sobota, 29 października 2016

spacer


i znów te kijki stoją przy drzwiach bezrobotne. jak strasznie nie chce się iść dalej samej. jak bym się bała, że trudno będzie wrócić.

przez to spaceruję tylko do kanałku. przez to, że się Agnieszce nie chce z kijkami chodzić, no i przez kota. więc wracam znad tego kanałku, choć znad to na wyrost, bo już doń dojść nie można. zarosło. nic to, zdechnie przez zimę. się dojdzie wiosną. wracam i tak nagle patrzę, idę i patrzę... na siebie. i co ja widzę. widzę postać dość nieokreśloną, nie żeby pogrążoną w boleściach, że jak zwykle poprzedniego dnia nikt życzeń imieninowych nie złożył. nie to.
więc ona - ta postać, czyli że niby ja, kroki stawia, wysoko nogi zadzierając, obuta w kaloszki z gdańskiej powodzi, zakuta w kurtkę z kerfura za 70 zł, co nie ma wewnętrznych kieszeni i przez to do niczego się nie nadaje i przyodziana czapką z daszkiem. A ta czapka z daszkiem z kolei, przykryta jest polipropylenowym kapeluszem. nie to, że przy plus dziesięciu czapka nie wystarcza. [rano nie wystarczyła - była inna, ta mała, ot, taki czepek degola, i przez nią z gilem do pasa wróciłam, zakichana na śmierć]. nie to, ona, ta czapka, zdążyła była zmoknąć, gdym się nieopatrznie bez parapluja wybrała. wróciwszy więc złapałam też i kapilinder, by czapka na amen deszczem nie przemokła. w dłoni wciągniętej w rękaw - z braku rękawiczek - trzyma ta postać, czyli ja, uchwyt parasolki. gdy ciągnę go mocno do dołu, to kolorowa czasza zapiera się o mój kark i tym sposobem przyrząd się nie zamyka. nie ma ci on tego fiutka, gdy sprawia, że parasol utrzymuje pozycję otwartą. mój nie utrzymuje. choć kiedyś utrzymywał. ale wtedy go nie używałam. a szkoda. bo ładny. bardzo nawet ładny. taki jak chciałam. kolorowy. na urodziny dostałam. od przyjaciółek wtedy. tak wtedy myślałam. [nieprawda, że nikt życzeń nie złożył - jedna z tych wtedy przyjaciółek zadzwoniła...]. tak czy siak parapluja od nich dostałam. w końcu ile można prezenty wymyślać. więc ten parasol to było coś. nie miałam serca go wyrzucić. teraz też nie mam, choć one już z wnętrza mojego odeszły. i w niepamięci też się powoli rozmywają.
brnę przez krzaki i chaszcze nieskoszonej drogi dokanałkowej. za mną pies. piesek właściwie. piesiunio. pies jest czarny. niedowidzi. gorzej, że ja też go czarną nocą niedowidzę. stąd na jego piersi dumnie błyszczy ledowa latareczka przywiązana do beznadziejnych szelek jakiejś marki wstążeczką z tuniki czy sweterka unisono. jak on dumnie chodzi, gdy drogę mu własna pierś oświetla.
najpierw to świecił do góry. właściwie wtedy to mnie tylko oślepiał. owszem, nie dało się psa zgubić, ale po oczach latarnia dawała tak, że sama drogi nie widziałam. ale te szelki, te markowe szelki, co kupiłam, po długotrwałych poszukiwaniach internetowych, chciały mi mojego piesiunia udusić. zamierzyły się już na jego krtań, gdy tylko zapomniałam ich byłam zdjąć po spacerowaniu w ciemnościach. rzuciły mu się do gardła. ledwo go uwolniłam. od tamtej pory zapinam mu je do góry nogami, czy tą częścią podbrzuszną na karku. dzięki temu pies świeci do przodu.
za nami zaś czai się w ciemnościach bały kocur. wielki, męski, ale obecnie nieco skołtuniony. złachmaniały. a kołnierz nie dodaje mu kotowatości. kołnierzem, który zabezpieczać go miał przed lizaniem tylnej, wygryzionej łapy, zbiera wszystkie trawy i nasiona i dzielnie przynosi ździebełka do domu. łapę wygryzło mu coś większego. ponoć kuna. może? dalej poszło jak z płatka - najpierw wylizał sobie tam sierść, potem skórę i już by się dolizał do kości, gdyby nie interwencja dzielnego pana G., który postanowił wyleczyć ranne zwierzę za pomocą kołnierza. wprawdzie kotek mimo plastikowej przeszkody językiem do rany dosięga, za to czuje się w nim bardziej chory. tak bardziej ofiarą. gdy tylko kołnierz mu na chwilę zdjęłam, od razu wyzdrowiał i kazał się puszczać na ląfry. właściwie to on nawet w plastikowym rynsztunku o niczym innym nie mówi, jeno tylko to, że musi koniecznie wyjść, inaczej narobi mi tam, gdzie nie chcę. ponieważ miauczące prośby nie doczekują się spełnienia, kot swe groźby realizuje przed łóżkiem, na mięciutkiej wykładzince.

tak to brniemy przez deszczowy październik: ja z zepsutą parasolką, pies z latarką i kot w kołnierzu.


poniedziałek, 24 października 2016

tidying and wkurw

i've finally learnt why i hate tidying so much. because i am too careful. i pay attention to small details and all things must have their places. they just cannot be thrown together to the drawer. that's reserved for emergency cleaning: "guests are coming".
that's why i prefer to stay in a mess and leave things for later to put them aside. as i never do it, the chaos overwhelms.
i was tidying bathroom for the whole day - stupid, isn't it?

i've found two unpacked dresses i forgot about. was to send them back, but didn't. does it mean the beginning of a kind of sickness? perhaps.

want to buy a flat in Gdynia. found one. the one i wanted. like the banner was waiting for ME. the owner is here in Warsaw. too expensive of course.

fb keeps posting ads on my wall. will it be enough to put me off?

watched a shortfilm [how do you call filmiki?] with animals saved by people. after being crushed with the news on another black protest, it keeps me from drowning.

ok, perhaps it's time to give a word.

owszem, przestał ten temat być mi obojętny. kiedyś był. sądziłam, że każdy/każda kobieta ma prawo zdecydować, czy jest gotowa na dziecko. teraz nie jestem już taka pewna. 12 tygodni to bardzo krótki czas, żeby podjąć decyzję, której konsekwencje będzie się ponosić całe życie. muzułmanie dają na to 40 dni. stąd te 40 dni na odejście duszy po śmierci. sprytne.
ostatni osiągnięty kompromis, który przecież ograniczył pewną dowolność, wydał mi się ograniczający, ale przecież wówczas mnie już nie dotyczył. teraz też mnie niewiele rusza [jedynie przyszłość C. przecież nie będę jej, do cholery, wozić do Holandii]. choć tym razem to nie moja broszka, to mierzi mnie przywracanie średniowiecznej filozofii. wkurza przyznawanie większych praw rozrośniętej komórce. wkurwia zaś skazywanie na horror życia z osobą, która nigdy nie uzyska samodzielności, a tym bardziej z taką, z którą nie ma kontaktu intelektualnego. wkurwia mnie również zesłanie kobiety na życie z owocem traumatycznego zdarzenia [tak, można oddać do adopcji, ale to też jest trauma].
wkurwienie i złość na władców i władyków nie są jednak dla mnie porównywalne z niesmakiem, jaki wywołują obleśne komentarze oraz nerwowe zachowanie środowisk feministycznych. nie poszłam na czarny protest. nie poszłam, bo zobaczyłam filmiki z pierwszej, porannej fazy manifestacji. nigdy nie słyszałam tylu agresywnych słów. tylu obraźliwych haseł. tylu obleśnych okrzyków.
nie wiem, może tak trzeba.

ale ja poczekam cichutko w kąciku na zmianę króla. tym razem lepszą.
trudno.


sobota, 22 października 2016

teatr na siłę


zabrałam progeniturę do teatru. na siłę. pod groźbą mycia okien. starszemu się spodobało. młodszy wrócił w stanie nieodzywającym się [co w sumie nas ucieszyło]. w sumie mógł nie pojąć, że Hela zaciążyła i dlatego Franio mógł się z nią ożenić.
średniej się upiekło z racji tajemniczej wycieczki [ponoć językowej].


ten cały fb bywa jak list w butelce. dostałam dziś odpowiedź od Gi, zaczepionego w marcu 2014 roku. potwierdził, że on to on...


day by day. nothing's really serious. może poza czarnymi protestami, ale i tak czuję wielką bezsilność. a outcoming p. Natalii P. nie polepszy sprawy. 


aha, kupuję pralkę. to jest dopiero przygoda. przy okazji znalazłam coś takiego jak odkurzacze pionowe. sokowirówki. małe denonki. rozkręcam się.
no i mieszkanie znalazłam. w gdyni. na bema 13. co robić, droga redakcjo?

poniedziałek, 17 października 2016

forget-it-not

made a trip to Danzig again :)))

not lazy:
- biking Brzeźno - Orłowo [and back] - WIGRY rules!
- biking Gdańsk forteca i Miasto Główne - JAMIS rules!
- cinema - Ostatnia rodzina
- concert - Pustki
- theatre - Mayday
- eating - fish at Orłowo molo
             - pizza at Mąka i Kawa in Gdynia
             - duck and pierogi [kurkowa soup first] at Villa Tradycja in Węsiory

biking retro Wigry is a kind of fun, taking that it has no inertion, so you keep pedalling even downwards.
the path from Sopot to Orłowo a bit risky but fun.
the big Jamis is the coolest bike ever.
biking in the pedestrian area is the worst idea ever. forgot the card for my camera and bought one for 80 zloties... [while they cost around 30], but was happy.

Ostatnia rodzina - was afraid to watch the last scene and true is awful. the movie is a little claustrophobic as our flats are. the stationery camera is a little dull, but no idea of the alternatives. the family crazy and socially incompatible. as all great people - not easy to live with.

Pustki. Indeed: vacuum. The road the contemporary music goes in not my way. However very interesting experience of visiting the neolinguistic faculty at Gdański University. Wish i could study again.

Mayday. Of course funny as all Cooney's plays. However something was not... anyway I was NOT convinced. The lacked the self-confidence that old actors have. Then I learned they were student actors...

fish - not bad, problems where to sit, so we didn't see the sea. anyway not cheap.

pizza - recommended in the web. Extremely tiny place which didn't compensate quite good taste.

duck - THE BEST DUCK EVER!!! THE BEST!!! And I am not the food fun.
Go and eat.



wtorek, 11 października 2016

po 30 latach

takie spotkanie odbyłam.
po tylu właśnie latach. a może nawet ciut więcej.

niby zagrało, niby buzi, niby miło, ale...
interes miał. nagrywał. film robił o dawnej klasie. nie mojej. równoległej.

nagrał i poszedł. zainteresowanie stracił.
rezyser...

a w sumie ciekawa postać. hrabiego gra. w słowackim serialu.

żeby córkę nazwać Ninel...?

co pamiętam z podstawówki...?
prace społeczne
makowskiego [czemu akurat jego?]
ciągnięcie za ucho na matmie za nieumienie tabliczki mnożenia - bolało
jak tomaszewska dyrygowała chórem [... i gwiaaaaazda]
i jej przezroczystą spódnicę
harcówkę
gabloty na II piętrze
popiersie załuskiego [załuski ma żółtaczkę. ma żółte oczy. - bo to się najpierw objawia w oczach - rzekła pani od przyrody]
[kochana, a gdzie tą szynkę rzucili? - szafa wybudziła się ze snu
[pani zosia z bibilioteki tu mydło parkuje]
materace z sali gimnastycznej
skok przez skrzynię
czarne oczy madeja
mądrość kosa
podpaskę ożarowskiej na boisku
szepty, że ciotka przyjechała
zieloną, jak zbladła, gdy zgubiła moje 50 zł
krany do gazu w pracowni chemicznej - nigdy nie działały
dekoracje ze styropianu w pracowni polonistycznej - miej serce i patrzaj w serce
piosenki radzieckie - my jediem, jediem, jediem...
[pani poprosi panią mechanik]
[to nie pan będzie tym kolumbem]
napis DUPA na boisku, do którego przyznałam się po skończeniu szkoły
czytałam LADY glenarvan
położyłam robaka ze śliwki na dzienniku - nikt mnie nie wydał
skróty od inicjałów - AN to był antyk
seksmisja - to jakie było to hasło? - kurwamać!
"otworzyć ci puszkę" na ścianie naszej klatki schodowej
wybory króla i królowej roku
dzień chłopaka 1 kwietnia

piątek, 7 października 2016

nie byt

wciąż się mogę pogodzić, że odeszło lato zamknięte kluczem ptaków, nie mogę wydłubać się spod ciepłej kołdry, nie mogę patrzeć na te biedne liście, złachane róże przed domem, mokre sikorki zaglądające mi rano do okien...
wkładam rękawiczki, pod kapelusz najchętniej wcisnęłabym czapkę, butów zimowych jeszcze nie wkładam, więc kombinuję codziennie co tu wdziać. szaruga za oknem, na którym deszcz maluje labirynty odurza, więc pogrążam się w niebycie i staram nie istnieć.

och, już nie wiem, może niech sypnie śniegiem, chociaż wszystko stanie się jasne. i stan nieletni, i jasność odśnieżna.

czas nad morze...

poniedziałek, 3 października 2016

nie poszłam

no wymówek tysiąc miałam...
źle mi, że nie poszłam.
co by ta moja kropla w tym zaczerniałym tłumie... nie przedarłaby się. tylko kropla byłaby kroplejsza, pełniejsza taka. a tak to nie jest.
więc spędziłam CAŁY dzień przed fejsem. i rzygam już tą czernią. bielą rzygam od dawna.
czarne - białe, karać - nie karać, leczyć - nie badać. pozamacicznie, prenatalnie, penitencjarnie,
z góry widać tylko parasolki [właśnie, kto pamięta "Czarny parasol" Bahdaja?].
pani radna sprawdzała obecność...
a jeszcze ta ECTA z rana...
może o to chodzi, żeby mętlik zasiać, żeby zaszczuć.
matko, a to ordo iuris brzmi jak ta sekta z kodu leonarda... no, opus dei. ciekawe, czy noszą jakieś fajne gadżety jak celice na przykład...
czarna mucha o biel lampy się obija...
kenia popiera polki. terlikowski jest passe i będzie się smażył. w piekle ponoć.

wiem, co myślę, ale mam dość. obrzydliwych transparentów. krzyków. gwałtów. paskudnych argumentów.


--------------
żeby to trzeci już raz człowieka uda bolały?

niedziela, 2 października 2016

puzzle dni ostatnich


ostatni września. 22 stopnie. stolica. aparat. M. na atropinie. pierwsze piwo po operacji. ludzie. dużo ludzi. samochody. autobusy i tramwaje. rozgardiasz. hałas. rusztowania. tymczasowość i trwałość. szybkość i chwila zatrzymania. piękno i brzydota. dużo słońca. urlop [ostatni dzień zwolnienia]...


obiad w atmosferze misia:


a kawa u czesia. foty brak.

***

proza życia - mycie okien:

lampa nad stołem:



i omal nie połknęłam ślimaka...


a wieczorem eleganckie ognisko starej harcerki:


tak że tak...