sobota, 30 lipca 2016

biking

znajoma z fb omal nie dostała mandatu za jazdę na rowerze po chodniku.

no wiem, że nielzia. wiem, ale co robić, droga redakcjo, gdy strach wyjechać na drogę wprost pod pędzące auta?
znajoma ze stolycy pisze, więc kłopoty ma innej nieco natury.
a u nasz na wsi jest od niedawna chodnik i tenże chodnik prowadzi prosto do szkoły. nawet po tej samej stronie jezdni jest, więc bezpiecznie puszczam progeniturę po nauki.
a teraz wyobraźmy sobie dziesięciolatków, nawet z tą kartą rowerową, co i tak nie kumają tych znaków-sraków i innych zawiłości ruchu. a jeszcze lepiej ośmiolatka bez karty i matkę z pięcioletnią córką. niechże on porusza się jezdnią 6-metrową wraz z pędzącym skrótem do miasta powiatowego polonezem 90 km/h. nic że nie wolno, on tak jedzie. a zza zakrętu wyjeżdża w stronę przeciwną no na przykład... nie szambiarka, ale dajmy na to kurier dostawczakiem. no i jak oni się mają zmieścić razem we troje ja się pytam? no jak? a nawet niech się zmieszczą. i ten świeżo upieczony dziesięcioletni rowerowiec niech się zesra ze strachu i zrobi coś nieprzewidywalnego, niech na przykład ze strachu spróbuje wjechać na chodnik, pokonując krawężnik. i co? no i elegancko wypierdala się pod tego poloneza. tak mi mówi wyobraźnia.

pod dziesięciolatka możemy podstawić ośmiolatka bez karty rowerowej, babcię z koszyczkiem na kierownicy, pijaczka na ukrainie i inne postaci z wiejskich dróg naszego kraju.

dla odmiany weźmy na tapetę kolarza. kolarz to nie rowerzysta. kolarz to taki robot, nie człowiek już wszak, bo zrósł się na stałe z metalową ramą, co ma obcisłe ubranko, kask jak się patrzy, buty przypięte do pedałów i pokonuje setkę na rozgrzewkę. pozycję ma aerodynamiczną. endomondo włączone. lampki, hamulce tarczowe, włókno węglowe pod tyłkiem. za to na pewno nie ma koszyczka dla pieska. no i wiadomo, że taki koleś nie będzie pomykał chodnikiem, bo wszystkie staruszki i matki z wózkami poturbuje. zresztą nawet by nie chciał, bo w tym tempie nie ominie wybrakowanych polbruków.

postuluję niniejszym zezwolić na jazdę chodnikiem osobom niestwarzającym zagrożenia dla pieszych, poruszającym się 5 km/h z pieskami, zakupami i innym dobytkiem, bez kasków, w spódnicach i na szpilkach. rowerzystom znaczy się. a kolarzom wybudować specjalne ścieżki, po których będą mogli śmigać do woli.

inwestycja

zawiozłam SS na zbieranie wiśni. niech zarobia na swoje conversy czy inne tam house'y. obudził mnie ino świt o dziewiątej [a akurat śniło mi się, że kręcę film. fajny był]. przynajmniej jajko zrobił częściowo na miękko. pojechałam. wróciłam. psa wyspacerowałam przy okazji [w bugonarwiańskim błocie].
za pięć godzin zadzwonił, że pada i nie chce mu się czekać, aż M. go odbierze wracając z pracy.
wrrrr....
pojechałam. przywiozłam. sprawdziłam licznik - 100 km. licząc 7 litrów na 100 po 4 zł [zaokrąglając] = 30 zł. zarobił 40. nie mógł siedzieć w domu i kreskówek oglądać ja się pytam? jeszcze by może trawę skosił.


wtorek, 26 lipca 2016

Z życia Blanki - Kluczyki

Kluczyki

 Dawno temu, gdy wszystkie dzieci chodziły do szkoły podstawowej na bardzo różne godziny i wracały o najróżniejszych porach, Blanka miewała te krótkotrwałe chwile radości napawania się czasem wolnym. Więc gdy już trzy razy obróciła do szkoły ino świt, zajęła się swoim szczęściem, by wreszcie pomyśleć o psie, który będąc o wiele młodszym niż obecnie, domagał się godzinnych spacerów po lesie. Las wprawdzie stoi nieopodal, lecz droga do niego wiedzie pośród mordę drących piesków, stąd pomysł jeżdżenia kilometra prawie autem do lasu.
Zima była niesroga, śnieg jednak zalegał tu i ówdzie runo leśne również. Blanka ma zwyczaj wkładania kluczyków do kieszeni tak, by breloczek zwisał na zewnątrz. I drugi zwyczaj niezamykania auta, przecież mieszka na wsi.
Poszły, wesoło idą, wartko, radośnie płynie im czas. Blance zachciało się zejść z upatrzonej drogi [ma w tym lesie swoje ulubione i nie cierpi nowych] i zwiedzić nieznane zakątki kniei. Ścieżką dzików, pod górę, szczytami, z góry, przez śniegi i jesienne liście pod spodem, wśród krzaków, krzewów i krzunów. Chodziły tak ponad godzinę, by zmęczone potwornie wrócić do auta i odkryć - no wiadomo, że strzelba wypali - brak kluczyków. Wizja przejścia ponownie tej niczym nieznaczonej ponadgodzinnej trasy była zbyt upiorna, w dodatku najmłodsze dziecię zaraz kończyło lekcje. Umiało już wracać samo, jednak w domu należało być.
Rada, nierada Blanka powlokła się resztką sił do domu, by pod drzwiami odkryć straszną prawdę: klucze do domu ZOSTAŁY W SAMOCHODZIE!!!

Wyobraźmy sobie teraz sytuację, że Blanka jak każdy normalny człowiek zamyka samochód i dramat gotowy [klucze od domu istnieją w jednym egzemplarzu]. Najmłodsze dziecię, które zaraz wróciło ze szkoły, okazało się sprytne i wysłane na rowerze po klucze na koniec ulicy Letniej, spisało się na szóstkę.

Nie każdy zwyczaj jest dobry. Nie każdy zwyczaj jest zły. 

obiecałam,

to piszę, choć siły nie po temu.
i ta noc dwudziestudwustopniowa. i że nie ma jej z kim dzielić. w sensie tarasowania pod księżycem.

nie o tym jednak.

właściwie ten post powinien iść pod przykrywką Blanki. przecież ja nie mogę tak bezdennie głupia.

otóż rozbolał mnie staw żuchwowy. większość stomatologów/fizjoterapeutów krakało lub próbowało mi to wmówić już dawno, a jednak próby owe stanowczo były przedwczesne, ponieważ dopiero tydzień temu przypadłość owa mnie złapała.
odkopałam więc numer do pana, co znienacka mi swego czasu grzebał rękami w nieumytych zębach, naciskając tu i ówdzie, tak że [co to za pierdolona mania z tym także nawet wśród wykształciuchów] skakałam do sufitu, a że piętro szóste i ostatnie, to niebezpiecznie było.

umówiliśmy się więc ponownie. pojechałam. przytarłam auto z panią siedzącą w środku, ale o dziwo się nie zorientowała, więc zwiałam.
wg schematu pan dziąsła powciskał, lampą poświecił [miło], ultradźwiękiem przejechał. nic nie dało, jednak bardziej się zaprzyjaźniliśmy niż poprzednio, gdy zła jak diabli uciekałam od niego w popłochu.
następnego dnia pojechałam z powrotem - uzależnienie ofiary czy co - i tuż pod koniec seansu pan mi pomasował tył głowy [zawyłam w niebogłosy] i rzucił: zdejmujemy bluzkę. widać ma więcej zaskakujących pozycji erotycznych w repertuarze. rozpiął mi nawet stanik, albowiem stwierdził, że szczęki ból wywodzi się z pleców, a najpewniej to od tych obcasów, które noszę.
pomasował, złapał jak kota za kark i wyrzucił do domu.
pojechałam do niego jak w transie po raz trzeci. istotnie po masażu kręgosłupa wreszcie czereśnie zaczęły mi się mieścić w otworze gębowym.

wieczorem zaś... no otwarte mam okno i zlatują się do mnie te wszystkie stworzenia. i nagle po moim monitorze przebiega w podskokach coś zielonego. gdy przebiegało ponownie, odkryłam że to pasikonik [nie, to odkryłam później, porównując setki zdjęć wujka G.]. tak czy siak postanowiłam wypuścić biedaka na wolność, w tym celu prezentując mu z bliska kubek, w którym chciałam go wynieść na balkon. na ten widok zwierzę wykonało klasyczny pad, rozpłaszczając się niemożebnie i wprawiając mnie w wyjątkowo radosny nastrój.

czym prędzej pobiegłam do M. w celu podzielenia się radością, jaką dostarcza pasikonik w pozie: waruj. żeby było bardziej obrazowo, pokazałam, jak konik radośnie biegał po monitorze, skacząc na wszystkich czterech kończynach po pokoju [nie mam sześciu, nic nie poradzę], by dojść do punktu kulminacyjnego i wykonać klasyczny pad. rozsunęłam w podskoku łapki i... gruchnęłam z całej siły grawitacji szczęką w podłogę...

jutro znów idę do pana masażysty.



poniedziałek, 25 lipca 2016

a jutro?

jutro będzie historyjka o pani w średnim wieku, która postanowiła poudawać pasikonika. ale to jutro. dziś nie ma casu, krucabomba.

czwartek, 21 lipca 2016

mistrz


ja to jednak jezdę miszczę. zapomniałam złożyć papierów dziecka do gim. może zastosowałam działania wyprzedzające z nadzieją, że posiedzi jeszcze trochie w podstawówce?

poszłam więc do gim nierejonowego z nadzieją, że zrobię na dyrekcji wrażenie i przyjmie MOJE dziecko w drodze WIELKIEGO WYJĄTKU.
usłyszałam panią sekretarkę tłumaczącą przez telefon dzwoniącej akurat pani adwokat, że dyrekcja objawi się [uwaga!] pierwszego września. bo przecież ma urlop. w tajemnicy usłyszałam, że nawet nie pozwala się łączyć z nauczycielkami. kiedyś trzeba przecież odpocząć.
ja wiem, dwadzieścia lat już w szkole nie pracuję. ale tak szybko zaszły zmiany?

mówiłam, że Tatuś się żeni?
przychodzi kumpel i mówi, że jego matka wychodzi za mąż. obśmialiśmy się jak norki, a za dwa dni gruchnęła wieść, że Tatuś mój również.
dowiedziałam się o tym od M. ciekawe, czy dowiedziałabym się od samego zainteresowanego, gdyby nie to, że poprosił mnie o świadkowanie. tiaaaa, czy to aby nie bezczelność? mam być świadkiem jego ślubu z Makolągwą, dzięki której wyprowadził się był 30 lat temu od Mamusi?! ale przecież jestem najbliższą Mu osobą... świadkiem Makolągwy został M.
a wszystko po to, żebym mogła odziedziczyć WIELKI MAJĄTEK, na który mamy dać Mu kasę. w dodatku najpierw muszę wykończyć jej siostry, bo pasierbice są dopiero w III grupie.
no taki porąbany świat mi zafundował Rodzic.

zaczynam wierzyć w pamięć pokoleń. i komórek. tych organicznych znaczy, bo tym drugim nie dowierzam.

no dobra, idę szukać kiecki. albo może w adidasach pójść? na znak protestu? ja to jednak nie mam jaj. nie to, co ciotka Oli Radomiak - Regina.


niedziela, 17 lipca 2016

zdarzenia dobre i złe



do Gdańska mi się zachciało. tak od maja się wybieram. ciągle coś wyskakuje i nie ma jak aż tu wreszcie szansa latem. matko, no w morzu się wreszcie wykąpię?!!! no to jadę. poumawiałam się, odebrałam od znajomych klucze do nadmorskiej fortecy i już...

sobotni telefon, że ciotka, że brzuch, że karetkę może...

jadę do ciotki. no brzuch z prawej strony boli, ale wczoraj bolał z lewej. i nie boli bardziej jak puszczam, bo właściwie nawet wcisnąć nie mogę. daję no-spę i czekamy. przyjeżdża siostra i wzywa karetkę: "osoba nie może nie się przekręcić". hm...

moja teoria o ataku kamieni okazuje się mitem, w niedzielę jest już po operacji. woreczek z rozlaniem do otrzewnej. kurde.

dobra. zawieźć do szpitala, odebrać to ok, ale odwiedziny w moim wykonaniu nie wchodzą w grę. kiedyś udało mi się zostawić M. na dwa tygodnie samopas. wtedy wreszcie się stęsknił. więc postanawiam jednak jechać. czas tyka. w sobotę muszę się wynieść, bo nastąpi zmiana turnusu i zjawią się właściciele.

i już był w ogródku... gdy M. mówi, że właśnie mu się pomyliło, ale to jednak w TYM tygodniu nie ma dzieciaków siostry u Babci i Babcia ma wolne i żeby jej nie przeszkadzać. i co teraz? ale się jednak z Babcią umówił i mogą pojechać zrywać czereśnie [które okazały się wiśniami] na dwa dni. na trzeci dzień weźmie wolne, bo trzeba odebrać dziecko z kolonii, a na czwarty dzień zjedzie druga Babcia, czyli moja matka. he he, już widzę te uradowane buźki chłopaków...

w międzyczasie okazują się dwie rzeczy. dziecko na kolonii ma być do piątku, nie czwartku, więc nie ma po co brać wolnego, a kolonie owe toczą się pięćset metrów w linii prostej od mej nadmorskiej twierdzy. więc mam sierotę odebrać przed odjazdem i zabrać na zwiedzanie gdańskiej starówki, bo nie ma jej kto w stolycy wysadzić z autokaru.

niech be. wtorek odsiedziałam radośnie w samotności [przecież byli na wiśniach] i w środę zdecydowałam, że jadę, bo przecież jakoś te cholerne klucze do nadmorskiej twierdzy mam zostawić wewnątrz. czyli że jadę zawieźć klucze, skoro już się umówiłam. plan B przewidywał wysłanie kluczy pocztą/kurierem, ale jakoś mnie nie przekonał.

będzie długo, bo to dopiero wyjazd. kulminacja nastąpi w drodze powrotnej.


autostradą bez kłopotu, do tunelu trafiłam - cudem znalazłam walającą się po aucie mapę Gdańska od poprzedniego wyjazdu. dziecko odwiedziłam i zapowiedziałam, że zabiorę je w piątek po śniadaniu - obym zdążyła wstać. oglądam kiczowaty zachód słońca.


czwartek. zauważam brak ładowarki do laptoka. karta z internetem nie działa z moim modemem [pytałam, czy wzięłam dobry, ten biały z niebieskim paskiem, no pytałam przecież]. tajemnicza nazwa blueconnect nie dała mi do myślenia, że to stary system jeszcze z czasów Ery. więc jezdem odcięta od świata. uff, mam chociaż radio. już o trzeciej postanawiam wyjść na ten deszcz [deszcz nad morzem!!!] i pojechać do Gdyni.

w UkochanymMoimMieście moknę strasznie. zjadam na plaży kluchy i nie chcą mi zapakować niedojedzonej reszty. kawa w porządku. plusem okazało się błądzenie po nadmorskich wzgórzach, o których nie miałam wcześniej pojęcia. wracając wpadam do maka posiedzieć na fejsie. tłum, ciasno, ale nic to. wielki świat. z powrotem muszę zatankować - na statoilu samoobsługa, więc jadę dalej, szukam shella. nos mnie nie zawodzi. pan na shellu miły bardzo mówi, że nie mam światła. ja na to, że pewnie wystarczy walnąć [deja vu z poprzedniej wizyty w Trójmieście], ale walenie nic nie daje. pan proponuje, żebym kupiła żarówkę za 25 zł, a on mi wymieni za dychę. ewentualnie za dwie dychy wymieni z żarówką. wybieram drugi wariant, ale nie mam gotówki. nie szkodzi, pani w kasie nabije mi to na kartę. hm...

wciąż jeszcze niczego nieświadoma zjeżdżam z głównej trójmiejskiej trasy na Zaspę. jadę ciągle w lewo, pamiętam, że nie ma prostej z Sopot, tylko ciągle w lewo i wciąż z zatkanym mózgiem dojeżdżam do giga-kałuży. bez zatrzymania biorę ją bokiem, po chodniczku, mijam porzucone w kałuży zderzaki i całe auta i powoli zaczyna do mnie trafiać, że one nie stoją tam dla przyjemności.


z nerwów zapominam skręcić w lewo, dojeżdżam do falowca i już wiem, że jest źle, zawracam i trafiam w... korek. wszyscy chcą skręcić w to lewo, czyli z tej strony to będzie prawo, ale do skrzyżowania jeszcze jakieś 500m - widzę dobrze, bo ulica biegnie łukiem. nie, ja będę sprytniejsza, zawracam ponownie, ominę falowiec i dojadę z drugiej strony. nie doceniłam siły ronda. po dziesięciu minutach spędzonych na stojącym rondzie zauważam wreszcie, że słynna Aleja Rzeczpospolitej STOI. nie porusza się wcale. z prawego pasa elegancko zawracam na rondzie z powrotem - jakoś odstoję te 500 m. po drodze część aut skręca sprytnie w prawo, skręcam i ja - może to jakiś skrót. no przecież rok temu nim jechałam - fajny był. tylko że teraz poruszamy się żółwim tempem. nie zauważam, że auta wracające to te same, które skręciły przede mną. otóż, dojeżdżamy do tak gigantycznej kałuży, że nie wiadomo, gdzie ulica, gdzie chodnik, gdzie trawka. bajoro szerokości 30 m nie daje szansy ogarnięcia topografii. niepyszna zawracam i ja. odstaję swoje do skrętu, który przegapiłam byłam pół godziny wcześniej i żółwim tempem dojeżdżam do twierdzy, intensywnie zastanawiając się, co zastanę w garażu na poziomie -1.

słusznie. w garażu wody do połowy łydki. moje miejsce jako ostatnie prawie suche, ale do windy suchą nogą nie dotrę. poza tym wciąż pada i co będzie jutro? wyjeżdżam z głupią nadzieją, że znajdę miejsce na górze. o dziwo!!! - znajduję. idę w deszczu do domu. jest wpół do jedenastej. w zacisznym mieszkanku znajduję SMS z godziny 19 z pytaniem, czy właściciele mogliby przyjechać już dziś, bo u nich na jachcie pada. pytam grzecznie, co ugotować, ale ochota odeszła im w międzyczasie i zostali. ufff... piszę, że i tak windy nie działają, więc może to i dobrze.


rano zdążam, znajduję ładowarkę, odbieram dziecię i zabieram na wycieczkę do Sopot rowerem Wigry 3 i Jamisem. gdyby nie spadający łańcuch, wybrałabym Wigry ze względu na ergonomię. to naprawdę niezły sprzęt. nawet jeśli nie do końca złożony.


w drodze powrotnej kąpiel w morzu [niestety nie moja], rybka z kurczakiem i obleśna kawa. [może ta wczorajsza jednak była dobra?]. półgodzinna drzemka i gdańska starówka. okazuje się, że mój pęcherz nie przeżył piątej wycieczki na bosaka do garażu [tam były rowery, a garaż zaczął wysychać, gorzej z klatką schodową i pionem windy] i domaga się furaginu. na szczęście apteki na Długim Targu czynne.

Dziecko zasnęło w pięć minut.

kulminacja


Leniwe śniadanie. Sprzątanie. Pakowanie. Kluczy zostawianie. Ostatnia wizyta na plaży - zasnęłam. Bez obiadu [a już trzecia] ruszamy. Elegancko wyjeżdżam na południe, trafiam na autostradę, kupując wcześniej zapiekanki na stacji statoil albo jakiejś innej, wjeżdżam na A1 i... staję w korku. po pół godzinie i czterech kilometrach widzę zjazd na 91 na Łódź. Mapa moja się skończyła, telefon na guziczki - nie wiem, gdzie jestem. ale kompas pokazuje na południe.
tak zaczyna się łańcuch miłych zdarzeń, prowadzących do tragedii.
M. twierdzi, że nie wiem, gdzie jestem i żebym wracała na A1 [prorok czy co?]. straszy mnie przejazdem przez Toruń. w radiu Gdańsk słyszę, że dziś jest zmiana turnusów i są korki do bramek, ale jeszcze gorsze są te w Toruniu - 1h40 stania. postanawiam ominąć płatną autostradę i wjechać na nią za bramkami. już o szóstej z kawałkiem jestem w Toruniu. sikamy, kupujemy wodę, jedziemy dalej z M. na linii, żeby dobrze wyjechać. M. mówi, że przed Włocławkiem korek na A1 na dwie godziny - chyba wypadek. radzi wracać 10. a jeszcze lepiej zwiedzić Toruń. zabieram dziecię pod pretekstem lodów do miasta i rzeczywiście obie się wyluzowujemy. wpełzamy na wieżę, to znaczy ona wbiega, robię tysiąc ujęć zachodzącego słońca, jemy lody, obgadujemy ludzi i o 9 wsiadamy do auta, którego jakoś nikt nie zholował [jak to się pisze?!].


jedziemy jednak 10., kłócimy się o radio, gadamy o pierdołach, wyśmiewamy Justina Biebera, powoli zapada zmrok. jadę w kolejce, nie szaleję, nie da się, bo co zapnę 90, to ograniczenie do 70 albo podwójna ciągła. czyli jadę jak wszyscy. dobra, nie przed wszystkimi pasami zwalniam do 50, przyznaję, ale nikt tak drastycznie nie zwalnia. czasem odpadam, bo się zapominam, żeby trzymać te 90, córcia wreszcie postanawia się wyłączyć, to znaczy śmiejemy się, że jej pozwalam, bo przedtem kazałam jej ze mną gadać, ona przykrywa się kocem i dokładnie w tej chwili słyszę ŁUP!!! histerycznie się wydzieram, że zabiłam człowieka, córcia w strachu, przelatuje mi myśl, że nikogo nie ma i żeby... hamuję. biegnę z powrotem. ciemno jak w dupie. jest. leży. zarośnięty. śmierdzący. dziad. rusza się. coś mamrocze. ŻYJE!!! ryczę jak zarzynany wół, wybieram 112, macham do nadjeżdżających aut. zatrzymują się. nie wiem, gdzie jestem. ciemno. na szczęście są już ludzie. wreszcie jakiś przytomny człowiek sprawdza, który to kilometr drogi. podaję swoje dane jako sprawcy. oczyma duszy widzę się w areszcie. wracam do auta, przytulam, mówię, że dziad żyje, dziecię w szoku. a raczej w stuporze. brak kontaktu. ubieram się, bo z nerwów mi lodowato, wracam do dziada, cyganię fajka. ktoś mnie głaszcze, ktoś mi każe wracać do dziecka. zaczynam wracać - jedzie policja. zostaję. kiedy go pani zauważyła? wcale. usłyszałam. jakie są uszkodzenia na pojeździe? nie mam pojęcia. dokumenty! znowu zaczynam wracać. jedzie karetka. zostaję. zbierają go. złamana ręka. strzykawka, smoczek, but. wreszcie wracam. dziecię w stuporze. pytam, czy przytulać. nie. idę do radiowozu. słyszę: "sprawcą jest pieszy, który nie korzystał z chodnika, szedł niewłaściwą stroną drogi, nie miał odblasków". nogi mam jak z waty. dzwonię do M., że szybko nie wrócę. ale dalej czynności toczą się szybko. panowie spisują i życzą szerokiej drogi. a mnie zostaje widok twarzy pana Bogdana wyryty rylcem adrenaliny w zwojach szarych komórek. 

dziecko nie odzywa się do samego domu. na szczęście rano jest już ok. nawet życzy sobie pojechać ze wszystkimi do babci.

a mnie się miele w mózgu wciąż od nowa. i na pewno jeszcze długo się pomiele. szukam pozytywu: dziada przynajmniej umyją, nakarmią. nikt go nie zabił, a mógł się wtoczyć na środek jezdni. miękki był, nie ma uszkodzeń wewnętrznych. ale czemu wszedł akurat na mnie?

dlatego kocham autostrady. nawet te płatne.




piątek, 8 lipca 2016

dzień podobny do dnia


nauczyłam się żyć tak, by piękny wydawał się świat...

no niezupełnie, choć brzydoty niewiele. chyba że zaliczymy do niej dwie ostre kłótnie. pierwsza o śmietanę, druga o zaprzestanie zdań zaczynających się od "powinnaś, córeczko"...

a potem? potem było rodzinnie. bezpiecznie. obiad. rower. grzeczne dzieci. ping-pong. dron [no z dronem było gorzej, bo niby się popsuł, a to przyczynek do dwugodzinnego wniebogłosowego wycia]. no, ale to element tejże rodzinności. nawet pies był rodzinny i zajął się pół godziny wygryzaniem oczu lewkowi.

zakończyłam swój udział w serialu [nie serial, bo grand finale trafił się komu innemu]. w tzw. międzyczasie zadzwoniła szefowa, a ja ze strachu źle ją słyszałam [w ogóle ten telefon ma dziwny pogłos] i dociera do mnie "urząd schabowy". i że ma "coś wstrzymać". myślę sobie, że koniec ze mną, i że kolejna stacja obraziła się na moje wspaniałe usługi. a to US zajął mi wypłaty za mandat. no mandat. na nędzne dwie stówy [drogie te obiadki z B.]. no ja pierdziu. a tych mandatów jeszcze tu parę leży w pudełeczku...

zaprzestałam treningów wdzięczności [w końcu wakacje mamy] i od razu jakaś podenerwowana chodzę. niby nic, a jak wystrzeliwam!

rowerowo z pieskiem. naprawdę chudnie. czy jest endomondo dla piesków? może mu założę konto na FB? tylko jak mu lata liczyć? bo jak normalnie, to ma dopiero 12, a fb od 13...

mąż w domu. wygoniłam go do naszej stajni augiasza. nawet poszedł. ale zaczął znosić do domu moje skarby, z którymi za cholerę nie mogę się świadomie rozstać. w dupie mam minimalizm. wydawało mi się, że jak zaczniemy porządkować stajnięaugiasza, to życie jakoś nam się poprawi. a tu gówno. tylko co kartofel, to decyzja.

no tak. nato. rzeczywiście coś jest na rzeczy, bo latają. wiem, bo mieszkam pod korytarzem nalotów na miasto stołeczne. latali trójkami [kiedyś nauczę się odróżniać, tak samo jak ptaki zresztą]. a na koniec awacs. jeśli hałas jest miarą podziwu, to chylę czapkę ku ziemi.


gimnazja ucichły, bo nastąpił kolejny atak na TK. sam prezydent świata wyraził dezprobatę, bo akurat wpadł po sąsiedzku [na stadion] z gospodarczą wizytą. hehe.

mam chwilowo wigry 3. kto pamięta?

ach, no i artykuł pani Marty. stary, lecz jakże jary... czemu karmimy czarnego luda? wiem, znam odpowiedź. bo jest nas mniej. we własnym domu jestem 20-procentową mniejszością. chyba że doliczę psa. on jest na pewno ateistą.