wtorek, 31 maja 2016

ćśśś...

A dziś tak:
Zbieram się do teatru, mam ze sobą zabrać leserów na trening. Maluję się i słyszę, że siedzą w telewizyjnym. Wpadam - bo przecież mają się zbierać, a nie bumelować - i pytam grzecznie:
- A wy tu czego?!
Kolega SS mi na to, nie odrywając oczu od ekranu:
- Ćśśś...
- Co ty mi tu ćśśś robisz?
- Żartowałem - przerażony odpowiada.
- To tak nie żartuj.
- Przepraszam.
No.

Czas na Szkolnej się zatrzymał. Nie toleruje zmiany norm zachowań społecznych. Nie i już.

poniedziałek, 30 maja 2016

nowe znaczenie: grzebać w komórce

no czytam te internety i czytam.
czytam i nie mieści mi się wewnątrz, gdy facet pisze, że 70 procent rodziców z dziećmi w knajpie, której jadł, spędzało czas RAZEM na pierdofonach. każdy na swoim. dwulatki nie jadły bez filmiku w ręku.
no ale ja z sarnami gadam od lat, a one bez pierdofonów, więc realu nie znam. muszę raz gdzieś wyjść i sprawdzić. ale wolę lokale dla dorosłych. więc raczej nie sprawdzę. uwierzę.

no i wraca 16-latek z dziennej wraca wycieczki, staje na dywaniku i zdaje relację, z kim, gdzie i za ile. nawet chętnie opowiada o podrywających go dziewczętach, o turlaniu się w piasku, o zwiedzaniu nigdy nie ukończonego residence, która mi się od lat podoba, o pikniku U-Sołtysa, który jak co roku rypie diskiem polem prosto w okna.
i W TRAKCIE tych zwierzeń wyjmuje z kieszeni komórkę i sobie w niej grzebie [olaboga!].
- ale że jak to tak w czasie rozmowy grzebiesz sobie w komórce?
- a to my jeszcze rozmawiamy? - zapytowuje mnie rezolutnie...

szybko ustalam zasadę, że jeśli reaguje na message przy mnie, musi przeczytać go na głos.

- a jeśli tylko sprawdzę, a nic nie dostanę?
- to musisz przeczytać ostatnią, którą ty napisałeś. nawet jeśli to będzie love you, love you, love you.
- ja takich nie piszę. nie piszę lowcia. no chyba że do łukasza...

---------------------
a jutro będzie o dzisiejszym miłym dniu.

niedziela, 29 maja 2016

dawna znajoma

przyjechała.
koleżanka z ławki.

przypomniała mi się historyjka. słuchacz trójki prosi o piosenkę jakąśtam z okazji trzydziestolecia matury. myślę sobie do siebie głośno [mogę głośno, bo jadę sama autem]: jaki staaaaaary! ale jaki stary dziad! rany koguta! tymczasem moja druga półkula zaczyna po cichutku zaginać palce: trzy spuszczam, dwa w pamięci, dodaję cztery.... o żesz! to za trzy lata!

no więc siedziałam z nią w ławce [nie do końca z nią, bo to byłe dziwne ławki, takie sześcioosobowe raczej, a zasada była: kto pierwszy, ten siedzi koło Edyciaka, no, ale w sumie często obok niej, ale to nie ona jest Edyciakiem] właśnie tyle lat temu, co tam wyżej policzyłam. a potem? potem już nie.

no i wpadła dziś tak przelotnie. i. i to są te magiczne, kiedy czujesz, że NIC się nie zmienia. dłużej się nie znamy niż znamy, a klika od pierwszej chwili. i nie ma znaczenia, czy się wtedy lubiłyśmy jakoś bardziej czy mniej. nieważne, co ja sobie czasem o niej myślę, ani ona o mnie. po prostu nagle spotykasz duszę, z którą nadajesz na tej samej fali, rozumiesz się w pół słowa. i wcale nie było o wspominkach. wcale nie o chorobach [no, może z wyjątkiem kleszczy i wirusa HPV - mojego wczorajszego odkrycia], wcale nie o koleżankach... po prostu zwyczajnie. i oczywiście o pszczołach [każdy ma jakiegoś bzika...]

zen.

-----------------
basen rozstawiony :)



środa, 25 maja 2016

dojrzewam

dojrzewam już dość długo do opisania sposobu życia - wciąż nie wiem, czy nie jest to nowa koncepcja filozoficzna, ale pewnie nie, bo tylu ich było przede mną - który na południu opanowano do perfekcji, dolcefarniente.
jakiś czas żyję egoistycznie stosując zasadę nicnierobienia lub przynajmniej nierobieniazadużo i zyskałam pewne przemyślenia. i oczywiście mnóstwo słodkiej przyjemności.

z początku trapiły mnie wyrzuty sumienia, że inni cały czas coś robią [przetwory, jogę, wyrywają chwasty, karmią gęsi, wychowują dzieci, prowadzą zajebiste blogi, robią doktoraty, piszą książki lub je chociaż czytają, piją wódkę, odkurzają, chodzą na przedstawienia i zebrania szkolne, wyprawiają przyjęcia dla dzieci, organizują im zabawy, wyjeżdżają na wakacje, [...], a ja? a ja niiiiiiic.

koleżanka chwali się, jaki pyszny chleb upiekła. teściowa narobiła słoików dżemu. sąsiadka wypieliła i wypielęgnowała ogródek. ania,comaluje przygotowała kolejny tygodnik wspierający samorealizację ambitnych dziewcząt, pomalowała paznokcie, nałożyła różne mikstury na włosy, skórę i diabli wiedzą co jeszcze, a ja? niiiiiiic.

w świecie pędzącym jak pierdolino, które zmiata wszystko, co napotka na drodze, w kilka chwil zostałam jak przydrożne drzewo daleko z tyłu za peletonem. jako jednostka ambitna wciąż sądziłam, że dogonię peleton, znajdę pracę, posprzątam dom, wyrzucę śmieci z garażu, zacznę tańczyć, malować i szyć.... i niiiic.

mój zapęd powoli się rozmywał we mgle aż pokłóciłam się z nadgorliwą sąsiadką, która zawsze się ze mnie nabijała, że leżę do góry pępkiem. w wyniku burzliwej wymiany zdań okazało się, że ona po prostu mi zazdrości. i stąd jej wszystkie docinki. wreszcie dotarło do mnie, że ja po prostu jestem szczęśliwa. tak zwyczajnie i po prostu.

że mogę w ciągu przemieszczać się za słońcem, przechodząc z ławki na trawkę, z trawki na kanapę, a gdy już mnie to przechodzenie zmęczy, latem mogę kołysać się na materacu w basenie. że mogę chodzić do lasu i przytulać drzewa całe dnie. że mogę pojechać do gdańska, jak już będę mieć dosyć leżenia w swoim ogródku.

dopóki rewia wydaje jolki [wprawdzie drukowane na ohydnym papierze, paskudną farbą, która brudzi], dopóty nic mi więcej nie potrzeba. no może prócz szumu fal.

i na nic mi złote rady: wyrzuć zbędnych przyjaciół, wyrzuć niechciane pamiątki, zacznij robić coś, co lubisz. na nic. wystarczy słońce, powietrze, niebo i... poduszka, a czasem koc.

żegnam z rozgwieżdżonego tarasu, na który gapi się ten łysy moon. a może tylko zerka?

w oczekiwaniu na drugi szpaczy miot -

piątek, 20 maja 2016

smutno mi, kosmosie

szpaki odlecieli...

wczoraj jeszcze byli. dzióbki wyciągali przez szparkie pode dachem. darły gardziele przeraźliwie [aż M. nie strzymał był i wrzasnoł].
a dziś - pustka. nawet rozwrzeszczane wróble nie nadrabiają tej serenady...
nie masz zabawki, nie masz rozśmiać się nikomu...
a dziś mniałam fotki postrzelać z obesranego balkonu...

nic to, jeszcze drugi miot.

-------------

kleszcz. w tłuszczu brzuszkowym. znaleziony wczoraj w nocy. wyciągnięty chyba w całości - ruszał się jeszcze. dziś wokół czerwone - odczyn alergiczny. czekam grzecznie na rumień... :w

wtorek, 17 maja 2016

obce blogi stare iskry

jeśli w tym tempie będę znajdowała nowe blogi, które miło czytać, to niedługo moja lista blogów osiągnie długość zwijanego papirusa. he he, edytor bloga nie zna słowa papirus ;).

dziś przeżyłam traumę. otóż filip z brązowymi oczami był... kobietą!!! zdrada!
jak to dobrze, że się wtedy kochałam w Bocianie i nie musiałam w papierowym Filipie z Filipinki. ufff...
chociaż z bocianem było jeszcze gorzej. odnalazłam go po tylu latach na fb, ale nie raczył odpisać. żonę ma, no przecież znam Izę, przelotnie, ale jednak, pasowali do siebie już wtedy. dzieci mają dwoje. młody też robi zdjęcia. no i domek gdzieś na wsi. och, i te zdjęcia przyrody... wciąż by mnie urzekły.
a, niech ma.

w ogóle te postaci z mroków przeszłości przez tego fejsa robią człowiekowi dziurę do kiedyś. takie zakrzywienie czasoprzestrzeni. upchnięte już tamto, poszufladkowane, zakurzone, przykryte warstwą niepamięci, a tu buch! - jedno zdjęcie i stracona...
emocje, zapachy, nocny deszcz w środku lasu, kąpiel nocna w jeziorze, dotyk, nawet smak...

i po co to odkurzać? żeby znów schować do pudełka*?

nie ukrywam, niektóre odkopane znajomości rozkwitają, i ja razem z nimi. miło. obcy człowiek [no bo nie był to przecież twój kumpel z podwórka, tylko jakiś znajomy z tła], ale iskrzy jakby nie było tej -dziestoletniej przerwy.
nie znalazłam takiego połączenia dusz z nikim poznanym później. nawet nędznej iskierki. z nikim, z kim nie mam wspólnej przeszłości wypalonej w ogniskach.

nie odnalazłam też żadnych koleżanek. zastanawiam się, czy powinnam się nad tym zastanawiać. może po prostu łatwiej znaleźć faceta?

tak to sobie przemyśliwam stare sprawy [he he, a przemyśliwam edytor zna] na koniec dnia, a dzień ów okazał się bardzo krótki, aczkolwiek owocny. krótki, bo złożona niemocą zwlokłam się o 4. tak, po południu. na pocieszenie mam to, że progenitura tuż po powrotach z nauk też zaległa. M. powrócił do domu pogrążonego we śnie.

ale sukcesy są. piesek ma wymoszczony koszyczek na podróże rowerowe, możemy więc śmiało ruszać w trasę. jeszcze światełka i błotniki. i dzwonek. i lusterko.


do poprzednich zakupów dobiły dziś paczki zamówione w zeszłym tygodniu. przy czwartej otwieranie paczkomatu zajęło mi 14 s. niestety, nie był to rekord :(.
filiżanki za małe
sukienusie dziwne jakieś
i to coś, czego na razie nie mogę wypróbować.


-----------------------
*następnym razem będzie o pudełkach



niedziela, 15 maja 2016

pożyteczność fb


są takie chwile, kiedy znajdziesz coś ciekawego na fb. nie to, że kumpel miał trzeci wypadek w ciągu dwóch lat i całkiem skasował auto [widziałam, bo wrzucił idiota zdjęcia], nie chodzi też o to, że pani wyjechała na środkowy pas [prawy był zajęty], zajeżdżając drogę innemu znajomemu i pokazała mu faka. to nie są ciekawe rzeczy.
mało ciekawa jest też historia pani Danuty, która nie może sprzedać domu, bo na jej działce rosną drzewa [później okazuje się, że ona jest właścicielką agencji nieruchomości]. choć istotne trochę nas ta władza urządziła. a skoro następnych wyborów i tak nie będzie, a ziemię zdążą zabrać...
nie o tym.
otóż o panu Rudnickim, który fajnie pisze. a że czasem nie ma o czym [ jak każdy], to pomagają mu opowieści ichniego pana Zenka [listonosza znaczy] z panią Larisą [która u niego sprząta]. historie o ziemniakach versus kartoflach oraz o pijanych gęsiach [bez happy endu] wymiatają dzisiejsze powieści kapitana Hero czy innego Y-mena.
historyjki okraszone poszukiwaniem prawdy przez pana Szczygła wciąż nie pozwalają mi się całkiem wylogować z tego zdradliwego portalu.
 

piątek, 13 maja 2016

hulajnoga


a w ogródku wiosna. na aronii znaczy.

 
zażyczyłam sobie na urodziny hulajnogę. miałam pomysła. zachciało mi się nią przemierzać odmęty centrów handlowych. dziś nastąpiła inauguracja. w factory. i co? i od razu pan ochroniarz mnie zgarnął, że jeździć nie można.
nie przeszkodziło mi to wydać kolejnych tryliardów na szmatki-sratki.
bo ja najpierw jadę. kupuję. płacę dużo. potem przychodzą wyrzuty sumienia, więc jadę i oddaję. przy okazji znowu coś dokupiam/dokupowuję i dopłacam. i tak to się kręci. i ciągle sobie mówię, że już nigdy więcej.
ach szał, szał, szał, szał.

oddam hulajnogę dzieciom chyba. no bo na co mi ona tera? 

a jednak


... coś się zdarza, jeśli się tylko wyjdzie z domu.

pani [o] i pan [i] w przymierzalni obok [pan przymierza - pani pilnuje]:
o: - przymierz te spodenki.
i:- wybrałem już dwie pary.
o: - nie szkodzi, te są inne.
...
o: - dobre, dobre, bierzemy.
i: - ale ja ich nie chcę.
o: - nie szkodzi.
...
o: - jak wkładasz?! tył na przód!
...
o: - czekaj, trzeba to wszystko powieszać z powrotem.
i: - ???
o: - ty nic nie potrafisz.

itd.

jakbym słyszała swoją ciotkę z wujkiem [św. pamięci]. wujek miał kłopoty z kręgosłupem, więc słabo się obracał. ciotka zawsze mu mówiła, jak ma jechać i którędy. w efekcie powstał taki dialog:
o: - prawa wolna...
wujek rusza.
o: - ... zaraz będzie.
bum!

nie wiem, czy to pomoże na przyszłość, ale każę SS i MS robić samemu kanapki do szkoły.
.....................................

dostałam zakwas. he he. karmić rano przy kawie. mąką razową? przecież przed kawą po nią nie pojadę...

dzień zakupów dziś. humor up!! głównie buty. buty. i buty.

wczoraj allegro. matko, ile to rzeczy nagle należy nabyć.


czwartek, 12 maja 2016

kult 'mojego problemu'

tak sobie czytam w tych blogach skrawki współczesnej 'psychologii', która każe wszelkie problemy znajdować w sobie. jeśli coś ci się nie podoba, to twój problem [pani korektorka maniacko zmienia mi wszystkie problemy na kłopoty, ale wg mnie ich pola semantyczne nie całkiem się pokrywają].

i taka mnie naszła myśl, czy takie podejście nie rodzi postawy asertywnej, która usprawiedliwia niereagowanie na zachowania naganne? mój wewnętrzny belfer wzdraga się na myśl, że lud nie sprzeciwia się  na bezczelności nastolatków w autobusach. że przechodnie nie zwrócą uwagi bachorom na podwórku na ich karygodne zachowywać. że w szkole okazuje się, że jeśli popaprany barbarzyńca brzydko się do ciebie odezwie, to twój problem...

no żesz... ale w takich czasach żyję, więc cicho siedzę. nie całkiem cicho, bo gówniarzowi jadącemu środkiem ulicy pod prąd jednak uwagę zwróciłam.

a dziś w maku taka sytuacja. siedzę z młodym ]lat 11] na zewnątrz, wcinamy frytki. sielsko jest, jezioro, słońce, muchy się jeszcze nie wylęgły. a między stolikami chodzi pan i głośno przez komórkę wyraża swoje niezadowolenie [chyba się rozwodził], rzucając popierdolonymi kurwami co kilka sekund. nawet zajebiste w tym rynsztokowym potoku zabrzmiało wulgarnie. jasne, że mogę wstać i wyjść, a raczej wejść do środka lub do auta, ale ja tu byłam pierwsza, poza tym miejsce jest publiczne. heloł. no ale próbuję twardo stosować zasadę, że to nie moja sprawa, że pan jest cham. jednak cichaczem sama przed sobą posyłam mu wściekłe spojrzenie. obrzydliwie potępiające.

i co?
i pan się przeniósł dalej. za ogrodzenie.
victoria!!!

niniejszym pozostaję przy swoim belferskim podejściu do świata, wdupiemając dysleksje, dziwne przypadłości i zwyczajny brak kultury. walę ścierą. howgh.


środa, 11 maja 2016

nieogarnięty

Z pamiętnika 16-latka:
- Pani dziś na polski wkurzyła się na Makowskiego, że ściągał.
- Ooo...
- Ale on jest taki nieogarnięty jak ja w III klasie podstawówki.
- Eee...


Z pamiętnika 11-latka:
5:00 rano.
- Ząb mnie boli.
- Pokaż który.
- Ten. - piątka mleczna. - Rusza się.
- Zaraz go naprawimy.
Dzielny M. bierze kombinerki i usuwa ząb w minutę. Wszyscy idą z powrotem spać. Oprócz mnie, bo ja robię foty świtu.







wtorek, 10 maja 2016

overheard

dialogi teatralne:
- Szparagi są cudowne.
- Kupiłam takie pyszne, już z odciętą częścią zdrewniałą.
- Wspaniałe, gotuje się ledwie parę minut.
- Tylko potem mocz tak dziwnie pachnie...

- W Biedronce były takie kurtki niby skórzane.
- Ja też lubię niektóre rzeczy z Biedronki.
- A mam swoje ulubione produkty w różnych sklepach. Na przykład w Lidlu kupuję taką pastę z oliwek.
- Wiem jaką. Jadłam kiedyś taką w Grecji.
- A ja jej używam do wszystkiego. Do kanapek, kotletów. Lubię smarować nią jajka..

- Jak spędziłaś weekend?
- Leżałam do góry pępem.
- Ale nad czy pod?
- Raz tak, raz tak.
- Ja to ci zazdroszczę - wzdycha 70-letnia pani reżyser.
- To przyjedź do nas.

dialogi biedronkowe:
- Pan tylko makaron i pastę? - pyta klienta stojącego przed M. pani na kasie.
Jakie te panie wykształcone - myśli M., mówią po polsku i po włosku.
- O, pasta w stojącej tubce, nie wiedziałam, że takie mamy.


niedziela, 8 maja 2016

banały

odkryłam dziś olę radomiak. czemu to innym się takie dialogi zdarzają. mnie na kochanej pradze zdarzały się często, ale nie pamiętam dziś ani jednego.
zen niby ćwiczę, a znów się rozdarłam. i na co ten zen? traktuję go jako kolejne cofnięcie, żeby się odbić wyżej.
smarkacza ujarzmiło 40 stron nieodrobionych ćwiczeń z matmy. siedzi, ryczy i robi.
SS skończył 16. dałam mu pojeździć. zesrał się. z radości.
słońce wyszło - osiągam mistrzostwo w nicnierobieniu. może te poziomki posadzą się same?
spędziłam z sio burzę w lesie.
czemu te cholerne sny nie znikają? czemu zostają w środku i ssą od wewnątrz? aż chce się znowu stać pod oknem. 
aha, rozpoczęłam walkę. zrobiłam tabelkę z kalendarzykiem i zaznaczam. najłatwiej mi zrezygnować z cukru - się okazuje.
i znowu dziś pan i pani smith - uwielbiam. a najbardziej tę scenę jak on na nią patrzy. po.




sobota, 7 maja 2016

chaotycznie

znów owoce na szkolną sałatkę dowiozłam w ostatniej chwili. a nawet po dzwonku. dziecko przyniosło całą ciężką miskę ze szkoły. zeżarłam na raz.
pozwoliłam nocować Stasiowi. mimo złości. krok pozytywny popełniłam.
koleżanki dziecko zakupiło diamenty do gry za realne 1700 złotych. cieszyła się, że miała limit na karcie. szkoda tylko, że powodowane strachem dziecko grę skasowało. i teraz nawet tych diamentów nie ma... uwielbiam jej luz.
a na koniec ania [ta z bloga] promuje historię o synu marnotrawnym jako świetny przykład marnowania sobie życia - brat dobry. czuję, że nie ogarniam świata. przypowieść ta ma wg niej ilustrować tezę, że nie wszystko nam się należy za samo chcenie. ale wciąż nie kumam, czym zawinił brat dobry. studentowi nie należało się, bo się nauczył, pani sklepowej, bo jej nie szło w pracy mimo dobrych chęci, ale bratu dobremu? tak samo budowane są amerykańskie seriale - promują tych, co się nawrócili.
może ja też powinnam się zboczyć, żeby móc się nawrócić? zaczynam od palenia. mogę się nawracać choćby co tydzień... ;]

czwartek, 5 maja 2016

kulinarnie

jako że mam czas, kiedy żrę bez opamiętania [waga jęczy], ciągną mnie w sklepie wszelkie kaloryczne produkty, które udają zdrowe. znalazłszy się nie w codziennie nawiedzanej stonce*, a w starej dobrej Annie, zwanej u Adasia, natknęłam się na sałatkę w pudełku. po namyśle postanowiłam stworzyć takie dzieło samodzielnie. z okazji 4 maja, czyli pierwszego dnia otwarcia sklepu po weekendzie majowym wszelkie kapusty i sałaty znajdowały w formie odchodzącej z tego świata. z tego jedynie powodu zdecydowałam się na seler naciowy, który swego czasu mnie zachwycił, a potem szybko rozdrażnił. jak anna patrycy z pewną nieśmiałością zgarnęłam go z kosza, nabywając po drodze szynkę z fileta czy coś w tym rodzaju, najdroższą możliwie, udałam się do kasy, przy okazji tłukąc słoik z sosem czosnkowym. drugiemu słoikowi udało się zostać na ladzie. dopiero trzecia próba nabycia trującego słoika zakończyła się sukcesem.
do pokrojonych łodyg dorzuciłam kostki wędliny, pokostkowane jajko na twardo i [!] pomidorki na wagę ze stonki - przesłodkie! jeśli jeszcze nie jedliście - to ostatnia chwila, bo dziś już stoją gdzie indziej, znaczy, że powoli wychodzą. całość z sosem czosnkowym pudliszek - tak, wiem, guma guar.
drugi dzień spożywam niebo w gębie.
a może po prostu brak mi czegoś, co ten felerny seler ma?

dziś poprawiłam menu surówką z rzodkiewek ze szczypiorem.

--------------

*jednym z plusów codziennego bywania w tym samym składzie towarów jest zaoszczędzenie czasu na wybór nowych produktów oraz czasu na testowanie tychże. przyzwyczajasz się, że nie ma serka śmietankowego z ostrołęki, zamiast dziwnych wędlin w misie, o których nic nie wiadomo, bierzesz zawsze żywiecką pakowaną i polędwicę pseudosopocką ze znajomym azotanem sodu i tyle. słodycze też mniej kuszą, bo okrojona oferta dyskontu wpływa pozytywnie na twoją kieszeń. dzięki koszom z produktami sezonowymi i tak nie uda się zaoszczędzić. drażniły mnie gigantyczne wydatki w hipermarketach rzędu pięciu stów jednorazowo. teraz rozkładam to na 10 dni - w stonce wydaję 50 dziennie i jestem złudnie szczęśliwa, że tak mało :).