyway not cheap.

pizza - recommended in the web. Extremely tiny place which didn't compensate quite good taste.

duck - THE BEST DUCK EVER!!! THE BEST!!! And I am not the food fun.
Go and eat.



wtorek, 11 października 2016

po 30 latach

takie spotkanie odbyłam.
po tylu właśnie latach. a może nawet ciut więcej.

niby zagrało, niby buzi, niby miło, ale...
interes miał. nagrywał. film robił o dawnej klasie. nie mojej. równoległej.

nagrał i poszedł. zainteresowanie stracił.
rezyser...

a w sumie ciekawa postać. hrabiego gra. w słowackim serialu.

żeby córkę nazwać Ninel...?

co pamiętam z podstawówki...?
prace społeczne
makowskiego [czemu akurat jego?]
ciągnięcie za ucho na matmie za nieumienie tabliczki mnożenia - bolało
jak tomaszewska dyrygowała chórem [... i gwiaaaaazda]
i jej przezroczystą spódnicę
harcówkę
gabloty na II piętrze
popiersie załuskiego [załuski ma żółtaczkę. ma żółte oczy. - bo to się najpierw objawia w oczach - rzekła pani od przyrody]
[kochana, a gdzie tą szynkę rzucili? - szafa wybudziła się ze snu
[pani zosia z bibilioteki tu mydło parkuje]
materace z sali gimnastycznej
skok przez skrzynię
czarne oczy madeja
mądrość kosa
podpaskę ożarowskiej na boisku
szepty, że ciotka przyjechała
zieloną, jak zbladła, gdy zgubiła moje 50 zł
krany do gazu w pracowni chemicznej - nigdy nie działały
dekoracje ze styropianu w pracowni polonistycznej - miej serce i patrzaj w serce
piosenki radzieckie - my jediem, jediem, jediem...
[pani poprosi panią mechanik]
[to nie pan będzie tym kolumbem]
napis DUPA na boisku, do którego przyznałam się po skończeniu szkoły
czytałam LADY glenarvan
położyłam robaka ze śliwki na dzienniku - nikt mnie nie wydał
skróty od inicjałów - AN to był antyk
seksmisja - to jakie było to hasło? - kurwamać!
"otworzyć ci puszkę" na ścianie naszej klatki schodowej
wybory króla i królowej roku
dzień chłopaka 1 kwietnia

piątek, 7 października 2016

nie byt

wciąż się mogę pogodzić, że odeszło lato zamknięte kluczem ptaków, nie mogę wydłubać się spod ciepłej kołdry, nie mogę patrzeć na te biedne liście, złachane róże przed domem, mokre sikorki zaglądające mi rano do okien...
wkładam rękawiczki, pod kapelusz najchętniej wcisnęłabym czapkę, butów zimowych jeszcze nie wkładam, więc kombinuję codziennie co tu wdziać. szaruga za oknem, na którym deszcz maluje labirynty odurza, więc pogrążam się w niebycie i staram nie istnieć.

och, już nie wiem, może niech sypnie śniegiem, chociaż wszystko stanie się jasne. i stan nieletni, i jasność odśnieżna.

czas nad morze...

poniedziałek, 3 października 2016

nie poszłam

no wymówek tysiąc miałam...
źle mi, że nie poszłam.
co by ta moja kropla w tym zaczerniałym tłumie... nie przedarłaby się. tylko kropla byłaby kroplejsza, pełniejsza taka. a tak to nie jest.
więc spędziłam CAŁY dzień przed fejsem. i rzygam już tą czernią. bielą rzygam od dawna.
czarne - białe, karać - nie karać, leczyć - nie badać. pozamacicznie, prenatalnie, penitencjarnie,
z góry widać tylko parasolki [właśnie, kto pamięta "Czarny parasol" Bahdaja?].
pani radna sprawdzała obecność...
a jeszcze ta ECTA z rana...
może o to chodzi, żeby mętlik zasiać, żeby zaszczuć.
matko, a to ordo iuris brzmi jak ta sekta z kodu leonarda... no, opus dei. ciekawe, czy noszą jakieś fajne gadżety jak celice na przykład...
czarna mucha o biel lampy się obija...
kenia popiera polki. terlikowski jest passe i będzie się smażył. w piekle ponoć.

wiem, co myślę, ale mam dość. obrzydliwych transparentów. krzyków. gwałtów. paskudnych argumentów.


--------------
żeby to trzeci już raz człowieka uda bolały?

niedziela, 2 października 2016

puzzle dni ostatnich


ostatni września. 22 stopnie. stolica. aparat. M. na atropinie. pierwsze piwo po operacji. ludzie. dużo ludzi. samochody. autobusy i tramwaje. rozgardiasz. hałas. rusztowania. tymczasowość i trwałość. szybkość i chwila zatrzymania. piękno i brzydota. dużo słońca. urlop [ostatni dzień zwolnienia]...


obiad w atmosferze misia:


a kawa u czesia. foty brak.

***

proza życia - mycie okien:

lampa nad stołem:



i omal nie połknęłam ślimaka...


a wieczorem eleganckie ognisko starej harcerki:


tak że tak...

środa, 28 września 2016

wrzesień niemal minął niezauważalnie


takie znalazłam zdjęcie. myślicie, że prawdziwe?



przerwa w pracy pozwala spojrzeć na świat z innej strony. przeczytać parę książek. pooglądać trochę filmów. przesiąść się z roweru na kijki. ponarzekać na zmiany. te dobre też. w czarnym proteście wziąć udział albo i nie. trafić przypadkiem na marsz kodu. pograć w ping-ponga na nowym świecie. szukać się w telewizji. pójść na randkę z mężem. przeżyć z nim miesiąc pod jednym dachem na zwolnieniu pooperacyjnym. poszukać dokumentów, których się nie chce szukać. nie pogodzić się z ojcem, który kazał spierdalać, a teraz udaje, że nic.... pójść do fryzjera i spotkać tam B., poszukać taśm odblaskowych na allegrosie, odwiedzić sąsiada. zjawić się w teatrze i usadzić Walę. spóźnić się na spektakl parabucha, wyrobić kartę miejską, a w tym celu zrobić zdjęcia dwojgu dzieciom, a przy okazji kupić ciuchy w croppie. spotkać się z AŻ. zepsuć nowonabytego tamrona. oddać pacifikę do elektryka [bo jestem aniołem i nie świecą mi się stopy]...
nie pozwoliła jednak zjawić się na żadnej próbie w parabuchu. zrobić porządków. pomalować stołu ani paznokci u nóg. wyciąć małemu migdała.

polecono artystów. serial taki. nie wiem... filmy o teatrze chyba z założenia bywają nudne. w sumie teatr jednym wielkim oczekiwaniem jest.

no i że strajk kobiet. ma być. strajk, który polega na wzięciu dnia wolnego. to dlatego mi się francja śniła...?

czwartek, 22 września 2016

less and less to say

is it because of the summer end?
because of the boredom of everyday chores [which i keep trying to avoid]?
or it's just because it happens to much?

anyway
I drove M. to hospital again just three weeks after the surgery because of over 40 degrees fever.
I keep having these strange mussle pains. once it was thighs, now it the sides...
I pretty much feel I'm alive although it's feels closer to being dead. perhaps not. dunno.

kids at their amplitude of totally annoying to awfully gentle, anyway brave and self-efficient. except for maths which i keep doing for them instead of explaining.

anyone can help? what is the purpose of giving homework which took ME 40 minutes to do? except of deepening great hatred for maths?

black protest is around. nothing more supportive than returning legislation from 100 years ago. the backward creep, no, not creep, joyful jog - I'd say - is getting its speed. first the tribunal back to PRL, then school system back to PRL, now abortion rights back to the 20s. will we get the monarchy? or slavory?

is it just a spleen or fin de monde? there was the full moon:


hope to get back to the piano playing...

wtorek, 13 września 2016

problemy ludzi wychodzą na zebraniu sołeckim

Ha! Miałam dziś niewątpliwą radochę uczestniczyć w zebraniu sołeckim. W dodatku u nie swojego sołtysa. Wysłano mnie na przeszpiegi.
Powód nieistotny, liczy się efekt.
Z całej WSI, w której stoją zresztą bloki, zgadnijcie, ile osób przyszło. No proszę, słucham. Ile? Aha, ile ma wieś? Otóż wieś liczy [po godzinie czytania internetu wiem] ponad tysiąc sto osób. Ponawiam pytanie - ile osób przyszło? Tak, dwadzieścia jeden. Dwadzieścia, kurwa, osób przyszło na tajne zebranie z wójtem, sołtysem i radnym.
Pytanie kolejne - kto siedzi w pierwszym rzędzie i zabiera głos? Tak, ci co płacą podatki gdzie indziej, czyli de facto jednostki napływowe, które jeszcze krakać się naumiały i sądzą, że świat wiejski na zebraniu zmienią. Wójt zorientował się od razu i śmiało spytał, gdzie owe jednostki odprowadzają daninę. Tiaaa...
Po wszystkich znanych sprawach budowania sali gimnastycznej, chodnika i kanalizacji [o których trąbią, więc nihil novi] przyszła część na kłopoty ludu.
Leśne dziadki poskarżyły się na ławki, które ukradziono, na parkowanie aut pracowników jednostki na terenie osiedla, na krzywą sosnę, a jedyna reprezentantka młodej części społeczeństwa, czyli matka dzieciom zapłakała nad losem progenitury, która z placu zabaw wraca upierniczona kocią kupą. KOCIĄ KUPĄ. No proszę państwa, czemu dokarmiamy te rozmnażające się koty?! Otóż temu, że gmina ma takie zadanie. DOKARMIAĆ KOTY.
Podsumowując, w dość beztroskim kraju żyjemy, dobrze nam się powodzi, a największą pogardą chełpią się złodzieje ławek.

piątek, 9 września 2016

było sobie drzewo

wprosiłam się na dożynkowego wieńca plecenie. pojechałam. zorganizowałam. szczegóły pomijam. po drodze wiwisekcję odbyłam. wczoraj karty, a dziś baterii zapomniałam. nie szkodzi. wszystko pryszcz.

właścicielka działki ma czworo dzieci. troje z nich było z nami, dwoje w wieku podstawówkowym. jedno znam z autopsji - łatwe nie jest.
latają te dzieci, fruwają, ja się wyżywam z aparatem - widzę tylko tyle, co przez dziurkę, gdy nagle kątem oka spostrzegam coś dziwnego. pytam grzecznie, co dziecię [najmłodsze] robi i uzyskuję odpowiedź, że drzewo piłuje.
udaję się wcale nie rączym krokiem, jeno wyważonym, spokojnym, zupełnie jak nowa JA i szepczę matce szalonej progenitury, że dziecko ścina drzewo. dodam, że nie świeżą jabłonkę, jeno trzydziestoletnią sosnę.
matka bez mrugnięcia okiem rzecze: tak, oni tak robią.
aha - mówię - żartujecie.
nie, ścinamy tu czasem drzewa.
jak gdyby nigdy nic pogrążamy się w rozmowie okraszonej pyszną szarlotką, gdy nagle za naszymi plecami przejeżdża pociąg towarowy i drzewo piętnastoconajmniejmetrowe wali się na ziemię.
ściął je dziewięciolatek.
gdyby któreś z nas tamtędy przechodziło, to co? nawet niechby mój pies?

ale to ja jestem nienormalna, bo nawrzeszczałam na piętnastolatka, że umawia się, że dojdzie do mnie jadącej po niego, a stoi i czeka pod szkołą. robi tak notorycznie, bo mu się nie chce chodzić. mnie próbuje przekonać, że ma inny tok rozumowania.

nienormalnie pozdrawiam -

czwartek, 8 września 2016

pobudka


w środku nocy zadzwonił telefon. a dokładniej o 8.03. jako że nie jem przed dziesiątą, a śniadam tuż po wstaniu, pora zaiste nieodpowiednia do podejmowania decyzji.
tak czy siak zgodziłam się.
za dwadzieścia minut A. trąbiła pod domem.
najpierw bazarek. przegoniła mnie do bankomatu, potem w kółko warzywnej części. już na wstępie objuczyłam się zdechłą kurą i kalafiorem z brokułą [a może brokułem - nie wiem, nie zaglądałam mu]. do tego kilo mąki, płatki ryżowe, jabłka, śliwki i po chwili jak juczne prosię - a może osioł? nie, raczej oślica - biegłam do auta, w którym została moja Myszka w 27-stopniowym upale. tak, okno zostawiłam otwarte, parkowałyśmy w cieniu.

potem zabrałyśmy właścicielkę działki z jej psem i wyruszyłyśmy na śniadanie i poranną kawę [za dwie godziny wrócimy] pod serock.

było WARTO!!! działka jak marzenie. porośnięta warszawianką i rzadkim lasem, przetykana poziomkami, malinami, jabłoniami. zarośnięty wychodek. domek na drzewie, hamak, błękitny stół.

a że wczoraj nabyłam nowy obiektyw, to z miejsca wyciągnęłam aparat i zaczęłam szaleć. szalałam tak ze dwie godziny, gdy wreszcie zorientowałam, że nie mam karty.

plus tego jest taki, że wprosiłam się na jutro na robienie wieńca dożynkowego. mam nadzieję, że sobie odbiję.

kończę, bo idę do nowego teatru...



poniedziałek, 5 września 2016

przyszło znajomych wielu

jak to miło, gdy tylu znajomych pojawia się w niedzielny wieczór na widowni tylko po to, żeby na ciebie przez chwilę popatrzeć... a każdy z innej przybywa bajki...
a ty nie możesz z nimi iść się napić, bo
1. musisz posprzątać po spektaklu
2. spakować się
3. spotkać się z grupą [której jutro masz zamiar powiedzieć o swoim odejściu]
4. wrócić do domu autem...
wracasz więc do pogrążonego we śnie domu z niepozmywanymi naczyniami po nijakim siedzeniu nad sokiem pomarańczowym i wciąż nie wiesz, czy dla takich chwil warto raz w tygodniu przez trzy godziny pić herbatę i poskramiać własne skłonności przywódcze i ograniczać emanującą z ciebie zbyt silną energię. czy warto słuchać o durkach, aksamitach i innych lokalnych osobistościach, czy warto siedzieć na zapleczu i czytać nikomu niepodobające się scenariusze. czy warto łożyć w znajomych, którzy zostawiają cię w knajpie, gdy płacisz, którzy nie wyjdą z tobą na fajka, choćby po to, żeby zapytać, czy wszystko gra.
bo jeśli nie warto, to trzeba zaczynać od początku, szukać, przeżywać pierwsze spotkania, docierać się, przywykać.
lub zgnuśnieć.

SS dziś 20 w BieguPrzezMost, a 74 w ogóle mimo słabszego czasu - 44.04.


niedziela, 4 września 2016

a dziś...


a dziś pojechaliśmy na BiegprzezMost, który jest jutro...

a M. odzyskuje siły po surgery i jest w niezłej formie, nawet imprezę u cioci na imieninach wytrwał.

a na bazarku dziś mi baba wcisnęła pierogi za dychę - urzekła mnie tym, że ponoć lepiła je do pierwszej w nocy. niedobre.
i leginsy nabyłam do ostatniego spektaklu - 18 złotych, bo dwa lata leżały. czyli że kupiłam zleżałe... inwestycja po zakupie 3 m białej podszewki wzrosła do pięciu dych. znaczna poprawa po poprzednim przedstawieniu, w które włożyłam o wiele więcej, choćby w same peruki i strój lokaja, który odesłałam, a kasy nie dostałam.

i Zołza jutro. i to wcale nie ja jestem zołzą. i to ostatnie niewymyślne w formie spotkanie... jak to im powiedzieć?

i najchybatrudniejszy okres za mną. że niby półsierotą zostałam... czy jakoś tak...

a w środę, a w środę tośmy pojechali do maka, ale bez karty płatniczej.

a w piątek tośmy znaleźli kartę płatniczą, zagubioną dzień wcześniej przez SS w sklepie na rondzie. i pani za pultem powiedziała, że nie ma, a druga posłyszała coś była i spytała o co kaman, i okazało się, że wie, gdzie jest karta.
i pijak leżał w krzakach. i córcia zadzwoniła, że on leży i co ma robić, jak byłam w mieście z SS. a SS na to, że ma zdjęcie tego pana. a jakeśmy wracali, to mijaliśmy straż miejską na rondzie i już było jasne, że jadą po tego pana. i musiało tak być, bo potem już pana nie było. a przecież jechaliśmy szukać tej karty, więc nie wiemy jako to się dokładnie odbyło.

a i w środę, i w czwartek kazałam dzieciom grać w wodzie w piłkę, żeby zdjęcie do kalendarza gminy zrobić, i jak wróciłam do domu, to wszystkie były do dupy. w oba dni do dupy.

a, no i pomidory przypaliłam. sos robiłam. na zimę. 10 kg. trzy dni gotowałam. i teraz śmierdzi.




czwartek, 1 września 2016

z pamiętnika nastolatka

SS: - Muszę urosnąć do metra osiemdziesięciu. Jak nie urosnę, to wezmę se leki.
R: - Weź se leki na rośnięcie mózgu.
SS: - Co z tego, że będę miał duży, skoro nadal pusty?

---

SS. próbuje walnąć osę.
R: - Zostaw ją, może ona dzieci ma i musi je wykarmić.
SS: - Osy nie karmią dzieci.
R: - Już ledwo lata. A jakbyś ty musiał latać i zmagać się z takim wiatrem?
SS: - Tak jak Franek*?

------
*Franek, młodszy brat SS., który ciągle opowiada jak się strasznie zmaga z życiem.  
 

z pamiętnika nastolatka

SS: - Muszę urosnąć do metra osiemdziesięciu. Jak nie urosnę, to wezmę se leki.
R: - Weź se leki na rośnięcie mózgu.
SS: - Co z tego, że będę miał duży, skoro nadal pusty?

---

SS. próbuje walnąć osę.
R: - Zostaw ją, może ona dzieci ma i musi je wykarmić.
SS: - Osy nie karmią dzieci.
R: - Już ledwo lata. A jakbyś ty musiał latać i zmagać się z takim wiatrem?
SS: - Tak jak Franek*?

------
*Franek, młodszy brat SS., który ciągle opowiada jak się strasznie zmaga z życiem.  
 

sobota, 20 sierpnia 2016

zeszyty z jezuskiem

czy to normalne, żeby z oszołoma człowiek wracał oszołomiony? a może to ja nienormalna jezdem, że półtorej godziny wybieram zeszyty, gumki, temperówki, plasteliny i pędzelki?

czy każdy po dokonaniu 15 000 wyborów w sprawie zeszytu z jezuskiem czuje się jakby wyfedrował pół tony wungla?

oszołoma o 22 zamkli, a ja zostałam się bez chleba i pogalopowałam do biedry [dobrze, że do 23 wydłużyli], bo by dziecię pojechało na łobóz bez kanapki.

a teraz [pierwsza w nocy], przed meczem, przypomniałam sobie, że jeszcze do bancomatu muszę, bo łobóz nie łopłacony jezd. a wyjazd ino świt szósta rano. dobrze, że brzoza go zawiezie, bo nie wiem co.

pocieszające, że jeden rektor zdjął już krzyże i w togach do kościoła biegać zakazał. może to jakaś jaskółka...? choć u nasz wciąż każda szkolna impreza zaczyna się od mszy. no właśnie, budynku kawałek w tym roku oddają. pewnie święcić go będą.

a, i o iranie czytam. że fajnie. jak to u orzecha.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

i znów parada...

odkąd tu mieszkam co roku 15.VIII bracia bliźniacy fundują mi prywatne parady lotnicze [z małą przerwą na rządy komorra].
dziś też nie zawiedli...







piątek, 12 sierpnia 2016

Blanka i nie jej chłodnik

Historia wprawdzie przydarzyła się koleżance Blanki, jednakowoż idealnie wpisuje się w klimat Blankowych opowieści.

Otóż z racji potwornych upałów oraz sezonu ogórkowego Zena [fajne imię mogłoby być] postanowiła zrobić chłodnik. Dostała przepis od [sic!] teściowej, nabyła niezbędne produkty w postaci dwóch buraków, jogurtu, ogórków i czegoś tam jeszcze, i przystąpiła do dzieła. Jako że w kuchni nie bywa dramatycznie często, kontrolnie zadzwoniła do matki z pytaniem, jak się gotuje buraki. Informacje od rodzicielki są kluczowe dla tej historii.
Matka rzekła, że burak gotuje się godzinę, a jeśli po godzinie wciąż jest twardy, to już taki zostanie i nic go nie zmiękczy.
Zena radośnie podwinęła rękawy i gotowała buraka przez godzinę, by go następnie wyjąć i w zlewie ostudzić. Biedaczysko stygło kolejną godzinę.
Po tym czasie doświadczona kucharka sprawdziła - istotnie był nieco twardy, ale cóż - mamusia ostrzegała - starła warzywo, dodała co trzeba i wstawiła chłodnik do lodówki.

Jakież było jej zdziwienie, gdy myjąc po dobrze wykonanym zadaniu ręce, znalazła w zlewie ugotowany burak...

-----------------
Przypominam, że kupiła dwa. Drugi miał być na jutro.

czwartek, 11 sierpnia 2016

sen siostry Blanki


Blanka ma siostrę. Nazwijmy ją Nita. Otóż Nita ma niemniej ciekawe i obfitujące w dziwne przygody życie od Blanki.



---------------------------- OOO -----------------------------

AKT I SCENA I
Nita odwiedza Blankę. Dziewczyny biorą psa, idą na przydomowy spacer po łąkach.

BLANKA
Więc to jest wrotycz. Wreszcie kwitnie i można go zbierać. To ten, o którym czytałam, że odstrasza kleszcze. Trzeba się nim pryskać. To znaczy najpierw zebrać, ususzyć, zrobić napar i dopiero pryskać. Kupiłam na wiosnę gotowy. Psikałam kota. Kleszcze jak kleszcze, ale kot nie był zadowolony. Pies też nie bardzo. Piszą, żeby spryskiwać nim też samochody. Nie wiem, myślisz, że się wpijają w blachę?
NITA
Być może, ale wrotycz to wspaniała roślina. Trzeba zbierać, póki jeszcze rośnie, bo w UE jest zakazana. Hola, ale my jesteśmy w Unii! Czyli, że co? Idę, rośnie i nie wolno mi jej dotykać? Czy jak?
BLANKA
Nie wiem, ja kupiłam legalnie.

Siostry zbierają wrotycz.


AKT I SCENA II
Siostry siedzą przy naparze z wrotyczu na tarasie.

NITA
No i ten najnowszy jest taki... Wiesz, bo ja na razie udaję nieśmiałą. Jeszcze nic nie wiem. Chodzimy razem na qigong
BLANKA
Ale spotykacie się?
NITA
Nawet nie mam do niego numeru.

KURTYNA


AKT II SCENA I
Siostry piją na mieście jogurt z pestkami goi i jedzą sałatkę z kozim serem z brzoskwinią, ziarnem sezamu i czymś tam.

NITA
Wiesz, kupiłam fryzjera w Grouponie. Ten mój Paweł wyjechał do Francji, no i teraz nie mam do kogo chodzić. Więc, żeby najtaniej, kupiłam w ciemno.
BLANKA
Świetny pomysł.
NITA
Wiem, że kiepski. I to było na Natolinie. W życiu nie byłam na Natolinie. Idę, patrzę, napawam się nową scenerią - tam jest jakoś inaczej. Chłonę atmosferę. I nagle z przeciwka idzie ON. Wyobrażasz sobie? Nigdy tam nie bywam, niemożliwe, żebyśmy tam się spotkali, a jednak. I zgadnij, co on niósł.
BLANKA
Karimatę?
NITA
Naręcze wrotyczu...

KURTYNA


EPILOG
Dwa dni później. Blanka dzwoni do Nity.

BLANKA
Jak tam na froncie wrotyczu?
NIKA
Wspaniale. Spotkaliśmy się. Dziś była burza. Zmokłam tyle, ile chciałam.

KURTYNA.

---------------------------- OOO -----------------------------

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

z pamiętnika 14-latki


sytuacja jest taka: wieczór, ciepło. córcia w wujciem siedzą i trajkocą na tarasie. żal mi się zrobiło, że ja tu w pocie czoła pracuję [czyt. siedzę na fb], a oni tam sobie więzi zacieśniają, no krótko mówiąc zazdrość mnie zeżarła.
zlazłam. usiadłam. zimno jednak. wcale nie ciepło. potem się okazało, że stopni raptem 12. a oni trajkocą o dupie maryni. skarżę się, że zimno, oni na to, że nie idzie ze mną wytrzymać. a tata patrycji [sąsiad, który "rzucił sąsiadkę dla grubej baby"] to by długo ze mną nie wytrzymał. spoglądam na M., co on na to i jaką to on ma celną ripostę w zanadrzu [może się nada na fb], a on kręci młynka kciukami, jak nasze babcie. przypuszczam, że jak większość babć nas wszystkich. kręciły wasze babcie młynki kciukami czy nie? pytam więc grzecznie, czy tak mu palce latają ze zdenerwowania. na to czternastolatka ping-pongową ściną serwuje:
- z zimna.

tak, że tak.

ale żeby nie było tak, że o!, to o 17.oo [tak, wyły syreny i nie mogłam stanąć na baczność, zmuszona dzwonkiem wiłam się w poszukiwaniu miejsca przebywania komórki] zadzwoniła ta sama córcia, że wprawdzie dojechała na basen bez przeszkód i już jest nawet w środku, jeno nie ma góry od kostiumu...

sobota, 30 lipca 2016

biking

znajoma z fb omal nie dostała mandatu za jazdę na rowerze po chodniku.

no wiem, że nielzia. wiem, ale co robić, droga redakcjo, gdy strach wyjechać na drogę wprost pod pędzące auta?
znajoma ze stolycy pisze, więc kłopoty ma innej nieco natury.
a u nasz na wsi jest od niedawna chodnik i tenże chodnik prowadzi prosto do szkoły. nawet po tej samej stronie jezdni jest, więc bezpiecznie puszczam progeniturę po nauki.
a teraz wyobraźmy sobie dziesięciolatków, nawet z tą kartą rowerową, co i tak nie kumają tych znaków-sraków i innych zawiłości ruchu. a jeszcze lepiej ośmiolatka bez karty i matkę z pięcioletnią córką. niechże on porusza się jezdnią 6-metrową wraz z pędzącym skrótem do miasta powiatowego polonezem 90 km/h. nic że nie wolno, on tak jedzie. a zza zakrętu wyjeżdża w stronę przeciwną no na przykład... nie szambiarka, ale dajmy na to kurier dostawczakiem. no i jak oni się mają zmieścić razem we troje ja się pytam? no jak? a nawet niech się zmieszczą. i ten świeżo upieczony dziesięcioletni rowerowiec niech się zesra ze strachu i zrobi coś nieprzewidywalnego, niech na przykład ze strachu spróbuje wjechać na chodnik, pokonując krawężnik. i co? no i elegancko wypierdala się pod tego poloneza. tak mi mówi wyobraźnia.

pod dziesięciolatka możemy podstawić ośmiolatka bez karty rowerowej, babcię z koszyczkiem na kierownicy, pijaczka na ukrainie i inne postaci z wiejskich dróg naszego kraju.

dla odmiany weźmy na tapetę kolarza. kolarz to nie rowerzysta. kolarz to taki robot, nie człowiek już wszak, bo zrósł się na stałe z metalową ramą, co ma obcisłe ubranko, kask jak się patrzy, buty przypięte do pedałów i pokonuje setkę na rozgrzewkę. pozycję ma aerodynamiczną. endomondo włączone. lampki, hamulce tarczowe, włókno węglowe pod tyłkiem. za to na pewno nie ma koszyczka dla pieska. no i wiadomo, że taki koleś nie będzie pomykał chodnikiem, bo wszystkie staruszki i matki z wózkami poturbuje. zresztą nawet by nie chciał, bo w tym tempie nie ominie wybrakowanych polbruków.

postuluję niniejszym zezwolić na jazdę chodnikiem osobom niestwarzającym zagrożenia dla pieszych, poruszającym się 5 km/h z pieskami, zakupami i innym dobytkiem, bez kasków, w spódnicach i na szpilkach. rowerzystom znaczy się. a kolarzom wybudować specjalne ścieżki, po których będą mogli śmigać do woli.