środa, 28 września 2016

wrzesień niemal minął niezauważalnie


takie znalazłam zdjęcie. myślicie, że prawdziwe?



przerwa w pracy pozwala spojrzeć na świat z innej strony. przeczytać parę książek. pooglądać trochę filmów. przesiąść się z roweru na kijki. ponarzekać na zmiany. te dobre też. w czarnym proteście wziąć udział albo i nie. trafić przypadkiem na marsz kodu. pograć w ping-ponga na nowym świecie. szukać się w telewizji. pójść na randkę z mężem. przeżyć z nim miesiąc pod jednym dachem na zwolnieniu pooperacyjnym. poszukać dokumentów, których się nie chce szukać. nie pogodzić się z ojcem, który kazał spierdalać, a teraz udaje, że nic.... pójść do fryzjera i spotkać tam B., poszukać taśm odblaskowych na allegrosie, odwiedzić sąsiada. zjawić się w teatrze i usadzić Walę. spóźnić się na spektakl parabucha, wyrobić kartę miejską, a w tym celu zrobić zdjęcia dwojgu dzieciom, a przy okazji kupić ciuchy w croppie. spotkać się z AŻ. zepsuć nowonabytego tamrona. oddać pacifikę do elektryka [bo jestem aniołem i nie świecą mi się stopy]...
nie pozwoliła jednak zjawić się na żadnej próbie w parabuchu. zrobić porządków. pomalować stołu ani paznokci u nóg. wyciąć małemu migdała.

polecono artystów. serial taki. nie wiem... filmy o teatrze chyba z założenia bywają nudne. w sumie teatr jednym wielkim oczekiwaniem jest.

no i że strajk kobiet. ma być. strajk, który polega na wzięciu dnia wolnego. to dlatego mi się francja śniła...?

czwartek, 22 września 2016

less and less to say

is it because of the summer end?
because of the boredom of everyday chores [which i keep trying to avoid]?
or it's just because it happens to much?

anyway
I drove M. to hospital again just three weeks after the surgery because of over 40 degrees fever.
I keep having these strange mussle pains. once it was thighs, now it the sides...
I pretty much feel I'm alive although it's feels closer to being dead. perhaps not. dunno.

kids at their amplitude of totally annoying to awfully gentle, anyway brave and self-efficient. except for maths which i keep doing for them instead of explaining.

anyone can help? what is the purpose of giving homework which took ME 40 minutes to do? except of deepening great hatred for maths?

black protest is around. nothing more supportive than returning legislation from 100 years ago. the backward creep, no, not creep, joyful jog - I'd say - is getting its speed. first the tribunal back to PRL, then school system back to PRL, now abortion rights back to the 20s. will we get the monarchy? or slavory?

is it just a spleen or fin de monde? there was the full moon:


hope to get back to the piano playing...

wtorek, 13 września 2016

problemy ludzi wychodzą na zebraniu sołeckim

Ha! Miałam dziś niewątpliwą radochę uczestniczyć w zebraniu sołeckim. W dodatku u nie swojego sołtysa. Wysłano mnie na przeszpiegi.
Powód nieistotny, liczy się efekt.
Z całej WSI, w której stoją zresztą bloki, zgadnijcie, ile osób przyszło. No proszę, słucham. Ile? Aha, ile ma wieś? Otóż wieś liczy [po godzinie czytania internetu wiem] ponad tysiąc sto osób. Ponawiam pytanie - ile osób przyszło? Tak, dwadzieścia jeden. Dwadzieścia, kurwa, osób przyszło na tajne zebranie z wójtem, sołtysem i radnym.
Pytanie kolejne - kto siedzi w pierwszym rzędzie i zabiera głos? Tak, ci co płacą podatki gdzie indziej, czyli de facto jednostki napływowe, które jeszcze krakać się naumiały i sądzą, że świat wiejski na zebraniu zmienią. Wójt zorientował się od razu i śmiało spytał, gdzie owe jednostki odprowadzają daninę. Tiaaa...
Po wszystkich znanych sprawach budowania sali gimnastycznej, chodnika i kanalizacji [o których trąbią, więc nihil novi] przyszła część na kłopoty ludu.
Leśne dziadki poskarżyły się na ławki, które ukradziono, na parkowanie aut pracowników jednostki na terenie osiedla, na krzywą sosnę, a jedyna reprezentantka młodej części społeczeństwa, czyli matka dzieciom zapłakała nad losem progenitury, która z placu zabaw wraca upierniczona kocią kupą. KOCIĄ KUPĄ. No proszę państwa, czemu dokarmiamy te rozmnażające się koty?! Otóż temu, że gmina ma takie zadanie. DOKARMIAĆ KOTY.
Podsumowując, w dość beztroskim kraju żyjemy, dobrze nam się powodzi, a największą pogardą chełpią się złodzieje ławek.

piątek, 9 września 2016

było sobie drzewo

wprosiłam się na dożynkowego wieńca plecenie. pojechałam. zorganizowałam. szczegóły pomijam. po drodze wiwisekcję odbyłam. wczoraj karty, a dziś baterii zapomniałam. nie szkodzi. wszystko pryszcz.

właścicielka działki ma czworo dzieci. troje z nich było z nami, dwoje w wieku podstawówkowym. jedno znam z autopsji - łatwe nie jest.
latają te dzieci, fruwają, ja się wyżywam z aparatem - widzę tylko tyle, co przez dziurkę, gdy nagle kątem oka spostrzegam coś dziwnego. pytam grzecznie, co dziecię [najmłodsze] robi i uzyskuję odpowiedź, że drzewo piłuje.
udaję się wcale nie rączym krokiem, jeno wyważonym, spokojnym, zupełnie jak nowa JA i szepczę matce szalonej progenitury, że dziecko ścina drzewo. dodam, że nie świeżą jabłonkę, jeno trzydziestoletnią sosnę.
matka bez mrugnięcia okiem rzecze: tak, oni tak robią.
aha - mówię - żartujecie.
nie, ścinamy tu czasem drzewa.
jak gdyby nigdy nic pogrążamy się w rozmowie okraszonej pyszną szarlotką, gdy nagle za naszymi plecami przejeżdża pociąg towarowy i drzewo piętnastoconajmniejmetrowe wali się na ziemię.
ściął je dziewięciolatek.
gdyby któreś z nas tamtędy przechodziło, to co? nawet niechby mój pies?

ale to ja jestem nienormalna, bo nawrzeszczałam na piętnastolatka, że umawia się, że dojdzie do mnie jadącej po niego, a stoi i czeka pod szkołą. robi tak notorycznie, bo mu się nie chce chodzić. mnie próbuje przekonać, że ma inny tok rozumowania.

nienormalnie pozdrawiam -

czwartek, 8 września 2016

pobudka


w środku nocy zadzwonił telefon. a dokładniej o 8.03. jako że nie jem przed dziesiątą, a śniadam tuż po wstaniu, pora zaiste nieodpowiednia do podejmowania decyzji.
tak czy siak zgodziłam się.
za dwadzieścia minut A. trąbiła pod domem.
najpierw bazarek. przegoniła mnie do bankomatu, potem w kółko warzywnej części. już na wstępie objuczyłam się zdechłą kurą i kalafiorem z brokułą [a może brokułem - nie wiem, nie zaglądałam mu]. do tego kilo mąki, płatki ryżowe, jabłka, śliwki i po chwili jak juczne prosię - a może osioł? nie, raczej oślica - biegłam do auta, w którym została moja Myszka w 27-stopniowym upale. tak, okno zostawiłam otwarte, parkowałyśmy w cieniu.

potem zabrałyśmy właścicielkę działki z jej psem i wyruszyłyśmy na śniadanie i poranną kawę [za dwie godziny wrócimy] pod serock.

było WARTO!!! działka jak marzenie. porośnięta warszawianką i rzadkim lasem, przetykana poziomkami, malinami, jabłoniami. zarośnięty wychodek. domek na drzewie, hamak, błękitny stół.

a że wczoraj nabyłam nowy obiektyw, to z miejsca wyciągnęłam aparat i zaczęłam szaleć. szalałam tak ze dwie godziny, gdy wreszcie zorientowałam, że nie mam karty.

plus tego jest taki, że wprosiłam się na jutro na robienie wieńca dożynkowego. mam nadzieję, że sobie odbiję.

kończę, bo idę do nowego teatru...



poniedziałek, 5 września 2016

przyszło znajomych wielu

jak to miło, gdy tylu znajomych pojawia się w niedzielny wieczór na widowni tylko po to, żeby na ciebie przez chwilę popatrzeć... a każdy z innej przybywa bajki...
a ty nie możesz z nimi iść się napić, bo
1. musisz posprzątać po spektaklu
2. spakować się
3. spotkać się z grupą [której jutro masz zamiar powiedzieć o swoim odejściu]
4. wrócić do domu autem...
wracasz więc do pogrążonego we śnie domu z niepozmywanymi naczyniami po nijakim siedzeniu nad sokiem pomarańczowym i wciąż nie wiesz, czy dla takich chwil warto raz w tygodniu przez trzy godziny pić herbatę i poskramiać własne skłonności przywódcze i ograniczać emanującą z ciebie zbyt silną energię. czy warto słuchać o durkach, aksamitach i innych lokalnych osobistościach, czy warto siedzieć na zapleczu i czytać nikomu niepodobające się scenariusze. czy warto łożyć w znajomych, którzy zostawiają cię w knajpie, gdy płacisz, którzy nie wyjdą z tobą na fajka, choćby po to, żeby zapytać, czy wszystko gra.
bo jeśli nie warto, to trzeba zaczynać od początku, szukać, przeżywać pierwsze spotkania, docierać się, przywykać.
lub zgnuśnieć.

SS dziś 20 w BieguPrzezMost, a 74 w ogóle mimo słabszego czasu - 44.04.


niedziela, 4 września 2016

a dziś...


a dziś pojechaliśmy na BiegprzezMost, który jest jutro...

a M. odzyskuje siły po surgery i jest w niezłej formie, nawet imprezę u cioci na imieninach wytrwał.

a na bazarku dziś mi baba wcisnęła pierogi za dychę - urzekła mnie tym, że ponoć lepiła je do pierwszej w nocy. niedobre.
i leginsy nabyłam do ostatniego spektaklu - 18 złotych, bo dwa lata leżały. czyli że kupiłam zleżałe... inwestycja po zakupie 3 m białej podszewki wzrosła do pięciu dych. znaczna poprawa po poprzednim przedstawieniu, w które włożyłam o wiele więcej, choćby w same peruki i strój lokaja, który odesłałam, a kasy nie dostałam.

i Zołza jutro. i to wcale nie ja jestem zołzą. i to ostatnie niewymyślne w formie spotkanie... jak to im powiedzieć?

i najchybatrudniejszy okres za mną. że niby półsierotą zostałam... czy jakoś tak...

a w środę, a w środę tośmy pojechali do maka, ale bez karty płatniczej.

a w piątek tośmy znaleźli kartę płatniczą, zagubioną dzień wcześniej przez SS w sklepie na rondzie. i pani za pultem powiedziała, że nie ma, a druga posłyszała coś była i spytała o co kaman, i okazało się, że wie, gdzie jest karta.
i pijak leżał w krzakach. i córcia zadzwoniła, że on leży i co ma robić, jak byłam w mieście z SS. a SS na to, że ma zdjęcie tego pana. a jakeśmy wracali, to mijaliśmy straż miejską na rondzie i już było jasne, że jadą po tego pana. i musiało tak być, bo potem już pana nie było. a przecież jechaliśmy szukać tej karty, więc nie wiemy jako to się dokładnie odbyło.

a i w środę, i w czwartek kazałam dzieciom grać w wodzie w piłkę, żeby zdjęcie do kalendarza gminy zrobić, i jak wróciłam do domu, to wszystkie były do dupy. w oba dni do dupy.

a, no i pomidory przypaliłam. sos robiłam. na zimę. 10 kg. trzy dni gotowałam. i teraz śmierdzi.




czwartek, 1 września 2016

z pamiętnika nastolatka

SS: - Muszę urosnąć do metra osiemdziesięciu. Jak nie urosnę, to wezmę se leki.
R: - Weź se leki na rośnięcie mózgu.
SS: - Co z tego, że będę miał duży, skoro nadal pusty?

---

SS. próbuje walnąć osę.
R: - Zostaw ją, może ona dzieci ma i musi je wykarmić.
SS: - Osy nie karmią dzieci.
R: - Już ledwo lata. A jakbyś ty musiał latać i zmagać się z takim wiatrem?
SS: - Tak jak Franek*?

------
*Franek, młodszy brat SS., który ciągle opowiada jak się strasznie zmaga z życiem.  
 

z pamiętnika nastolatka

SS: - Muszę urosnąć do metra osiemdziesięciu. Jak nie urosnę, to wezmę se leki.
R: - Weź se leki na rośnięcie mózgu.
SS: - Co z tego, że będę miał duży, skoro nadal pusty?

---

SS. próbuje walnąć osę.
R: - Zostaw ją, może ona dzieci ma i musi je wykarmić.
SS: - Osy nie karmią dzieci.
R: - Już ledwo lata. A jakbyś ty musiał latać i zmagać się z takim wiatrem?
SS: - Tak jak Franek*?

------
*Franek, młodszy brat SS., który ciągle opowiada jak się strasznie zmaga z życiem.