wtorek, 29 listopada 2016

teatr mój niezbyt widzę ogromny

policzyłam.
wrzesień - 5
październik - 4
listopad - czwarte
=============
13 spotkań. 13 trzygodzinnych spotkań. 13 trzygodzinnych spotkań, na których wybieramy scenariusz. no dobra, kłamię. na pierwszym próbowaliśmy starą sztukę.
aha, i od tego roku spotkania są nie trzygodzinne, a dwuipółgodzinne.

Итого: 30 godzin ględzenia, co zagramy w tym roku. przyznam, że mniej herbatkowego, ale może dlatego, że bywam tylko w środku spotkań.

trzy tygodnie temu ustalono: Przybora.
Balladyna
Mężczyzna do wzięcia
Wyprostek

tydzień temu mnie nie było.

dziś. zestaw jw. + Dama Jakaśtam. i że coś nie gra. od początku wiadomo, że nie gra. jak Balladynę ze współczesnymi grać?  mówię więc o Hamlecie [odkryłam po 30 latach, że jest Przybory]. wspaniale, cudownie, medal, uratowani. [dwa tygodnie temu wyrzucić chcieli]. teraz się uśmiechają. też się uśmiecham. ale mało.
Doris szuka w guglach Romeo i Julii. nie wpisuje Przybory. czyta coś innego. jedne mówią, że to Przybora, inne, że nie.

piana, bicie, bicie, piana, beza.

wychodzę.

poniedziałek, 28 listopada 2016

dzień jak co dzień

gdy pewnego dnia jedno dziecko pije na urodzinach koleżanki cydr, udając niewiniątko, drugie znika w niewiadomym kierunku i nie daje znaku życia przez kilka godzin, a trzecie wkręca babcię, że zdechł nasz ukochany pies...
a senior rodziny idzie do szpitala ze złośliwym rakiem nerki...

wtorek, 22 listopada 2016

pogrzeb po mazowiecku

w pewnej rodzinie odeszła stuletnia babcia. rodzinna rdzennie mazowiecka wyprawia pogrzeb jak się patrzy.
jeśli ktoś do tej pory uczestniczył tylko w pochówkach stolicznych, to może się zdziwić. tu nie chodzi o to, by zmówić paciorek i schować do grobu, o nie. tu chodzi o ulżenie duszom. i tej, co odeszła, i tym, co zostają. o pożegnanie chodzi. o celebrację. o śmierć jako część życia.
nad otwartą trumną odbywają się zdrowaśki. przez godzinę. rytmiczne powtarzanie modlitwy wpędza żałobników w trans. zaduch, przygaszone światło i rytm wzmagają nastrój odrealnienia, wysublimowanej ucieczki od świata, kontrolowanego szaleństwa.
czym to się różni od murzyńskich tańców obrzędowych? swoistą samokontrolą. czyli należy złapać pewien trans, jednak nie za bardzo. nikt wszak nie zaakceptuje lamentów ani sardonicznych tańców.
po godzinie frenetycznych modłów i spowiedzi w formie drive-in następuje msza. powiedzmy, że zwykła, zwyczajna [jedyną różnicę stanowił drugi ksiądz prowadzący, jak się okazało obaj byli katechetami w szkole, której dyrektoruje wnuczka zmarłej babci].
punkt kulminacyjny stanowi pożegnanie z ciałem - rodzina po kolei podchodzi do trumny i całuje zmarłą teściową/matkę/ciotkę/babcię/prababcię. serio.
gdy widziałam ostatni raz swoją babcię w stanie agonalnym w szpitalu, podłączoną do respiratora, który za nią oddychał, jestem pewna, że jej już tam nie było. pewna. zaraz potem przyszedł ksiądz i powiedział, że nie żyje. czy żyła, gdy ja u niej byłam? tak czy siak JEJ tam nie było. te magiczne 21 gramów uleciało. od tej chwili ciało niewiele mnie interesuje. to powłoka jeno.
kto z was by pocałował?
a nawet jeśli miałby taką ochotę - czy nie jest zbyt intymna sprawa, żeby składać taki hołd na oczach wszystkich zgromadzonych? zwłaszcza w tym mieście, gdzie każdy każdego ocenia? choć dowiedziałam się, że ciało ma przeżyć zmartwychwstanie. kiedyś. strasznie mnie to ciekawi jak. ale, dobra, niech zmartwychwstaje. za cholerę nie wiem po co.
potem to już było normalnie. na cmentarzu zaśpiewali, pochowali, ziemię rzucili i tyle.
i na stypie nie było wódki, więc wszyscy się nażarli i poszli.

niedziela, 20 listopada 2016

u lekarza z trójką dzieci

dzieci sportowe muszą co pół roku chodzić do lekarza sportowego. tak się składa, że nasz pan doktór ma uprawnienia, wystarczy zrobić dzień wcześniej siku i oddać krew, a na wizytę przyjść chwilę przed wyznaczoną godziną, żeby się zważyć, zmierzyć i zEKGować.
budzik budzi mnie ino świt o dziewiątej, żebym zdążyła zadzwonić i spytać na którą. okazuje się, że na 11. słyszę ruchy na schodach, a to najstarsze nie wyszło jeszcze było do szkoły. stwierdzam, że o tej porze już nie ma po co wychodzić. z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku się kładę ponownie i wtedy nade mną staje najmłodsze, które nie zdążyło na basen [choć później wydało się, że płatki jadło o 7]. tak czy siak wpół do jedenastej ruszamy do boju.
- pamiętaj o bankomacie, pamiętaj o bankomacie - powtarzam jak mantrę starszemu, żeby mi przypomniał.
parkuję jak cham [później dostaję opierdziel, bo pan od drukarek nie mógł podjechać bliżej], wpadam do gimnazjum, pytam, gdzie jest VIa. pani woźna posłusznie sprawdza numer sali Ia. wchodzę, dziecka nie widzę, ale twardo mówię, że zabieram. pani pyta, czyja to mama, wtedy córcia grzecznie podnosi rączynę. obie z panią od przyrody oddychamy z ulgą, że nie pomyliłam klasy.
córcia wychodzi i pyta, czy trzeba się będzie rozbierać. pocieszam ją, że starszy kiedyś poszedł do lekarza w dziurawych gaciach. na co dziecię nieśmiało rzecze:
- coś mi się przytrafiło.
- ale masz coś?
- nic. czerwono!!!
blednę. nic to. dopiero za pięć jedenasta.
parkuję pod Anną i... odbijam się od ściany! bankomat zniknął. wpadam do marketu, łapię pierwsze lepsze podpaski, szukam gaci - nie ma. płacę. zaglądam do kosmetyczno-kwiatowego. rajstopy takie, siakie, śmakie, gaci nie ma.
wypadam. jadę na sygnale do przychodni. do lekarza nikogo [ufff], do pielęgniarki - tłum. sadzam dzieci strategicznie - jedno pod doktorem, drugie pod pielęgniarką, trzeciemu każę siedzieć i czekać na pomoc medyczną w postaci podpasek. jadę na polowanie.
w mieście gminnym [jako to się nazywa?] jest ratusz, kościół, knajpa, dwa mini-markety, dwie kwiaciarnie, ogrodniczy, nowootwarty salon z wyposażeniem łazienek i poczta. aaa, i trzy apteki. gdzie będą gacie? wpadam do największego marketu bez większej nadziei, i słusznie. są jedynie rajstopy.
przynajmniej zaliczam bankomat. miotam się w prawo, w lewo, wreszcie się poddaję i postanawiam zamienić się z nią gaciami w kiblu. skręcam kontrolnie w prawo, bo w lewo już byłam.
i wtedy staje się CUD. sklep 1001 drobiazgów - ktoś jeszcze to pamięta? wpadam - gacie? są, bezszwowe, biodrówki, srówki w krówki. łapię pierwsze lepsze za dychę, wypadam.
podjeżdżam do przychodni, z daleka widzę, jak pan doktor wyrzuca najstarszego, ponieważ raczył wtargnąć bez wyników badań.
w tejże chwili zwalnia się gabinet zabiegowy - można wejść na czynności pomiarowe. wchodzi najstarszy. córci cichaczem podaję zdobyczne trofea, ona leci do łazienki, najmłodszy grzecznie siedzi. z recepcji próbuję wyciągnąć wyniki wczorajszej krwi - będą o 13.
ja pier.
uśmiech nr 5, tak, mogę wydrukować, tylko jak tam się wchodzi do tego systemu. chwileczkę.
najstarszy z wynikami wzrostu, ciężaru i EKG [bez oczu, bo ma okulary] wraca do lekarza, ja stoję ponownie w kolejce po wyniki sików i mówię, że to już. najstarszy ponownie zostaje wyrzucony z gabinetu, więc wpycham go tam na siłę i obiecuję, że krew będzie za minutę. wpadam wreszcie z cudowną kartką, na której nie ma żadnych strzałek/flag/oznaczeń i zasiadam jako ta matrona z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. jeszcze lecę zobaczyć, co z najmłodszym, mijam w przelocie zadowoloną córcię, panie pielęgniarki donoszą resztę wyników, a ja w końcu mogę się oddać ulubionemu zajęciu czyli plotkowaniu z panem doktorem.
między innymi chwalę jego fryzurę, mówiąc, że nie lubię krótkich, i nasza znajomość osiąga nowy pułap...
na co wpada córcia i z mety wali:
- mógłby się pan pospieszyć, bo muszę wracać do szkoły!

tia.......






środa, 16 listopada 2016

pani z recepcji

do lekarza poszłam. tam się stoi i czeka aż panie z pomalowanymi paznokciami poproszą następną osobę. a potem usilnie starają się być miłe, co przypomina grymasy pań po liftingach albo po zjedzeniu kiszonej KWAŚNEJ kapusty.
no i słyszę tę mantrę, wołanie, hasło, jako odzew podaję: mam wizytę.
pani powarkuje: spóźniła się pani, gabinet 20, wrrr.
tak się składa, że trafiam do niej ze skierowaniami i receptą do postemplowania. pani się nieco miota, nie wie, które najpierw, czy stemple, czy komputer, a mnie się wyrywa: "spokojnie...". przerażona patrzę, że zbyt się ośmieliłam i teraz pierwszy wolny termin będzie w listopadzie, owszem, ale przyszłego roku i ku memu zdumieniu słyszę: "ja nawet w domu nie bywam spokojna".
błysk wspólnoty losu każe mi spytać: "nastolatka"?. ona: "czternastolatka". i wtedy już wiem. już wiem, że możemy iść na kawę, na wódkę i na dyskotekę. wiem, że dostanę najlepszy możliwy termin. wiem, że umówi mi oba badania razem. wiem, jaka ona jest wycieńczona. wykończona. wyżęta.
wiem, choć jeszcze na szczęście nie wiem.
ale współ-czuję.

środa, 9 listopada 2016

z pamiętnika nastolatki

więc tak wracamy sobie w miłej atmosferze po udanych zakupach, lody z maka pieczętują nić porozumienia, a że czas wyborów, to włącza mi się faza mędrkowania, wykładowania i politykowania. no więc jadę: że 500+, że trump, że 4000+, że trzęsienia ziemi, że pewna pani, beneficjentka pomocy społecznej, matka czwórki dzieci, pierwsze 500+ wydała na pieska, yorka znaczy się. że lud ciemny głosuje, bo przekupiony, że ciąże, trybunały, podatki, budżet, gospodarka... końca nie widać.
i wtedy ta biedna dziecina, zasłuchana w mój wywód, rzecze:
- czyli ludzie nie myślą, co będzie dalej w przyszłości, tylko patrzą krótkowzrocznie i głosują na 500+?

czy ja kiedyś wspomniałam, że ona jest blondynką? wycofuję się wszystkimi czterema kopytami.

poniedziałek, 7 listopada 2016

tureckie telenowele









kto by przypuszczał, że  tak się ubawię na tureckich telenowelach? powiem szczerze, sikam ze śmiechu. to że mam listę in english i nie wiem, kiedy mówią dzień dobry, a kiedy przepraszam, to nie przeszkadza. bardziej drażnią różnica kulturowe - z początku nie do ogarnięcia.
a, i toilet i elektrisity jest całkiem podobnie, więc można ogarnąć.

głupi fb wrzuca reklamy. więc tera godzinami siedzę na dawandzie i koszulkach 3D, których i tak nie kupię, ale co się pogapię, to [stracę].

nie miałam kaca po dwóch winach. może dzięki mandarynkom w puszce?

poszłam do sklepu po siodełko do gitary. i co? i wyszłam bez kapelusza i rękawiczek. za to z gitarą. rozmiar dla dzieci. tak to tak.

4000+ i za życiem to nawet mi się rozkminiać nie chce. a do tego konkurs gimnazjalny o życiu z lechem [teraz chyba po lechu].


znowu chodzę z kijami. muszę wreszcie odpalić tego srajfona i włączyć endomondo. chyba po to, żeby się dowiedzieć, że dużo nie chodzę.

a, no, najważniejsze. admin grupy nikoniarze po raz pierwszy zrobił casting na zdjęcie grupy. wybrał siedem. i jedno z nich, uwaga jedno z nich było MOJE. no mój kiczowaty zachód słońca w gdańsku. oczywiście, że nie wygrał. przedostatni był, ale co tam. sam pan admin wybrał MOJE foto. ja pierdziu!






wtorek, 1 listopada 2016

czy oślepnę w te świąta w samości


już wiem, że jestem w stanie gapić się w monitor przez CAŁY dzień. z przerwami na żarcie. kalambury, fb, allegro, blog. i tak w kółko. nawet grobbing mnie nie przekabacił.

no i teraz myślę, że jeśli schodzę na dół i jest mi ciemno, to już chyba ślepnę. od tych głupich rozświetlanych co ileś tam milisekund pikseli.

czemu winne piksele, żem głupia?

aha, słowa na dziś to samość i sobość, podobno bardzo ważne pojęcia. i wielopłaszczyznowe. właściwie oba odczuwam całą sobą, gdy wszyscy wyjechali. nawet pies śpi cały dzień, bo pada. trochę fb wyrywa mnie z tej samości, a kalambury z sobości. namiastkę grupy tworzy. człowiek chyba lubi być w grupie. nawet taki Makar. choć mógłby ponoć przeżyć w bunkrze, do którego kurierzy dostarczaliby mu żarcie i papier toaletowy, to przecież jego gry też tworzą namiastkę grupy. i to grupy, którą poniekąd sam wybiera.

a może trzeba jakoś tego uczyć? tego bycia w samości. zaakceptowania jej. mnie zajęło to mnóstwo czasu [jakieś 40 lat] i odrobinę medytacji. a co z kobietami, które żyły tylko dla swoich dzieci. i dzieci ich dzieci. jak się odnajdują i to w czasie, gdy już niewiele mogą? gdy zostały im uniwersytety tylko III wieku?

namiastki. żyję takimi namiastkami. nic nie jest na serio. nawet dzieci są namiastką. moich dzieci. i te upieczone dziś babeczki są namiastką prawdziwych babeczek. lecz może to życie całe jest namiastką, a NAPRAWDĘ żyją tylko nieliczni. Owsiak może. Ochojska. wszyscy na O.

i jeszcze na deser trochę filozofii świątecznej - chyba już było rok temu - że wszystkie święta mają wspólny mianownik. nowe religie podporządkowywały sobie stare rytuały, dodając amen, lub z nimi walczyły, tworząc alternatywne celebracje. przecież i helloween musi mieć coś z dziadów. tradycje rozwijały [i rozwijają] się jak język. [wiecie, że błąd i blind mają wspólny korzeń?]. wszędzie chodzi o kontakt z duchami: udobruchanie ich, nakarmienie, oswojenie się z nimi. w taki lub inny sposób. ważne, żeby były po naszej stronie. to że helloween wymknął się spod katolickiej kontroli, czyni go świętem non grato. i przy okazji odartym też z duchowości do granic absurdu - psikusy, które wyrządzają szkodę przestają być psikusami, dają zielone światło wandalom i nastoletnim kretynom. fajnie się poprzebierać - tę część mogę zaakceptować, rozlanej farby na drzwiach już nie. i chyba szkoda, że po tym zbieraniu cukierków po sąsiadach nie ma wspólnego rytuału - kolacji, wieczerzy i zadumy. wtedy chyba i owca byłaby cała.