niedziela, 28 lutego 2016

że spacer z kotem?

no to było tak:

 najpierw zwyczajnie:


 potem hop: przeszkoda


 następnie przerwa na picie:


i zasłużony powrót:

sobota, 27 lutego 2016

inpost

przygoda z inpostem zaczęła się od paczkomatu. o ile odebranie nie nastręcza większych trudności i fajnie się z tą maszyną gada, o tyle nadanie paczki staje się przygodą. zwłaszcza jeśli się jest farbowaną blondynką.
żeby nie sterczeć jak kretynka pod maszyną, weszłam na stronę inpostu. chciałam przygotować się do tej trudnej operacji. okazało się to nie takie proste - za cholerę nie wiedziałam, czy logujować się hasłem do allegrosa, czy do poczty. po dwudziestu próbach udało się. wybrałam paczkę, wszystko elegancko już oznaczone, okazuje się, że trzeba opłacić od razu. ok, płacę. w miarę łatwo poszło. naklejkę wydrukowałam, przykleiłam, poszłam gadać do maszyny. wpisanie kodu pięciokrotne nie pomogło, zwłaszcza że wstukiwałam uparcie różne kody i żaden nie pasował. wreszcie wpadłam na pomysł z czytnikiem. sukces! drzwiczki otworzyły się. niestety za małe.
dzwonię do nich. gada do mnie maszyna i tłumaczy mi wszystko od początku. wkurzam się. wciskam 0. maszyna gada to samo od początku. wyłączam się. no ale wciąż mam za małą skrzynkę. dzwonię ponownie. wysłuchuję wszystkiego do końca [maszyna nie mówi - zeskanuj kod, co to - to nie, maszyna mówi naklej naklejkę i włóż paczkę do paczkomatu], żeby się dowiedzieć, że do żywego człowieka należy wcisnąć 5. człowiek mówi, że muszę reklamować naklejkę [czyli wrócić do domu, do kompa]. wpadam [sama!] na pomysł, żeby wysłać pazczkę bez naklejki i mrugnąć kartą. trudno, zapłacę jeszcze raz, ale i tak muszę bawić się w zwrot naklejki.
okazuje się to niezwykle proste.
równocześnie odsyłam też buty [opcja: allegro inpost darmowy zwrot - zajebista!]

potem przechodzę na drugą stronę ulicy do spożywczaka, żeby... odebrać przesyłkę. pani odkłada mięso, które właśnie kroiła, na szczęście nie odrąbywała kości siekierą, i prosi o dowód. kładę go między drożdżówkami a serem żółtym.
- Ale tu jest inne nazwisko!
- Ale to mąż.
- Skąd ja wiem, czy to mąż?
- Nie wiem, po adresie? [na poczcie nigdy nie miałam kłopotów].
- Ile tych przesyłek?
- Chyba jedna.
- Bo tu jest drugi M.
- Ale adres ten sam?
- Nie, inny. Ten jest z... [tu pani podaje mi pełen adres].
pani kucając grzebie w przesyłkach.
- Chyba tylko ta jedna.
- Dziękuję [choć wdzięczności we mnie za grosz] - mówię.
- Zaraz! Podpis! Pani się podpisze się tym samym nazwiskiem.
- Ale to nie moje nazwisko.
- Ale musi pani wpisać to samo.
- Czyli mam podrobić podpis męża?
- No tak.
podrabiam nieudolnie. w końcu chcę przeczytać tę książkę, którą sama sobie kupiłam... otrzepuję dowód z kremu i tłuszczu, paczkę z okruszków chleba i łapczywie otwieram kopertę, żeby dobrać się do lektury.

nadal uważam paczkomaty za jeden z najlepszych ostatnich wynalazków.



Sójka and Sojka


Life's become easier when I stopped waiting...


Sojka and sójka

A fb picture confirming my attitude

Who's happier?



Going to the SEA soon. Alone and not alone ;). Things happen when you've stopped waiting...

czwartek, 25 lutego 2016

Stonka - polędwica sopocka - mniam, mniam!

Polędwica wieprzowa wędzona parzona z dodatkiem wody, plastry [ładna nazwa]...

Składniki:
schab wieprzowy 81 %
woda
sól
białko wieprzowe
:[ difosforany
:( karagen [cichy zabójca]
askorbinian sodu
octany sodu
mleczan wapnia
:( glutaminian monosodowy
aromat dymu wędzarniczego
maltodekstryny
hydrolizat białka sojowego
:( azotyn sodu

białko zwierzęce - Doskonale sprawdza się w przemyśle mięsnym zwiększając uwodnienie wędlin i wędzonek oraz intensyfikując ich smak. Ale też: Wiele opublikowanych badań potwierdza, że białko zwierzęce jest jedną z substancji stymulujących rozwój komórek nowotworowych. 

difosforany - syntetyczne związki, używane jako stabilizatory, regulatory kwasowości czy emulgatory. Dodawane są głównie do przetworów mięsnych, aromatyzowanych napojów, mleka zagęszczonego, zup i herbat w proszku, chipsów, gumy do żucia. Zaliczane są do substancji nieszkodliwych, natomiast zbyt duże spożycie może skutkować zmniejszeniem przyswajalności żelaza, wapnia i magnezu jak też mieć negatywny wpływ na procesy metaboliczne.

aromat dymu wędzarniczego - nieszkodliwy jeśli w produktach  maksymalna zawartość  benzo[a]pirenów wynosi 10 mikrogramów/kg, a benz[a]antracenu - 20 mikrogramów/kg - chociaż są spory na ten temat.

maltodekstryny - generalnie cukry o dłuższych łańcuchach
 
azotyn sodu - [E250] syntetyczny konserwant i utrwalacz koloru hamuje rozwój bakterii, stosowany na szeroką skalę do peklowania mięsa. Substancja niekorzystna dla zdrowia, odradza się częste spożywanie. Potencjalne skutki uboczne: mdłości, bóle i zawroty głowy, niekorzystny wpływ na tarczycę, astma. Możliwe działania karcerogenne, w procesie produkcji wędlin z peklowanego mięsa mogą wytwarzać się rakotwórcze związki - nitrozoaminy.

wtorek, 23 lutego 2016

egzamin z historii

był już taki egzamin z historii -
nie ma pewności, że wszyscy oblali

gdyby burzyć pomniki wszystkich postaci czarno-białych, chyba nawet Wenus by się ostała. nikt w historii nie był kryształowy. czy Matka Teresa nie miała gorszych chwil? nie przeklęła losu? wszyscy święci też grzeszyli. a wielcy wodzowie już z pewnością. zrujnujmy osiągnięcia stuleci, zwalmy marmury i beton zaklęty w formach ludzkich rysów twarzy. zostawmy uchodźcom puste ulice. i tak zasiedlą je nową tradycją.

zdegustowana zemstą

nieszczęśliwi


czy to nie jest tak, że tylko ludzie nieszczęśliwi piszą blogi? lub ci, którzy szukają swojego miejsca?
no jakoś tak się ostatnio pozytywnie układa, że nie mam się na co żalić. przecież nie będę smęcić o jarku i jego poddanych, którzy zmieniają kraj na lepsze.
może i mnie trochę zmienili [też na lepsze]. no wkurzam się wciąż, no trochę powrzeszczę, ale jakby taki zapał do naprawy świata mniejszy mnie ogarnął.
o ileż więcej szczęścia wokół! nawet ten pieprznik w kuchni jakoś mniej drażni i ogarniam go może z uśmiechem na ustach, ale bez bluzg. i C. przyszła pogadać. serio, sama z siebie. no.


czy chodzi o to, że wreszcie przestałam czekać? no olał, to olał. drugi też olał. ale wiem, że kiedyś się odezwą. albo ja się odezwę. na piątek i wakacje nigdy nie czekam. bo ciągle mam piątek i wakacje. a na życie? życie jest. płynie. tu i teraz. no jest. dotykam je. smakuję. czuję. jestem.

tak czy siak pisać ни о чем. stąd wniosek, że piszą tylko ci nieszczęśliwi. mylę się, prawda?

sobota, 20 lutego 2016

falowanie i spadanie


właściwie ten tytuł całkowicie określa rzeczywistość.
po co się oszukuję, że odpowie? czasem odpowiada. potem znika.

dla tych hajów warto czekać. choć na mamienie. choć na mgnienie. wtedy wszystko wskakuje na miejsce i zaczyna się układać.

czy na świecie są ludzie, którzy świadomie mamią? jaki mają w tym cel? napawają się tym, że kogoś nabrali? czy chcą, ale się boją? może nie wiedzą, czy chcą? a może panują nad sytuacją?

tak, piątek minął. i nic. pusto.
czekam jednak... nadzieja umiera ostatnia...


środa, 17 lutego 2016

freelancing

czytam tak sobie ten internet i czytam. głupie te blogi, a im głupsze, tym większym cieszą się wzięciem. jak to w życiu. "10 rzeczy, które sprawią, że...", "8 słów, których...", "siedem sposobów na...".

wczoraj trafiłam na "8 wad wolnego zawodu". pomyślałam sobie 3 rzeczy:
  • to oczywiste
  • po co o tym pisać
  • czemu tylko 8?
najgłupsze zaś zdarzyło się to, że to przeczytałam.
wiadomo, że:
  • że w piżamie, 
  • że rytm dnia zakłócony, 
  • że nie ma bata [tylko deadline], 
  • że gadasz do kotów [lub do saren] i dziczejesz, 
  • że nie dbasz o gębę, paznokcie czy włosy na nogach,
  • że się nie da przy dzieciach lub raczej nie da się chować dzieci przy robocie w domu,
  • że prokrastynacja
  • że burdelolubny zawód to.
 więc czemu z niego nie rezygnujemy? i tu okazuje się, że z tych samych powodów, co wyżej. dokładnie z tych samych*.
  • że w piżamie lub choć powyciąganym dresie - o ileż wygodniej, bez tych rajstop obrzydliwie sztucznych, bez wpijających się spódnic, bez szpilek koślawiących stopy, bez codziennego makijażu... raj;
  • że rytm zakłócony? - uwielbiam oglądać świat o czwartej nad ranem, gdy zimą ciemno i cicho jak w dupie, a latem świt nadwiślański wstaje. że pokochać się można o trzeciej lub o szóstej, gdy mąż do pracy się zbiera, że inni rano do pracy, a my nie - my sobie śpimy w najlepsze;
  • że nie ma bata - bez komentarza;
  • że gadasz do kotów - przynajmniej z kimś inteligentnym pogadasz, a nie z kolegą z sąsiedniego biurka, który co chwila sprawdza librusa albo gada przez telefon tak głośno, że słychać go w Kaliszu, albo co chwila wirusy z przedszkola przynosi; 
  • że nie dbasz o siebie - chcesz, to dbasz, nie chcesz, to nie dbasz - liczy się to, że nie MUSISZ. nie musisz nikomu wmawiać swoim wyglądem, że jesteś piękniejsza, fajniejsza i masz lepiej. pieprzysz złamany paznokieć i stukasz w klawiaturę dalej. nie MUSISZ latać co chwila do fryzjera, manikiura, pedikiura, woskowacza [kurwa, nie!], kosmetologa, dietetyka i chuj wie kogo. możesz iść do lekarza/sklepu[!] w porze, kiedy nie ma tłumów. - no raj;
  • że nie przy dzieciach - no ale czy to wada...?
  • że prokrastynacja? - tak, gigantyczna. ale czy warunkiem koniecznym istnienia jest pośpiech? to prawda, trzeba żyć natychmiast, ale czy natychmiast sprzątnąć garaż albo opłacić rachunki? - luz;
  • że burdelolubny zawód - jak dobrze płatny, to sprzątnie pani Luda. a jak nie? no przecież i tak nas nikt nie ogląda, bo przyjaciół już straciliśmy.
  • że straciliśmy przyjaciół? - a czy to NAPRAWDĘ byli przyjaciele?
vive la freelance job!!!
vive la vie!!!

----------------
* przemyślenia o czwartej nad ranem







wtorek, 16 lutego 2016

no chyba...


trzeba coś zmienić, skoro dziś wyszłam i nieświadomie zamknęłam dziecko w domu? 

nie zapeszać, nie zapeszać!

nawet w kórakach weszłam do zielonej ligi. 
i włosy się ponoć błyszczą.
i sukienkę pochwalono.
i Roman leży pod oknem.
i ciepło jest.
i dwie pary kozaków mam.
i wewnątrz ład jakiś czuję.
i dziwna kawa.
i... [ćśśśś] =>> Pogoria
no po prostu dobrze jest.




poniedziałek, 15 lutego 2016

love

Love is all around...
I know, not too original today.
But true. 
And rare.
Trwaj, chwilo, trwaj...

niedziela, 14 lutego 2016

M.

M.'s life's a misery.
M.'s married to me.

Of all examples today's's the worst I guess.

Ten days ago the lamp in the entry hall just burst. With a huge exposion. SS got shocked and quickly admitted not his fault [as he was putting his shoes on]. A minute later I found it was not only that lamp but as well the one over the door outside.
I did nothing. M. is an engineer. He came, I explained, he checked the fuse box and found nothing. Then he left for a week leaving us in the dark.
Immediately after his arrival as an average wife I started murmuring: fix the lamp, fix the lamp....
A few days later he took the screwdriver or whatever it was, a ladder and some other staff and got to work. A few hours later, even though I'd brought a standing lamp, he announced that something was wrong. He gathered the equipment, put the standing lamp back and thought it done.
The next day he got to fixing it even without my nugging. I heard something like this: 'what idiots! no wire at the fuse! How could it be!'. I couldn't bare. Came up, looked at the fuse box and said: 'They'd just put the wire to the next fuse instead!'. He switched THAT fuse and there was the light.

Were in his shoes I couldn't have survived that vixen jumping out of the box with the solution.

I deeply honour him, he hasn't left me yet.
 

piątek, 12 lutego 2016

tygodnie

są takie tygodnie, że dzień za dniem i leci, i mija, i biegnie, że nawet nie zdążysz zauważyć, że coś się zmieniło.
na przykład to, że przeszło ci koło nosa 500 zł na dziecko drugie i też trzecie.
dobre jest to, że inne pomysły na dobrezmiany w naszym kraju też przechodzą niezauważone. co znacznie zmniejsza zużycie nervosolu. i trawy.

16.02.16 okazuje się, że jednak koło nosa nie przeszło... hm... #reach

wtorek, 9 lutego 2016

backbone

coś mnie pierdzielnęło w kręgosłupie szyjnym. od kilku dni świat jest jakiś taki dziwny. słabo też kręcę głową. internet powiedział, że zaraz dostanę udaru, a potem mnie sparaliżuje.
więc dziś w maku zaczęłam mdleć. najpierw czarne płatki przed oczami, a potem odjazd. poszukałam tylko, gdzie paść.
no ale nie padłam. pozbierałam się, powietrze cuda zdziałało. przy okazji sprawdziłam - C. wiedziała, że w razie czego dzwonić na 112.
gorzej, że ta szyja napierdala dalej.
siedzę więc w kołnierzu i staram się kompa nie tykać [jak widać]. i czytam. śmierć frajerom - to tytuł wbrew pozorom.

poniedziałek, 8 lutego 2016

teraz to się robi tak:

nastolatka podchodzi w galerii [he, he] do nastolatka i pyta:
- Pomożesz mi wybrać stanik? - On, pierdoła, odpowiada, że nie.
Nędznym zakończeniem tej historii jest pointa, z której wynika, że chodziło o zakład...
tak się bawi gimbaza w galerii...

no lepsze niż vangogh... :(




sobota, 6 lutego 2016

Van Gogh - wystawa

Najpierw pomyślałam, że ta wystawa to kicz, skoro to nie obrazy [ale skąd obrazy w namiocie? - idiotka]. Potem z ust złotoustych usłyszałam, że wspaniała, i trzeba iść koniecznie. A nawet dostałam kasę, żeby zabrać progeniturę.

Wyczekałam, kiedy młodszej marudy nie ma, a starszeństwo posłusznie feriuje i zabrałam nastolatki wietrząc, że smutek i żal zagości na ich obliczach.

Największym błędem okazało się to, że wejście na wystawę wiodło obok kasy biletowej na lodowisko... Mea culpa, nie wzięłam gotówki, a zapłacić kartą można tylko na tymże podziemnym parkingu. Zamiast na te głupie obrazy mogłam ich zabrać na łyżwy, od razu miny miałyby inne.

Ale cóż, zachciało mi się wiejskie gumiaki zrzucać dzieciom z nóg, słomę kazać przeczyścić i z kulturą wyższą od Beyonce [nie chce mi się szukać e z akcentem] zapoznawać. Czego się było spodziewać, jeśli Hozier do nich nie przemawia?

Nic to. Wchodzimy. Trochę nie kumam, co jest grane, wszak jak zwykle nic wcześniej nie czytałam i nie jestem przygotowana. Latają wszędzie obrazy i obrazki. Przewijają się, przybliżają - istny pokaz slajdów ulubionych zdjęć z różnymi wariantami przejść. Nieruchome też są. O, słoneczniki! Super, na takim powiększeniu linię mistrza widać jak na dłoni. O, już nie ma. Już po słonecznikach... O, kawiarnia! Układałam puzzla, pamiętam niektóre szcze... g ó ł y... Nie zdążyłam.

...

Pif-paf, zastrzelił się, kruki odleciały. Dobra, może się nie zorientują, że prezentacja leci od nowa [wszak początku i tak nie widzieliśmy] i cichaczem oglądam ponownie. Ufff, znalazły stołeczki. Siedzą. Wprawdzie gapią się w podłogę, ale chociaż oswajają się z muzyką klasyczną. O, walczyk! Jeden pan nawet podryguje. Moulin Rouge to były klimaty! Ach, ten pociąg symbolizuje podróż do Arles. Może jak obejrzę trzeci raz... Nie, nie zrobię im tego. Grzecznie wychodzę, gdy przestraszone wystrzałem kruki ponownie ulatują.

C. mówi mi, że to było gorsze od lekcji historii... no comment...

Wieczorem czytam opinie: wszystkie zachwycone z wyjątkiem dwóch. Jedna porównuje wydarzenie do fast art, druga pyta, czy głowy na chuje pozamienialiśmy wydając tyle na bilety.
Wydaje mi, że fast art jest niezwykle celnym określeniem, którego sama bym nie wymyśliła. Nigdzie nie znajdziemy dzieł artysty w takiej liczbie [ponoć są wszystkie, choć trudno w to uwierzyć]. Poza tym nawet na naszych domowych monitorach nie zrobimy takiego przybliżenia w dobrej jakości. Muzyka zaś elegancko dopełnia całości.
Natomiast zawrotna prędkość przekazu informacji jest znamieniem naszych czasów. Można szybko zjeść, można szybko poznać mistrza. Można też wejść rano i siedzieć do zamknięcia, choć nie jestem przekonana, czy się więcej zapamięta.

Wolałabym mieć wybór, czy chcę szybciej, czy dokładniej.

Bilety w wersji najtańszej 50 i 30. Za 110 zł + parking półtorej godziny dziwnej zabawy.


 

środa, 3 lutego 2016

przegapiłam

i jakoś tak przegapiłam
- wycieczkę do teatru
- awanturę średnią
- wizytę u mamusi
- MEGAawanturę
- telefon od mamusi

może niedziela nie była dobrym dniem...?
a może przegapiłam on purpose?

tak czy siak życie jest o niebo lepsze bez małego marudy. założę się, że u babci nie marudzi wcale.

aha, no i na vangogha wreszcie trzeba iść.

tydzień żeberkowej tyranii - M. zrobił, a teraz trzeba jeść. każdy omyka jak może. może to dobry sposób na dietę?

a jutro? jutro fryzjer!!!

что делать?


New Year... and you still don't know what to do with your life...  

poniedziałek, 1 lutego 2016

zen

zachowam zen. 
nawet jeśli 15-latek wychodzi z domu i zostawia drzwi otwarte na oścież.
najwyżej mu nogi z d... powyrywam. ale zen zachowam.


psycho

od dwudziestu lat nie mogę się zdecydować na aparat ortodontyczny. cały czas mam wrażenie, że przyniesie on więcej szkód niż pożytków. wynajduję tysiące wymówek, a to słaba kondycja martwych zębów, a to bóle, a to finanse, a to kłopoty z jedzeniem, żeby tylko nie dać się w to wkręcić. ostatnio widziałam w nowym aparacie dyrekcję szkoły. TĘ dyrekcję TEJ szkoły. do tej pory nieocenioną, niesamowitą, pomocną, ludzką, wesołą, z humorem. a że katechetkę z zamiłowania? nie każdy jest idealny i do niedawna ta wada mi nie przeszkadzała. tak czy siak dyrekcja klęła na czym świat stoi. nie była uśmiechnięta. nawet miła nie starała się być. bolało. dzięki aparatowi ma przestać zgrzytać zębami. życzę wszystkiego najlepszego, choć sądzę, że zgrzytanie powoduje stres, a nie krzywy ząb. ale ja się nie znam i pewnie się mylę.
 
tankując nie tak dawno na ulubionej stacji, na której jeszcze pan rączo bieży, aby nalać mi gaz, zainwestowałam. w poradnik psychologiczny Polityki. psychoterapia. no i czemu z psychoterapią mam to samo co z ortodoncją? czemu wciąż się boję, że przyniesie ona więcej szkód niż pożytku? czemu nie zafascynowało mnie NLP choć uczestniczyłam w paru kursach? czemu szeroko pojęta asertywność napawa mnie... co najmniej niesmakiem. a już najbardziej odległa wydaje mi się terapia grupowa. raz, że trzeba się otworzyć, dwa, że wysłuchiwać innych. wiem, jeszcze po prostu nie dojrzałam. choć już kilkakrotnie byłam blisko.

a może chroni mnie wewnętrzny system wczesnego ostrzegania?

otóż z gazetki wynika, że:
medytacja, mindfullness są ok, ale NLP, metoda Silvy, afirmacje i wizualizacje już niekoniecznie.
joga, taichi, qigong, rolfing i lowening* są ok, ale masaż PeLoHa, metoda Bowena, reiki, rebirthing już nie.
coaching, mentoring ok, ale regresing, autoryteting**, szamanizm*** - nie.
grupy pomocy, kręgi płciowe ok, ale nie dla ustawień Hellingera, Radykalnego Wybaczenia, sektyzmu.
zooterapia - wiadomo, talasoterapia czy hortiterapia ok, ale uważamy na wykorzystywanie zwierząt, uczłowieczanie ich.
arteterapia, ale uważajmy na intuicyjne malowanie.

-----------
*,**,*** - skróty myślowe

są takie chwile, kiedy wydaje mi się, 
że kiedyś ludzie żyli
a teraz spędzają życie na zastanawianiu się jak żyć.

lunch menu

hmmm... 
I gave a task to the two who remain at home. asked them to compose lunch menu for the five coming days. and this is what I've found four hours later...


i'm not the best example of a cook for them. asked why they hadn't taken from the school lunch menu they surprised looked at each other and said: oh, we could make 'kotlety'! 
hm....

yes, i AM the one who requires too much.