środa, 30 marca 2016

takie dni, że lepiej nie otwierać gęby

czy to jakieś pieprzone planety ustawiają się tak złośliwie, że się człowiekowi świństwa wyrywają się same?!

pieprzona czarna seria ulatujących z ust kleszczy:
- publicznie wyjawiłam wielką tajemnicę dziecka posiadania chodzących zielonych mandarynek pośród zużytych gaci na środku pokoju
- równie publicznie objawiłam swoje zdanie, że rodzice nie muszą wszędzie ciągać ze sobą dzieci, kiedy tylko one chcą, zwłaszcza jeśli pociąga to sobą odpalanie dwóch samochodów
- publicznie zapytałam z niedowierzaniem, jak można sprzedać komuś brudne meble. okazało się, że teściowa je wcześniej umyła
- niepublicznie zapytałam teściową, co sądzi o dobrej zmianie - sądzi dobrze. dwukrotnie próbowałam wytłumaczyć elementy gry: to, że pięćset złotych nie bierze się z mrówki ani biedronki oraz to, że trybunał jednak coś robi i nie można sobie łamać prawa, żeby naprawiać bezprawie [o ile]. w zamian dowiedziałam się wiele ciekawych rzeczy...
- publicznie pokłóciłam się o akcenty czasu przeszłego, w efekcie czego wyrwał mi się komentarz do pani nauczycielki, że jest panią nauczycielką - nieładnie

są dni, kiedy lepiej gęby nie otwierać.
a miało być świątecznie.


wtorek, 29 marca 2016

niewiary ciąg dalszy

Wczoraj papież, a dziś taki kawałek bloga anicomaluje:

"Dzisiejsze zamachy, wcześniej #prayforParis, dzisiaj #prayforBrussels, cisza jakoś o tym co się dzieje w Turcji i jakoś mało #prayforIstanbul , a ja się zastanawiam po co? W imię czego? To prawda, nie podoba mi się Islam. Prawdę mówiąc - nie podoba mi się żadna religia uzurpująca sobie prawo do prawdy i uważająca się za jedyną słuszną. Tak jest, ta "nasza" też. Nieuzasadnione poczucie wyższości wynikające z czucia się wybrańcami to bardzo kiepski i ponury żart. Nie zrozumcie mnie źle - nie twierdzę, że religie są złe, nawet lepiej że ktoś nie kradnie i nie zabija bo tak każe mu religia, niż gdyby miał to robić, ale jesteśmy chyba dorośli i powinniśmy sami dojść do takich wniosków bez żadnych zakazów i nakazów. Zabijanie w imię religii jest tak samo głupie jak bombardowanie w imię pokoju albo uprawienie seksu w imię dziewictwa. I chrześcijanie ze swoimi krucjatami wcale nie byli lepsi! Od czasów Diogenesa, który powiedział że jest obywatelem świata, nikt nie powiedział w tej materii nic mądrzejszego. Jest jedna uniwersalna religia - kochaj bliźniego jak siebie samego. Z jakiegoś powodu ludzie wolą jednak recytować wierszyki, chodzić do budynków pustych i bezdusznych jak oni sami, wycierając sobie twarz Bogiem, którego nie chcą zobaczyć w sobie samych i każdej żywej istocie. Słońce świeci dla każdego człowieka. Nie jestem tym wszystkim zaskoczona - będzie jeszcze gorzej i pewnie wyrżniemy się wszyscy w pień zanim zrozumiemy, że nie ma innej możliwości jak się zjednoczyć. Bo nienawiść jest łatwiejsza niż wzniesienie się ponad nią. Nie umiem też winić zindoktrynowanych od małego dzieciaków, którym wmawia się, że robią to w imię Boga - Jest mi po prostu cholernie smutno. I myślę, że na religie jesteśmy już po prostu za duzi. Umiemy zasypiać bez dobranocki. Warto posłuchać : 1. #Imagine - John Lennon 2. El mismo Sol #alvarosoler 3.There must be more to life than this - #Mercury + #Jackson #prayfortheworld #peace #love".

Tyle Ania*. Podpisuję się pod tym. Ania w prostych słowach zawarła ideę Lennona o świecie bez religii, która jest niesamowicie kusząca. Przypuszczalnie większość agnostyków i ateistów tak sobie tłumaczy brak wiary. Ja też. Tylko wciąż nie wiem, co wówczas zostanie tym naprawdę wierzącym? Nie mam odwagi odebrać im kawałka duszy, sensu ich istnienia, nadrzędnego celu w imię mojej antyreligii. Są ludzie, którym modlitwa i istnienie Najwyższego Bytu daje impuls do działania. Oni potrafią pominąć zakłamanych księży, żarłoczność watykańskiej instytucji, otoczkę hipokryzji. Nie popadają w fanatyzm, nie namawiają innych, nie demonstrują swoich poglądów. Modlą się cichutko co niedziela, powtarzają Zdrowaś Mario jak mantrę, a w strzelistych budowlach znajdują cząstkę gigantycznej mocy, która daje im natchnienie.

Dlatego nie potrafię wyrazić się ostentacyjnie jak Ania. Od zawsze miałam kłopot z opowiedzeniem się po jednej ze stron w kontrowersyjnych przypadkach. Teraz też nie dam rady.

-------------
*Ukradłam po chamsku, ale nie ma mnie na instagramie. Jeszcze nie. Zostało mi jedynie copy-paste. Gorąco przepraszam. Załączam link.




poniedziałek, 28 marca 2016

papież i jego nieprawdziwe cytaty

świat byłby zbyt piękny, gdyby to było prawdziwe:


więc się okazuje, że nie jest. i dobrze. bo co ja bym ze sobą zrobiła?

a tu kolejne zamachy. jakby tak dobrze poczytać wszelkie doniesienia, to początek zagłady już nastał. każda cywilizacja dochodzi do punktu krytycznego, od którego rozpoczyna się jej upadek. tego uczy nas historia wsparta banalnymi słowami piosenki, mówiącymi że nic nie może przecież wiecznie trwać.
chyba jednak szybciej wykończymy się sami niż zrobi to natura. #hiperkany. od jakiegoś czasu prześladuje mnie widok hipermarketów z półkami szamponów, odżywek, proszków, detergentów, itd, które wszystkie prędzej czy później trafią do wód. a wciąż dostarczamy nowe. jest to wizja dla mnie bardziej przerażająca niż te ptaki, co zjadły nakrętki.

nic to. rezurekcja nastała, zaczynamy więc ob ovo.

aha, w kórniku weszłam na kolejny poziom: >1300. a dziś wygrałam jednym punktem w ostatnim rzucie, przegrywając przez całą grę stoma punktami ;).




sobota, 26 marca 2016

sen

miałam sen. poprzednio, gdy miałam sen, bohater snu, nazwijmy go HH, odezwał się po nastu latach. teraz nie.
na moim podwórku jeździł taki żółty autobus. taki piętrowy z napisem schoolbus. no wiecie. i okazało się, że to on go prowadził. miał włosy dłuższe niż ma teraz, ale wciąż krótkie. nie zauważył mnie.
potem jechał za tym autobusem na rowerze. i wreszcie zauważył. powiedział mi "buongiorno". nie wiem, co o tym myśleć.
tak czy siak przywitał się i zniknął.
potem jeszcze śnił mi się na koncertach. a może to nie były sny...
wciąż nie wiem, co zrobić drugiego kwietnia...

widziałam się z BM. było jak zwykle. i tak się zagadaliśmy, że wstał i wyszedł, a ja zostałam sama jak po stosunku przerywanym... a rozmawialiśmy o założeniu prywatnego kościoła. a potem chciałam się ojcu wyspowiadać... tym razem fettucini w sosie kurkowym. starczyło na trzy dni ;). i najważniejsze - lody chałwowe!!!

a na świecie co? wciąż same złe wieści. ale to czas zadumy i wybaczania. więc wybaczam.











wtorek, 22 marca 2016

koncert

znajomy robi koncerty. czyli teraz zrobił drugi. sam słucha rocka progresywnego, więc wrzuca go, gdzie może. w radiu, w którym od niedawna ma audycję we wtorki [znów się nie załapałam]. a od dawna marzył o festiwalu w mieście L. w zeszłym roku było super [czemu nie ma wpisu?!!!] - grał State Urge, Archangelica i Millenium. A w tym Arlon, Lebowski, Art of Illusion i Believe.

Było klimatycznie, spotkałam parę osób - niewiele, latałam z aparatem - nieostre, w kurewskich butach - niewygodne, piłam wino - niedobre i paliłam. M. przyjechał na ostatni koncert i żałował, że był tak krótko. W dodatku coś nie wypaliło, chłopaki z akwarium poknocili czy jak, zespół strzelił focha i nie wyszedł na bis. Takie słabe zakończenie skądinąd wspaniałego święta muzyki. Mik w marynarce sponsorowanej przez polscyprojektanci.pl

Gwoździem do trumny był dla mnie gitarzysta Art of Illusion [zgadnijcie dlaczego?]. Od soboty chodzę nakręcona i podładowana wspomnieniami. Aha, i kupiłam płyty. Naciągnęli mnie starsi panowie dwaj. Przypuszczam, że ostro przepłaciłam. Ale kupiłam zeszłoroczne Millenium i znalazłam pana z tego zespołu, który podpisał mi album srebrnym markerem :). A Doris rwała keyboardzistę, który obruszył się, gdy mu wylała piwo. tak że tak.

aha, okno dachowe mam tak, że o tej porze zawsze widzę pełnię, jak jest. a dziś jest. widzę nawet plamy na Księżycu. Elmar mówił, że na tej półkuli widzi twarz, a w Meksyku nie. a niby ten sam.

zmiana planów

ja tu się umówiłam na koncert smolika, wreszcie znalazłam duszę, która ze mną pójdzie, a tu... zmiana planów - gramy!
gramy trzy tygodnie z rzędu: tournee wspaniałe: Otwock-Nieporęt-Legionowo [niemal jak: Łowicz-Kutno-Radom]...
i co teraz?

poniedziałek, 21 marca 2016

ksiądz a nogi

koncert zajebisty, ale o nim innym razem.
poszłam nań w moich kurewskich butach. grały cztery zespoły. po trzecim się poddałam, ale to już był szczyt moich możliwości. do auta, w którym były buty zastępcze praktycznie szłam krokiem zranionej dżdżownicy.
tak czy siak następnego dnia stopy bolały niemiłosiernie. nigdy nie bolały mnie następnego dnia po imprezie. może dlatego, że jako konformistka nie noszę niewygodnych butów.
w efekcie powstał taki dialog:
ja: - Kochanie, wymasuj mi stopy, tak strasznie mnie bolą.
M: - Poczekaj, w piątek ksiądz będzie wszystkim obmywał stopy...

tia.....

aha, córcia I miejsce w turnieju pingpongowego na Bielanach. a w Jabłonnie III, bo na pierwsze zawody pomyliłam datę i pojechali dzień później...

sobota, 19 marca 2016

koncert, koncert, koncert

już za chwileczkę, już za momencik...

http://www.progrockfest.pl/

idę sama. na wszelki wypadek z nikonem.

czwartek, 17 marca 2016

znowu ten stan,

kiedy kompletnie nikt mnie nie kocha. no już się wyleczyłam, a tu znowu powrócił. a wystarczyłoby esemesika przysłać. no buźkę jaką lub choć znak zapytania. czy to tak, kurwa, trudno?

no to może ja taki prodżekt zrobię, że będę ludziom wysyłać różne mordy i zobaczymy, co oni na to. myślicie, że odeślą?

poszłam dziś oddać kurewskie buty. te wcześniejsze. te kurewsko drogie. wiedziałam, że mam 30 dni. no owszem, 30. ale na wymianę. mogę je sobie wymienić. tylko nie wiem na co, bo kozaków już nie ma.

jest taki skurwysynek w klasie MS, któren dowiedział się od cudownych rodziców [było trzymać jęzor na wodzy], że MS z DD jest. domu dziecka znaczy się. i teraz, jak się pokłócą, to go wyzywa. no i co tym mądrym rodzicom zrobić?

wiecie, że ten cholerny masaż dziąseł pomaga na zatoki? no spływa mi dziś i spływa. uprzedzał pan, ze słodko będzie. nie mówił, że tak długo. spływa niestety jeno z prawej. za to wróciła sprawa cholernego zęba.

i pan wet dziś zadzwonił, że jednak ogon obciąć. wymazy wykazały plazmocytozę. wtf? no jak obciąć charakterystyczny element psa? ten ogon jest jej cechą immanentną [ładne słowo, nie?]

mówiłam już, że HH rozpoznał po 20 latach swój śpiewnik na zdjęciu? zapewne na urządzeniu mobilnym.

coś mądrego na koniec? to może za ciosem o tych bezdomnych dzieciach. artykuł jest. w dużym formacie. no takie to smutne.

jak tam, jajka pomalowane? czemu tak nie lubię świąt???



środa, 16 marca 2016

zatoki i buty

dziwny dzień.
dostałam w prezencie naświetlanie zatok lampą. poszłam. zaparkowałam krzywo. wjechałam dziwną windą na szóste piętro. pan otworzył drzwi mieszkania. i było to mieszkanie. kazał mi zdjąć kurtkę i... buty. wrrrrrrr. od razu stracił w moich oczach. nie był to klub. nie był to salon urody. to był pan masażysta. miał kozetkę. położył mnie na kozetce, lecz zanim zległam, zaczął wypytywać, co mi jest. a potem ubolewał, że nie przyniosłam ze sobą wyników badań.
włączył lampę. istotnie - miło. nawet się trochę glutów rozpuściło i jakby szerzej oddycham. wciąż nie w pełni, ale szerzej.
powiedział, że mam opuchniętą lewą stronę [godzinny makijaż nie ukrył?!], ale bardziej boli mnie prawa, więć wtf?
najlepsze dopiero miało nadejść. pan wdział rękawiczki i wsadził mi palce do buzi. a tam zaczął naciskać dziąsła. bolało tak cholernie, że myślałam, że go pogryzę. a on mówił: puszcza, puszcza. chyba nie o białowieską mu chodziło.
z racji krzywo zaparkowanego czołgu, wyszłam po pół godzinie. rzeczywiście jakby w ustach szerzej. ogólnie jakoś szerzej.

a potem na marywilskiej odkryłam... BUTY. matko, co za buty! ależ kurewskie. i niedrogie. na szczęście mojego numeru nie było. na szczęście. skurwiłabym się jak nic. mniej więcej takie:

mniej więcej. wyższa szpilka, wyższa platforma, ze złotymi ćwiekami i bardziej kurewskie.
tia.....

aha, przyszły już niemal wszystkie zakupy z Chin. no normalnie do skrzynki. około trzech tygodni szło. jakość jak jakość. wszystko zgodnie z opisem. nawet gówna po dwa dolary przyleciały. #podwrażeniem.

coś mądrego na zakończenie. już wiem co, bo zapomniałam. czytałam tekst o edytowaniu znajomych. chyba już to przerabiałam, ale wróciło. pewna pani [dzieci nie ma, wolny zawód] pisze na blogu, że nie ma czasu dla toksycznych znajomych, marud, narzekaczy itp. naprawdę trzeba to sobie ustalić? naprawdę nie unikamy samoistnie negatywnych ludzi? naprawdę trzeba tym zarządzać? trzeba podjąć decyzję: nie będę się z nim spotykać, bo szkoda mi czasu? udało nam się stracić WSZYSTKIE instynkty? zauważyliście, że całkiem się pogubiliśmy i uczymy się od nowa, jak się uczyć, jak być uczciwym, jak nie stracić szefa, jak jeść, jak nie jeść, jak znaleźć faceta, jak nie stracić faceta? jak dbać o buty, jak umyć sałatę, jak rozbić jajko? mamy poradniki na tysiące dziedzin życia. serio tego wszystkiego nie wiemy? czasem przeraża mnie BEZMIAR głupoty. nieumiejętności radzenia sobie z najprostszymi rzeczami. jak wtedy przeżyć NAPRAWDĘ trudne chwile? jedno wiem. wiem wreszcie, skąd się wzięły amerykańskie instrukcje pisane dla idiotów. one nie są dla idiotów. one są dla nowego gatunku człowieka. homo idiotus.






poniedziałek, 14 marca 2016

w ruinie

Polska w ruinie, teatr w ruinie, fundacja w ruinie i życie... a nie, życie przeciwnie - kwitnie.
Że Polska - to wiemy. Nawet opony zepsute jakieś po sobie zostawili.
Że teatr? - No Wala już nie ta. Odgraża się, że od września nie wróci. Scenariusza nie znaleźliśmy przez rok. A teraz zaczynać już późno.
Fundacja leży odłogiem. Ikry brak.
A życie? Płynie. A ja z nim. Nie wiem, czy jestem kroplą, ale przestało mnie wiele rzeczy drażnić.

Na przykład znajomi, którym wiozę dupę na koncert. Czy koniecznie trzeba mi tłumaczyć trasę? Czy jako kierowca nie mam prawa wybrać sobie, którędy chcę jechać? Widać, mam napisane na czole "idiotka, której wszystko trzeba tłumaczyć". Cóż. Mało mnie to obeszło.
Poza tym wdzięczna im jestem, że zabrali mnie na koncert. Spotkałam N. Było miło. Jak zwykle nie porywająco, ale miło. To już czwarty koncert w tym miesiącu [!]. Ja to jestem rozrywkowa ;).

Wiem, że milczę o Gdańsku. Nie bez powodu. Milczę, bo wciąż nie wiem, jak ocenić wydarzenia, które tam zaszły. Tak czy siak nie zgrzeszyłam. Poza tym robotę robiłam.
Muzeum, morze, koncert*, morze, biblioteka, morze, fiordy... a nie, mewy, tulipan. A potem... potem do siebie dochodziłam.
A potem przyszedł pocztą śpiewnik i okazało się, że to własność HH. Poznał. Klin klinem. I teraz nie wiem, z kim się budzę.

M. ledwo zipie.

Wydaje mi się, że to zaprzestanie czekania jest ostatnim etapem obcinania skrzydeł.

Z drugiej strony zachciało mi się na morze...


----------------
* - Uśmiechnij się, bo cię żona zaraz zobaczy w telewizji.



środa, 9 marca 2016

z pamiętnika raz jeszcze

Wchodzi do domu M. okutany w kaptur.
M: - Cześć.
Dzieci siedzące przy stole: - Cześć.
M: - Co nic nie mówicie? Niemowy?
Ja: - Mówią, tylko tak mamroczą, że nic nie słychać.
Po krótkiej chwili
Ja: - Kochanie, zjesz z nami?
Cisza. Nie usłyszał.
Ja: - Mogę sobie pogadać.
13: - Bo jak tak mamroczesz, to nic nie słychać.

Tiaaaa...............

z pamiętnika 13-latki


13: - To po co nas wzięłaś?
MZ: - Po co, po co... Jak to po co?
13: - Nie chciałaś mieć swoich dzieci?
MZ: - Chciałam.
13: - To dlaczego nie miałaś?
MZ: - Zgadnij.
13: - Bo nie chciałaś...

Tiaaaa...


piątek, 4 marca 2016

danzig

w skrócie to tak:
6 godzin jazdy ze stolycy nad morze
nie wiem, który garaż. tzn. na pewno był drugi, a teraz otworzył się pierwszy po mruganiu na piechotę.
parkowanie między czterema słupami
guzik do windy
brak pościeli
bateria z termostatem - działa tylko w jedną stronę - doszłam do 48 stopni
kółko z kluczami zepsuło się
woda niepitna
brak kapci
klawiatura w domu się ostała
latam z modemem koniecznie na zewnątrz.
modem na zewnątrz nie działa.
działa w środku, ale nagle ściągnął 3 GB [mam 10].
cipka przeziębiona następnego dnia.

ale:

jest zajebiście
morze jest zajebiste
koncert był zajebisty
tete-a-tete też
nie boli jakoś strasznie
znalazłam sklep nocny [zapomniałam o wodzie]
nie zabłądziłam bardzo
przestawiłam termostat
nie zgubiłam kluczy
fb chodzi - he he

ahoj przygodo!


środa, 2 marca 2016

to the sea...

if I ever, ever DRIVE to the sea before they've built the fucking what's-it-number highway to Hel, just kill me before or at least hit me hard with a hammer.
fuck, fuck, fuck!!!
set off at 2 pm. at 4 made a break at Pepkowo [wtf?]. happily had a break in turtling in a line when the road suddenly widened up to two lanes... for 20 km... wrrrrrrrrrrr! [meaning: argh!]
then at Ostróda which I achived at 5 something... we slowed to 30. and went on like this till Nowy Dwór Gd. where I had old chicken with soft fries. coffee was not bad. next it was wider-narrower in change and finally I got lost in Gdańsk with the hope that the pass through the port is already done. i am sure it is - it was open, but the signs say: no entry. so had to go round the Old Town.
then I couldn't open the gate to the garage. i got off the lift at 8 pm.
SIX fucking hours in the car.
told I'd go by plane...
fuck*