niedziela, 15 października 2017

wkurzająca bezradność

stoję na światłach. rowerzysta mija mnie z prawej i beemkę stojącą przede mną. zwraca uwagę facetowi w beemce. widocznie zajechał mu drogę. facet w bejsbolówce wysiada z czarnej limuzyny i daje rowerzyście w ryja. ten spada z roweru, przewraca się. beemkarz wsiada spokojnie do auta i rusza, bo akurat zapala się zielone. stoję za nimi i nie wiem, co robić. akcja dzieje się tak szybko, że nawet jak wyjmę telefon i znajdę guzik aparatu, to już go dawno nie będzie.

mogę mu jeszcze wjechać z przyjemnością w duppę. wtedy ja bym też dostała w ryj.

#bezradna.

wtorek, 10 października 2017

Darek, który mieszka na cmentarzu


Wybrałam się na bródnowską nekropolię, wiecie, tu zgrabić liście, tam wyrzucić choinkę, gdzie indziej postawić kwiatka.
Wynurzam się z auta z naręczem grabek, rękawic i miotełek, gdy wtem za plecami słyszę:
- Dzień dobry.
- Dzień dobry - mówię odruchowo, przerażona jak sarna złapana na obgryzaniu tui sąsiada. - Przestraszył mnie pan.
- Przepraszam, nie chciałem. To pani - podaje mi oberwane szczątki chryzantem, które odpadły przy wyciąganiu donic z folii.
- Aha, dziękuję - znowu odruchowo. Patrzę wyczekująco.
- Bo ja zbieram na spodnie. Gdyby zawiozła mnie pani do M1, kupiłbym sobie nowe spodnie za 23 złote. Ja nie na wódkę.
Jeżu, myślę, teraz nabierają na gacie? Na benzynę mnie nabrali, na bułki dla dzieci, na 20 gr do fajek, no, ja taka naiwna jestem. Ale na spodnie?
Daję mu te dwie dychy i kucam wyrywać chwasty z grobu dziadka. Dziadek umarł tak dawno, że jeszcze przed moim urodzeniem, ale może ktoś mnie kiedyś złoży obok niego, to wyrywam. Pan wyrywa ze mną, choć nikt nie ma pojęcia, gdzie jego położą.
- Pani odpocznie, ja tu sprzątnę - to do mojej matki.
Mamusia daje mu rękawiczki.
- Bo ja byłem w domu dziecka. Ojciec mnie nie chciał, matka kochanków sprowadzała. W kuchni się z nimi spotykała. Przy siostrze. A ojciec przywiązał ją do drzewa, żeby jadła trawę. A nie ma pani dla mnie pracy w ogrodnictwie? Darek jestem.
- Iwona - znowu odruchowo.
Matka przebiera nogami, widać, że chce, żeby już poszedł. Panu zaś włączył się tryb: opowiem wam o sobie. Więc opowiada. O GROM-ie. O pogrzebach. O tym, jak się śpi na cmentarzu i kogo nocą można tu spotkać. O tym, kto zabiera z powrotem znicze i kwiatki, żeby je ponownie sprzedać. O ojcu, z którym nie chciał gadać. O tym, że matka mu się śniła.
Wtem prosi o nóż. Mamusia ochoczo mu podaje. Moja wyobraźnia podsuwa różne scenariusze, ale w końcu z Pragi jestem, nie boję się rozgadanego kolesia. Nawet z kosą.
Wreszcie obie mamy dość wyrywania chwastów i próbujemy udać się na z góry upatrzone pozycje, czyli do auta. Darek obiecuje, że dokończy do rogA. Wyrywanie chwastów dookoła nagrobka dokończy dotąd - pokazuje nogą.
W nagrodę dostaje nóż i rękawiczki. On naprawdę nie na alkohol, tylko na spodnie zbiera.


***
Tylko czemu z kieszeni kapała mu wódka?

***
I jakich dożyliśmy czasów, że nie wiadomo, czy pomóc, czy pogonić. Ja wciąż jeszcze daję, mimo że robią mnie w trąbę.

środa, 27 września 2017

pokolenie Z - c.d.

Bo w ogóle to wczoraj zadzwoniłam do bardzo dawnej koleżanki. Uwielbiamy się od liceum. Jako pierwsza z moich koleżanek urodziła dziecko. Dziś Majka ma 19 lat i zaraz zaczyna studia.

- Słuchaj, bo Twoje dziecko to chyba na jakieś studia poszło.
- Poszło, poszło - mówi z dumą. - I właśnie dziś tak mnie strasznie zdenerwowało.
- Czym?
- Bo żeby wyrobić legitymację, musi mieć badania lekarskie, a ona ich do tej pory nie zrobiła. Kazałam jej od rana dzwonić i wziąć numerek, a ona wstała o dwunastej i mówi, że tam jest zajęte! Wiadomo, że jest! Kazałam jej szybko jechać do przychodni, a sama za setnym razem się dodzwoniłam i ją zapisałam.
- Yyyy, ale po co?
- Jeszcze bym musiała jej mandaty płacić za jazdę bez legitymacji!
- Yyyy, ale co Cię to obchodzi? I dlaczego Ty?
- Bo wiesz, ona pracowała w wakacje - znów słychać dumę w głosie - i nie po to zarobiła swoje pieniądze, żeby je wydawać na mandaty.
- Ale... czy to nie jej sprawa? Dorosła jest?
- Och, niedługo sama zrozumiesz. Dziecko się ma już na zawsze.
Ale czemu nie pozwalasz jej dorosnąć? - tym razem już tylko pomyślałam, bo z wiekiem coraz częściej gryzę się w język.

Ta koleżanka jest serio normalna, jedna z najbardziej trzeźwo myślących kobiet, jakie znam, owszem, po przejściach i świat by dzieciom przychyliła, ale bardzo rozsądna.
No właśnie.
Stąd moje przemyślenia o pokoleniu Z, które PRL-u nawet nie powąchało, od rodziców dostało WSZYSTKO z trzema nawiązkami, a nie potrafi o siebie zadbać ni ciut, bo zawsze pierdołami zajmowali się Starzy.
Hodujemy pierdoły życiowe.

pokolenie Z

nie wiem, czy ktoś jeszcze panuje nad tym, żeby odróżniać te pokolenia. ja nie odróżniam. świat dzielę na tych, którzy pamiętają komunę, i tych, którzy dorastali w mandarynkowym świecie kartunów i plastikowych zabawek.

ci drudzy nie czują szacunku do niczego. do innych ludzi, do pracy, do przedmiotów. bo szacunek to coś, co wymarło wraz z obaleniem muru berlińskiego i zalewu amerykańskiego lajfstajlu. szacunek się nie sprzeda. nie ma wartości. nie przyniesie nic w zamian.

"wyluzuj, jest niedziela, ludzie, czego wy ode mnie chcecie" - pisze do mnie 25-letni właściciel studia nagrań poproszony o przesłaniu jednego pliku, który wczoraj nagraliśmy.

"może mi pani zostawić te buty" - bez znaku zapytania startuje moja Córcia do pani w sklepie zajętej innym klientem.

niby nic w tym złego, a jednak niesmak we mnie pozostał. to ja się wstydzę. za nich. może tak samo wstydziła się za mnie babcia mojej koleżanki w latach 80., gdy bezczelnie paradowałam po jej wsi w bardzo jasnych dżinsach, które ona nazywała kalesonami.

może to taka wymiana pokoleń. może za 20 lat wszyscy będziemy mieć na wszystko wyjebane, bo cały świat będzie należał do nas i nie będzie potrzeby silenia się na uprzejmość. Córcia nie widzi tej potrzeby. ja wydaję jej się staroświecka jak Starostecka lub Fogg z głupimi ograniczeniami liczby dziurek w uchu. i co z tego, że się na to nie godzę? może wychowam społeczne kaleki, gdy każę im się grzecznie odnosić do sprzątaczek?

albo wraz z obolałym po czterdziestce ciałem zlasował mi się mózg i zwyczajnie nie nadanżam za pędzącym na łeb na szyję światem?

nie bawi mnie hasło "żeby było, jak było" [swoją drogą niezły koleś je wymyślił], jednak wciąż upatruję pewnych norm zwykłej przyzwoitości/grzeczności, której nie zaszczepił mi katolicyzm ani żadna inna religia [jestem bezbożnikiem od urodzenia] tylko zwykła ludzka moralność.

ale moralność, jak potwierdza Dulska, każdy ma swoją.

środa, 13 września 2017

teatralnie

nałapałam srok za ogony i...
nawet ogony wyślizgnęły mi się z zasięgu ręki. może to i dobrze, bo nagle wszystko zaczęło się nakładać.
skupiam się na szykowaniu niespodzianki. D-day już za dziesięć dni, a niewiele gotowe. szukam teł, inspiracji, fotografa. śpiewam w głos, nagrywam i staram się nie odsłuchiwać, bo dramat.

szerszenie krążą nade mną jak sępy.

uzależniłam się od endorfin. nie potrafię ich odstawić.

mało czytam.

dziwny czas. jednocześnie napięty i leniwy.

sprawdzam stare znajomości - nie działają.

dużo śpię.

wraca stara znajoma - deprecha. na razie ją ignoruję, ale wiem, że będzie słabo. może się gdzieś po drodze zagubi, co?

z dobrych wieści - Najmłodsze Dziecko się naprawiło, odkąd poszło na piłkę. może od początku o to chodziło?

waga pokazuje -5 kilo, chyba już mogę się pochwalić, bo lato się kończy i zaczynam żreć. wbiłam się w ukochane spodnie z motylkami, ale to dzwony. choć widziałam już ludzi na mieście w dzwonach właśnie. więc może już można?

a dziś rozmowa o systemie polskiej edukacji [niezależnie od dobrej zmiany], której to stałam się przeciwniczką, uprzednio bywszy zagorzałą fanatyczką. ten system ZUY do imentu. M. siedział z Córunią nad matmą, chemią i fizyką od 7 do 11. dziecko zaryczane. z fizy 6 zadań, każde o ośmiu podpunktach. po chuj? serio, po chuj to komu? 


piątek, 1 września 2017

pani kasjerka

wracając do domu zahaczyłam o lidla, w którym bywam sporadycznie. ale wiecie, czas zeszytów szkolnych, długopisów, wchodzę.
godzinę wybieram zeszyty ze starwars, bo z zygzakiem już nie halo.

przy kasie żalę się na swój los, że tyle trzeba przegrzebać, żeby znaleźć r2d2. pani kasjerka cieszy się, że ma to już za sobą. mówię, że najmłodszy - 12, więc już odliczam. a ona na to, że jeszcze się zejdzie. dziś właśnie jej wnuczka poszła pierwszy raz do przedszkola! 175 km stąd niestety, choć ma to i dobre strony ;).

teraz już wiem, że to się nigdy nie kończy...


poniedziałek, 28 sierpnia 2017

wykradzenie Baby.

Baba to taki jacht, który ma z 50 lat. Robiony dla harcerzy.

Razem z M. wykradamy ją cichaczem, bo przecież trwa akcja "Areszt Baby" z powodu podwyżki czynszu. Pomost trochę naprawiony, tzn. stoi prościej, ale za to nie sięga brzegu. Ktoś usypał pół metra grobli, żeby łatwiej doń doskoczyć.
Klucze są [nawet nie spytałam N.], silnik działa, odcumowanie idzie gładko, wtem... sama przywiązywałam pomost do brzegu. skośnie do pomostu biegnie cuma, którą radośnie nazwaliśmy kotwiczną, może dlatego, że to taka lina pływająca. Przywiązywałam ją wraz z szefem HOWu, którego poznałam wcześniej u G.
Baba stoi w trójkącie pomost-brzeg-lina. Wiatr dopychający. Wychodzimy tyłem, wiadomo, że miecz nie przejdzie. Bosak, pych, silnik zgasł, obracanie przodem, nenufary... słowem kaszana. Silnik gaśnie. Trzymam na pychu. Coś się wkręca w silnik. Cuma od bojki. "Daj nóż!". "Nie mogę, bo trzymam łódkę na pychu". Koniec końców wyszliśmy. Jednocześnie z nami wychodziły z pomostu obok dwie kobity. "Zaczekaj, mówię, bo to dwie baby". "Na co mam czekać?". "Czekaj, bo one też tyłem wychodzą [tzn. my już przodem], będzie kaszana". Wyszliśmy. Przypierdoliły nam centralnie w dziób.
Potem było pływanie. Zwykłe docinki, za to krzyków mniej. Szukanie wiatru - o, dziś trochę powiało. Zwroty, przechyły. Nieźle.
Trzecia. Powoli wracamy. Syna odebrać mamy z L. z obozu koło czwartej.
Telefon. Przyjedziecie za pół godziny? Qwa, już?!!!
Rozglądam się. Do portu została już ostatnia prosta wzdłuż cypla. 100 metrów?
"Zrzucamy żagle!". "Zaczekaj, zrzucimy w wejściu do portu". "Nie, dryfujemy w brzeg i w ogóle na silniku będzie szybciej". Silnik zapalony, ustawiam się do wiatru, akurat przywiało i odwróciło się nieco, więc nie mogę, pieprzę zasady, wrzucam bieg, przyspieszam - silnik nie reaguje, pyrkocze tylko. Na wolnych obrotach nic nie zrobię. Szmaty zrzucone, elegancko wpierdalamy się cypel... okazuje się, że [uwaga!] zabrakło benzyny. Zaczyna wściekle piździć. Pagaje możemy sobie wsadzić ewentualnie w dupę, co i tak by nie pomogło. Spycha nas na środek jeziora.
Stawiamy kawałek grota. Łódka nie chodzi. Stawiamy grota do końca. Nadal ledwo chodzi. Zwrotu nie zrobię. W międzyczasie M. próbuje przełączyć na zbiornik górny. Nie udaje się. Stawiamy foka. Do portu zrobiło się pod wiatr. Halsujemy. Dzwonię do Sąsiadki, żeby odebrała nasze dzieci. Ostatni hals do portu. Znów się odkręciło i płyniemy połówką i wtedy - puszcza wanta. Do portu z 500 m, jestem za Transformatorową [to taka wyspa]. Dojdziemy czy pierdolnie druga. Pytam, czy da się dokręcić - w sensie czy się nie urwała. "Nie da się". No pewnie, że się nie da, póki jachtu nie obrócę na zawietrzną, ale ja rozumiem, że się urwała. Wreszcie się dogadujemy. Robimy zwrot, M. przykręca. Wpływamy do portu na grocie. Ustawiam się do wiatru za wysoko, na wantach dopycha mnie do pomostu, walę w Atitę. Przecumowujemy znowu łódki - Atitę na miejsce Baby, bo lżejsza i rzeczywiście z łatwością przechodzi po "kotwicznej". Cumujemy Babę. Wszystkie łódki stoją alongside, tak jak je zostawiłam w zeszły poniedziałek, podczas akcji "Zerwany pomost".
M. schodzi z Baby zielony. Ze strachu. Wpada w stupor. Ledwo się odzywa do tej pory.

A bachory w domu głodne.

sobota, 19 sierpnia 2017

piekielnie ciężki...

... to był rejs...

psychicznie.
3 trudne tematy.
do tego kto z nas umie żeglować?
jak się ścigać słoniem [tes32]?

pozytywy:
- nie rozstaliśmy się
- było ciepło
- cudowna noc z gwiazdami
- przebyliśmy nocą mikołajskie na kotwicy w poprzek i nic nas nie rozjechało



niedziela, 13 sierpnia 2017

panta rhei

wszystko przypływa i odpływa w niekończącym się cyklu. na przykład wyrzuty sumienia. wracają i zalewają mnie łzami rozpaczy, by po chwili odpłynąć i pozwolić uczuciom ochłonąć, a głowie - ułożyć sobie świat na nowo.


sobota, 12 sierpnia 2017

jednak nie

odszedł rano.

a teraz muszę się nauczyć z tym żyć.

piątek, 11 sierpnia 2017

pies żyje

pies po operacji. przepuklina. czyli wszystkie flaki wyskoczyły mu na bok.
i pęknięta miednica.

jest szansa.

czarny pies czarny nocą ślepemu wyskakuje kierowcy...

a ja dostałam u weterynarza w nocy zapalenia pęcherza. gryzłam tynk ze ścian.

pogoda nie do wytrzymania, zwłaszcza jak nie można do basenu.


Po psie

Rozjechalam dzis wlasnego psa.
Teraz musze podjac decyzje, co dalej.
Nie rodzimy sie do takich decyzji. Nikt nas do nie przygotowuje. Zostajemy z nimi sami.

środa, 9 sierpnia 2017

kawa w kiosku

odkryłam, że teraz nastały takie czasy, że w kiosku można kupić kawę. czaicie ten klimat? szlafrok, kapcie, 2.50, panno Cukier, kawę proszę. wypijacie na miejscu [espresso] albo zabieracie na górę do stygnącej w tym czasie jajecznicy.

zamówiłam też listy Lema i Mrożka, które mają nadejść do tego samego kiosku. a kiosk jest naprzeciwko bramy, do której wchodzę, idąc na lekcje śpiewu. obok, w bocznych uliczkach rozsiadły się knajpy. siedzą sobie niemal na kolanach i prześcigają się w wymyślaniu zdrowych rzeczy do jedzenia. sok z buraka, wege burger, ziółko, soczewica itd. a w bramach pochowali się fryzjerzy bród.

fajnie mieszkać w mieście.

i jeszcze akcja spod kiosku. odchodzę z krzyżówką i długopisem typu BIC [to się akurat nie zmieniło], a z tyłu zachodzi mnie patrzący spode łba dziadek i pyta, czy nie kupię mu kawy za 3.50. uśmiecham się i kupuję mu tę kawę. płacę i pytam, czy sobie poradzi. nie poradzi. naciskam guzik - pani kioskarka krzyczy: "kawa z mlekiem"! podstawiam kubek. czekamy. pytam, czy dalej sobie poradzi. nie poradzi. pani kioskarka krzyczy: "dwie saszetki cukru"! wsypuję cukier, mieszam, zatykam wieczkiem, pan życzy sobie jeszcze małe wieczko pod spód jako podstawkę. pani kioskarka dziękuje, że nie musiała tym razem wychodzić na zewnątrz. dziadek też dziękuje.

czwartek, 3 sierpnia 2017

żaba

żaby to bardzo ciekawskie stworzenia. ta wczorajsza podeszła blisko, i ja mówię, ona mi zaraz wskoczy na nogę, i wtedy ona hop! i wskoczyła. a ja byłam przygotowana i zaskoczona jednocześnie i się strasznie rozdarłam. i ona się do mnie zraziła. to ja jej dziś fleszem po oczach.

tym fleszem to dopiero dzisiaj, bo było spotkanie kolektywu foto. i ja się spóźniłam dwie godziny, akurat jak im się skończyło piwo przywiezione z domu, i zaprowadziłam ich do tej żaby, tzn. takiej knajpy, gdzie jest taki płytki tor wodny i ludzie ślizgają się na małych deskach. a reklamę wśród ludzi, których widziałam po raz pierwszy/drugi w życiu, zrobiłam szaloną, bo swój pomysł zmotywowałam tym, że "tam mniej napierdala". arystokracją trzeba się urodzić w trzecim pokoleniu.

i, o matko, czuję że zwiera, może na razie nie iskrzy, ale ten łysy z brodą, ten co mi nie chciał pożyczyć drogich filtrów, zapraszał mnie osobiście na plener do Rogalina. ło matko, toż to się zawsze tak zaczyna. i musiałam szybko uciec, żeby się nie buziakować na pożegnanie [tylko jeden wziął mnie z zaskoczenia].
czuję, że [jeszcze] żyję.

i jak śpiewam, to też jakoś bardziej żyję.


środa, 2 sierpnia 2017

drugi etap

Ha! Zaproszono mnie do drugiego etapu kastingu. :)

W tym cholernym upale kupiłam basen. Przecież tego wielkiego już nie rozstawimy tej wiosny. A lata, jak sprawdzałam na komórce, potrwa jeszcze ledwie tydzień... A upały tylko dziś...

Wywiozłam dziś Koleżankę Kasię w cholerę, w drodze powrotnej strzeliłam Córci Monolog i podziałało jak antybiotyk. Od razu znormalniała.

Dziś poranna przygoda z szerszeniami. Jeden za stanikiem, drugi w ręku. To jednak niegroźne zwierzątka są. Filmu kawałek obejrzałam. O czarnej liście komunistów w Stanach, którym nie wolno było nic. Nawet pisać scenariuszy. Ostatnio mnóstwo filmów na faktach. To chyba dobrze.

Odkryłam Zuzannę Ginczankę. Pierwszy wiersz, który rzucił mi się w oczy, nosi ciekawy tytuł "Zdrada". ;) A drugi "Gramatyka".

Okazuje się po latach, że słychać u mnie pociągi. Właśnie przejeżdża.






niedziela, 30 lipca 2017

czy ja

czy ja zawsze muszę wygrać, żeby natychmiast przegrać? kasting poszedł można by rzec świetnie, to zawaliłam walkę o główną kurde rolę. i to jaką? matki zołzy. toż to ja.

tak czy siak plecy swędzą, skrzydła rosną.

półki w łazience też. już prawie są. jeszcze kilka warstw lakieru - co oznacza kilka dni :).

jutro ma przyjść lato. takie normalne lato. nie deszczowe, zimne coś lipcowo-listopadowego. tylko takie upalne sierpniowe skwary. czekam...

podobają mi się lekcje śpiewu. dziewczę szuka we mnie energii.

M. ogląda z dziewczynami Ducha. łomatko, ileż to lat!

zapatrzyłam się na sekundnik, ależ on zapierdala. jakby coraz szybciej.



czwartek, 27 lipca 2017

zwis w oknie

tak zaglądam i widzę, że 28 czerwca zawisłam na oknie, nie mogąc się zdecydować, w którą stronę spaść. dziś wreszcie podjęłam męską decyzję, i spadłam. bezpiecznie do środka. po drodze na dół zawadziłam o parapety, kanty, kaktusy i być może siekierę. leżę potłuczona. niby bezpieczna, choć nie wiem, czy szczęśliwa. jednak milej było tak wisieć. duppa, cycki.
może się kiedyś pozbieram, wstanę i odbiję. oby.

dziś pierwsza lekcja śpiewania. nie załamana jestem. może co z tego wyjdzie...?
a w sobotę casting do 13...
i może nawet jacht się znalazł...

poniedziałek, 17 lipca 2017

krzew gorejący

Południe. Siedzimy z M. na tarasie, popijając poranną kawę.
- Wytnijmy tego płożaka. Od początku go nie cierpię. Rozrasta się tylko, pół trawnika zajmuje, zawalidroga taka.
- Dobra - jakoś spolegliwie przytakuje M. - na jesieni wytniemy. - I dodaje, mając w pamięci to, że nękam go o wycięcie wredziola już kilka lat. - Właściwie to już mi wszystko jedno.
- Skoro ci wszystko jedno, to po co się razem męczymy?
- Rozmawiamy o ogrodzie czy rozwodzie?

No, zagalopowałam się.

wycieczka

zabrałam na wycieczkę Córcię. tak, znowu do tego CiechanowCa. jestem dozgonną fanką Fredry. Damy i Huzary obłędne. wciąż prawdziwe.

tak czy siak C. ocknęła się w drodze powrotnej i rzecze: daj komórę, włączę ci dobrą muzę. tknięta złym przeczuciem daję - co mam zrobić. a moje ledwo nastoletnie dziecko puszcza mi niejakiego Słonia, Tomasza zresztą, w kawałku pt: "Ania". słucham jak zahipnotyzowana. najpierw jedenastolatka wsiada z obcym do auta. ten ją porywa. zaczyna dotykać. myślę, że zaraz się porzygam. ale wtedy w małej budzi się Carrie skrzyżowana z Beksińskim i się z nim rozprawia. uśmiech nie schodzi mi z twarzy, że mała się dała.
no i teraz pytanie: czemu podoba się to mojej nastolatce? czy gdyby tamta mała jednak była zwykłą małolatą i skończyła źle, też by się tej mojej podobało?

czy ta młodzież teraz nie za szybko dorasta i nie gubi przez to gdzieś szczątków dzieciństwa?

taki koleś wytatuaowany po szyję opowiada na fb o różnicach pokoleń ludzi normalnych i nowoczesnych. normalni mieli trzepak i 10 znajomych z klatki. nowocześni mają internet i tysiące znajomych, których nie widzieli na oczy. zero relacji. siano w głowie. nie potrafią posługiwać się prostymi narzędziami. pokolenie idiotów. mam nadzieję, że Einstein się mylił.

niedziela, 16 lipca 2017

no to...

... pojechałam dziś do CiechanowCa, nie mylić z Ciechanowem, w którym mieli już być aktorzy z mojego teatru, gotowi, by dać pokaz "Dam i Huzarów".
na fb mówią, że skansen, więc zajeżdżam prościutko pod pałac, wykręcam na gigantycznym rondzie, parkuję. dzwonię i pytam, gdzie ich szukać. w słuchawce słyszę:
- Ale to jutro...
usłyszałam jeszcze, jak mój świat legł w gruzach...

niedziela, 9 lipca 2017

wracam

oj, zbłądziłam w tym czerwcu. za daleko.

ale już wracam na swoją drogę.

kupiłam szlifierkę, papier ścierny, szpachlę, bejcę. zdarłam starą farbę. zaszpachlowałam. jutro maluję.

będzie dobrze.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

mój zen

... runął po raz pierwszy od powrotu z rejsu.
dzieci kazały mi zjeść snickersa.
nie pomogło.

sobota, 17 czerwca 2017

sponiewierałam się

szukając antidotum na dychotomię uczuć...

środa, 7 czerwca 2017

rejs

tydzień w niewielkiej łódce na morzu sprawia, że nabierasz dystansu do życia takiego, jak stąd do księżyca. kiedy spływając potem, walczysz w kiblu ze spodniami narciarskimi i pięcioma warstwami swetrów, próbując trafić do małej, kołyszącej się pod tobą dziurki, zapierasz się resztką sił, żeby nie wylecieć z gołą dupą do kambuza i powstrzymujesz nadchodzącego pawia, sprawy rachunków, wyboru szkoły czy chleba na śniadanie, odkurzania szafek czy wizyt u doktorów przestają mieć najmniejsze znaczenie z mniejszych.

towarzystwo też jest istotne, owszem. bo to ono podbudowuje cię do dalszej walki. to ono sprawia, że wstajesz o czwartej na wachtę klnąc ledwie po cichutku, to dzięki niemu czujesz się kimś lepszym, kimś, kto wygrał ze zgnuśnieniem, ze sobą, ze światem.

a jeśli przy okazji zdarzy się coś więcej, koniecznie skorzystaj :)

wtorek, 6 czerwca 2017

no to się zadziało

twarz spalona
na nogach siniaki
a w duszy totalny odlot

ręce skostniałe
na oczach słońc blaski
a w sercu szaleje sztorm młot

czwartek, 25 maja 2017

tym razem się dzieje

gdy musisz wstać...

widziałam ostatnio zarówno zachody jak i wschody słońca. bywają niesamowite. taki drobiazg w życiu, a jest się czym cieszyć.

zacznij od Bacha...

zaczęłam od Abby. robimy musical [musiałam sprawdzić pisownię]. B. napisała teksty piosenek - są niezwykłe. zabawa byłaby przednia, gdybym jak zwykle nie wyskoczyła hej do przodu i nie zrobiła dziewczynom fotosów. na wszystkie się poobrażały.

 
Afryka dzika, dawno odkryta...

dałam znajomemu rozmówki suahili. na czterdziestkę. chyba nie docenił, bo się nie odezwał. impreza była na 200 osób w Niebieskim Kaktusie. znajomi sprzed dwudziestu paru lat.
- daj nr telefonu.
- ale to ten sam, co mam od początku.
- ale myśmy się znały, jak drewno na latryny u leśniczego zamawiało się osobiście, nie telefonem.

lubię wracać, tam gdzie byłam już...

na morze. za dwa dni. tygodniowy rejs w niemal tym samym składzie, co 21 lat temu. ten sam jacht. podobno tym razem działa pompa zenzowa.

z tobą chcę oglądać świat...

tylko z tobą, kochany M., choć czasem miałabym ochotę z kimś innym. lecz zawsze wrócę.


* za wcześnie, panie Zbyszku...


----------------------------------
[wtorek - 39 telefonów, dziś - 16. setki rozmów na fb.]

poniedziałek, 15 maja 2017

dialogi na cztery nogi

M: - Zmieniłaś się. Jesteś fajniejsza. [pauza] Zdradziłaś mnie?
Ja: - Jeszcze nie...

piątek, 12 maja 2017

małe świata rozmiary

siedzę w knajpie z dwojgiem całkiem nowych znajomych. on i ona, nie para. od kilku miesięcy widujemy się co tydzień na zajęciach. oczywiście jesteśmy znajomymi na fb.

Ja do niego: a w ogóle to skąd ty znasz moją sąsiadkę z klatki z drugiego piętra [z bloku, w którym mieszkałam niemal trzydzieści lat]? tak przynajmniej powiedział mi fb. okazuje się, że razem grali kiedyś w amatorskim teatrze.

od słowa do słowa - teraz ona pyta, w którym bloku. tłumaczę [bo to jeden z najbardziej charakterystycznych budynków w mieście, a ponoć i w Europie]. wtedy ona się cieszy, bo chodziła niedaleko do liceum i ma z tego bloku wielu znajomych, na przykład Ziutka.
Ziutek mieszkał na pierwszym piętrze naszej klatki.

Ja na parterze.

Howgh.

niedziela, 7 maja 2017

nie dzieje się

prywatnie zastój. na wszystkich frontach. może poza tym, że uczę się śpiewać.
premiera w roli suflera [ach, nie, już raz poległam w tej roli] za tydzień.

nieprywatnie to:
wygrał Macron i wszyscy mają w związku z tym oczekiwania. ja wiem o nim tylko tyle, że ma żonę. swoją nauczycielkę. i pamiętam aferę w moim liceum, gdy nasza pani od polskiego zakochała się w uczniu klasy maturalnej. skandal to był. musiała odejść z pracy. po latach okazało się, że małżeństwo próby czasu nie wytrzymało... a tu, proszę. może wytrzyma jeszcze próbę mediów.

dziewczę wyjechało samo do Egiptu. źle to się skończyło, bardzo źle. ale skąd ta fala hejtu wobec martwej już teraz kobiety?

konstytucję będziem zmieniać. za rok. tak mówi adrian. a jak mówi, to wie, co mówi.

telewizja wiadomoktóra pokazuje puste place z wczorajszego marszu. mówię kuzynce, że to manipulacja, a ona nic nie rozumie i ufa pisowemu małżonkowi.

Pani Masłowska o niebo lepiej wypada w wywiadach niż w swojej twórczości. powiedziała wreszcie coś, pod czym się mogę sama podpisać. i o telewizorze, i o jadzie, i o upadku kultury... nigdy nie przyszło mi do głowy, że ja nie umiem oglądać telewizji. dziwili mnie ludzie, którym to nieustannie mryga w tle, ale to ja jestem niedouczona. nie chodzę do ludzi, którzy nie wyłączają tego pudła. właściwie to prawie nigdzie już nie chodzę.

Szyszko wykańcza puszcze, bredzi, że przyrodę trzeba sobie podporządkować. nierozumi, biedak, nic. ciekawe, czy te negatywne cząstki wszechświata pozostają na zawsze z negatywną energią, czy jakoś to się w świecie wyrównuje.

odkryłam biocentryzm. jak każda religia - z początku ma sens, potem czuję się manipulowana. podobno najbliżej do new age - tak twierdzi fb. a on wie najlepiej.

no i przez szukanie znaczenia "dystopii" spędziłam godzinę z Robertem Górskim w sieci. ech...


niedziela, 30 kwietnia 2017

pięciolatka

przyjechali kuzyni z gór. z trójstyku. tego lepszego, bo zachodniego. no i oni mają pięciolatkę. rezolutną, kapryśną, nie bardzo, ale jednak rozwydrzoną. cały dzień jazdy. pół dnia zabawy i jeszcze nie śpi [północ].

wytrzymuję ją przez jakieś pięć-dziesięć minut.

urodziłabym ją koło czterdziestki. czyli całkiem byłoby to prawdopodobne, gdyby stał się jakiś cud. i tu pojawia się pytanie, czy ja bym nie oszalała? nie zwariowała? szczerze to ten mój siedemnastolatek, czyli najstarszy, wydaje mi się nieco za młody. w moim wieku wolałabym syna starszego. piętnastolatka ok. z dwunastolatkiem mam kłopoty, bo jeszcze nie przeskoczył do nastoletniości, ale ujdzie. da się już z nim dogadać. ale co robić z pięciolatką, która rządzi światem i strzela fochy?

rozglądam się wśród znajomych. WSZYSCY mieli dziecko grubo po trzydziestce, więc wyszło tak, że moje są najstarsze. reszta starych znajomych ma dzieci młodsze. te starsze nieco powyżej dziesięciu, te młodsze to właśnie takie pięciolatki. jak oni to znoszą? kiedy chcą być ich partnerami? będą rozmawiać o okresie i pierwszych pocałunkach jako pięćdziesięciolatki? o maturze jako sześćdziesięciolatki. czy ta wolność cywilizacyjna nie gubi gdzieś naszych ograniczeń cielesnych? [gdzie ja to ostatnio czytałam, że każda wolność przynosi nowe zniewolenia?].

dziwią mnie coraz starsze matki, babcie właściwie. teraz, gdy mają czas na swoje JA, to właśnie go nie mają, a młodość jurną straciły na, właśnie na co? na czekanie, na balowanie, na sytuowanie się czyli mieszkanie i pracę, na strach przed zmianą. wszystkie inteligentne, po studiach. może to przez te studia właśnie? 


niedziela, 23 kwietnia 2017

gokarty

więc dziś dziecię zażyczyło sobie na urodziny rodzinnej wycieczki na gokarty. do tej pory bolą mnie ramiona. żeby dawać auta bez wspomagania - też coś!
okazało się, że gdzieś były wyświetlane czasy, ale nie zauważyłam i nie zostałam mistrzem świata...

potem było tylko gorzej, bo najpierw się jedno dziecię obraziło, a potem drugie, ale już na serio. dzień za dniem.

z teatru mego wypadła aktorka [kochanka], chyba wypadła, bo od dwóch tygodni nie odbiera telefonu. tak czy siak zawisłam. u Ryśka niby coś rusza, ale bez entuzjazmu. józefinki szaleją, ale co z tego jak w dniu premiery jestem na morzu?


M. właśnie spytał, po co żyjemy. powiedziałam, że po to, żeby nacieszyć się pięknem. jakaż ja jestem mądra, nie?

czwartek, 20 kwietnia 2017

dzieje się

ze świąt to tylko tyle, że po raz drugi jechałam koleją i znów mi się podobało. psowi mniej. za to krótko było.
wtorek - nagranie
środa - próba musicalu
czwartek - próba w teatrze
piątek - próba musicalu
sobota - urodziny dziecięcia
niedziela - spływ łódkami na Zegrze

aha, i egzaminy gimnazjalne... dziś poszedł w śmierdzącej koszuli, bo się zorientował rano, że nie lego, więc na jutro uprałam na szybko. szkoda, że razem z długopisem. ale plama pod pachą, więc pod marynarką nie widać.

tera to lajcik. maj zaś kończy się tak:
27 - ruszam w rejs
27 - Zemsta, w której wreszcie mogłabym zagrać
28 - występ musicalu, do którego właśnie próbujemy

wszystko jest bez sensu.

jak tylko teraz odbierać Lokomotywę, gdy koła nie robią już to tak, to to tak, to to tak, to to tak...

sobota, 15 kwietnia 2017

leczniczo

u doktóra z dzieckiem byłam, aby napisał, że nieletniemu pacjĘtowi można wyciąć migdałki bez obaw, że z powodu niskiego tętna nie zejdzie do innego świata.
i już po czterech mNiesiącach przyjęto nas w poradni skaz krwotocznych, aby pobrać mu krew i listem wysłać odpowiedź, że dziecię nie przekręci się w czasie wycinania migdałka z powodu niskiego wskaźnika protrombinowego. nie wiem tylko, jak przyślą odpowiedź, bo nie zaniosłam koperty i znaczka, i nie dało się tego załatwić inaczej.
szpital w mieście z resztkami zamku mazowieckiego broni się rękami i nogami przed standardowym zabiegiem. byle wywalić pacjenta spoza rejonu. wymyślił więc dwa powody nieprzyjęcia.

mnie zaś akurat dziś pogięło [tak, umyłam wczoraj głowę nad wanną] i kochany pan doktór już ucieszył się na myśl, że mnie w dupę ukłuje zastrzykiem [ponownie], ale szybko odstąpił, gdy nieopaCZnie powiedziałam mu o stawach. przepisał lek do połykania, a ja akurat nie miałam karty, bo do teatru wczoraj to musiałam się byłam wystroić w płaszcz. no i tera leżę i się nie ruszam, bo nawet tę zrobioną przez progeniturę herbatę niełatwo mi podnieść do ust. o ręczniku nie wspomnę. w sumie dobrze, jajka dałam radę pomalować, okna umyte [w listopadzie], resztę zrobi teściowa. muszę tylko książkę do czytania kupić [albo dwie], żeby jakoś przeżyć te święta.

że tłumik na drodze znalazłam, to już wszyscy wiedzą. może to przez szarpanie z tym żelastwem mi ten kręgosłup strzelił?

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

10 kwietnia

mam koleżankę, która urodziła się 10 kwietnia. od siedmiu lat nienawidzi swoich urodzin. bardziej chujowego dnia na urodziny nie można sobie wyobrazić.
za moją [sic!] namową zmieniła pracę. dzień jej urodzin zaczął się od mszy żałobnej, gdyż w katastrofie zginął rektor jej obecnego miejsca pracy.
przy okazji resztę życia też ma pod górkę, ale to już opowieść na inny serial.

dziś odbyłam nagłą wycieczkę do weterynarza, odkrywszy, iż pies od przedwczoraj nie żarł. a kleszcz był. pan zrobił rozmaz, b..ozy nie znalazł, więc czekamy. oczekiwanie w poczekalni jest dość nudnym wydarzeniem. jedynym odkryciem była reakcja ludzi na dzwoniące komórki. dźwięki komórek totalnie spowszedniały. nikogo nie drażnił dzwoniący na cały głos telefon pana z wielkim bydlakiem, nikogo też nie poruszyło, gdy przypadkiem włączyłam na cały głos film i nie umiałam go wyłączyć.

aha, pozabieraliśmy bachorom komórki. świat wrócił do jako-takiej normalności. to znaczy dzieci widuję nieco częściej. nawet czasem mają coś do powiedzenia. i trochę bardziej udają, że się uczą. dziw nad dziwy.

niedziela, 2 kwietnia 2017

nie cierpię kaczki

nie lubię kaczki i już. chodzi mi o drób. tłusta, trudna do podzielenia, nie tak zwarta jak kurczak [których już też nie jem]. kaczce stanowcze nie.
ale.
dwa razy zjadłam kaczkę.
pierwszą w bardzo dziwnym miejscu, tam gdzie są megality [Wejsuny? czy jakoś tak]. przy mnie panowie z tamtejszym kotem umówili się na obiadek u Jadzi [chyba]. potem znalazłam strzałkę, ale dopiero gps nas do niej doprowadził, bo miejsce wcale nie jest oczywiste. robią tam swoje smalce, pasztety, kiszonki, chleby itp, a pani kucharka jest miszczynią świata. jeśli JA zjadłam kaczkę, to znaczy, że musiała być nieziemska.
drugą zrobił wczoraj mój prywatny mąż. owszem, było towarzystwo, wino i śpiew [dobra, śpiewu nie było, a tańców - jeden], ale to nie zmienia faktu, że znów zjadłam kaczkę. niewiele, bo niewiele, głównie farszu, ale kaczkę też dzióbnęłam. to była naprawdę dobra kaczka. nawet lepsza od rybek kolegi P., choć rybki były pierwsza klasa.

wieczór nie wymknął się spod kontroli, jednak miał przebłyski:


oglądaliśmy też zdjęcia sprzed 20 lat. co najciekawsze - prawie wszyscy na nich byliśmy.

czwartek, 30 marca 2017

gumoleon przyczyną zawału

położyliśmy dziś drugą część gumoleona. z pierwszą poszło sprawnie może dlatego, że musiałam wyjść. na drugą część dwa dni później zapomniałam wyjść. w dodatku obudziłam chorego głównego wykonawcę, który po powrocie z roboty położył się spać w koszuli.
jestem bez serca.
jak się okazuje bez mózgu, co ów wykonawca przez 180 minut próbował mi udowodnić na każdym kroku.
tak czy siak awantura była ogromna. ze wszystkich sił starał się mnie nie zabić. och, widziałam jak mocno się starał. ale przy tym wbijał szpilę za szpilą, manifestując, że on by to zrobił inaczej i nie wie, czy dobrze myślę. przecież to moja wykładzina i mój pokój, więc pewnie dobrze myślę.
tak czy siak wreszcie poczułam się POTWORNIE zmęczona, potem nie mogłam wziąć głębszego oddechu, wreszcie zaczęło mnie boleć pod cyckiem, a na koniec pod łopatką. następnie nadeszły ataki paniki.
zwlokłam się do kuchni po leki i sama wycieczka tak mi zrobiła dobrze, że bezczelnie leżę w włączonym kompem we wspólnym łóżku. zemsta może nie najsłodsza, ale zawsze chciałam z kompem w łóżku. przynajmniej tyle mi się należy.

ja wiem, że jemu trzeba dać wolną wolę i najlepiej zejść mu z oczu, ale ciągle mi się wydaje, że współpraca to przyjemność...

środa, 29 marca 2017

matrix

pojechałam złożyć wniosek osobiście. to, że pomyliłam Ciołka z Płocką nie miało aż takiego znaczenia, jaki miało rozkopanie części stolycy ku późniejszej uciesze podróżowania pod ziemią. czyli, że będzie szybko, ale póki co jest wolno, a nawet gorzej niż wolno.
dzięki wysiłkom władz miasta ulice Sokołowską i Syreny, które prowadzą w kółko mam opanowane do perfekcji. znalezienie Płockiej w przebudowie stolycy okazało nie lada zadaniem, znalezienie jej odpowiedniej połowy, znów wymagało odwiedzenia Syreny [żartuję], ale zaparkowanie pod nckiem jest fizycznie niemożliwe z racji ulepszania stolycy. proces ulepszania polega na projektowaniu trawników tam, gdzie mogłyby stanąć auta oraz budowy domów tam gdzie te auta znów mogłyby stanąć. parkingi podziemne zaś istnieją, a owszem, jednak nie są przeznaczone dla klientów.

że żyję w matriksie dowiedziałam się ponownie, gdy udało mi się załatwić salę prób dla Teatru Swojego Ogromnego, i jak za dotknięciem różdżki, ponownie zrezygnowała mi aktorka. załatwiam salę - znika aktorka, boję się załatwiać aktorki, bo jeśli matrix zawróci, to zniknie sala [która i tak ma zniknąć w wakacje].

przypieczętowaniem historii z matriksa niech będzie wydarzenie z realu, gdy M. podpalił pole. otóż, idziemy na spacerek do kanałku, słońce, ptaszki, przyroda, papierosek. nagle M. się odwraca i mówi
- pali się.
rzeczywiście. suche dźbyle zajęły się od zapałki w trymiga i za diabła nie chciały się ugasić. oczyma duszy widziałam już płonące pole i straż pożarną ochotniczą z sąsiedniej wsi, a potem policja przepytuje nas, jak do tego doszło, i nasze dzieci dowiadują się, że palimy...

z małej iskry duży pożar.

poniedziałek, 27 marca 2017

progrockfest po raz trzeci

ku pamięci anegdoty z festiwalu

pierwszego dnia omal nie kupiłam mieszkania w Gdyni. a było to tak: nudzę się jak mops, schodzę na dół - może zaprzyjaźnię się z M.? - myślę. ona wprawdzie z kimś gada, ale nic to - walę jak w dym. chłopaki w trakcie rozmowy wydają się coraz bardziej znajome, aż wreszcie ogarniam, że to zespół z pierwszego festiwalu. ten z Gdyni.
więc walę prosto z mostu, że chcę kupić mieszkanie w Gdyni, na Bema. a jednemu robią się oczy jak spodki, na chwilę trzeźwieje:
- ej, ale wkręcasz mnie?
- nie, serio.
- bo ja mam mieszkanie na bema. do sprzedania.
wypaliliśmy fajkę pokoju, łyknęliśmy mirindy, wymieniliśmy telefony :).

dnia drugiego
spotkałam kolegę wujka, słynnego podrywacza Tadka, którego całkowitym przypadkiem poznałam tydzień wcześniej.
znalazłam zgubiony kapelusz na głowie lekko zawianego melomana.
podrywał mnie pijaczyna na oczach Ryśka z M.
a w trakcie pożegnalnego fajka podszedł do mnie kolega fotograf i sprawił komplement na temat mojego anturażu...

 no i czy nie warto?

a z zespołów? pamiętam Szwedów. a po powrocie włączyłam sobie Milenium jako jedyną jak dotąd narrację muzyczną, której się dało słuchać. 

niedziela, 19 marca 2017

dorosła nastolatka [Laura Dekker]

Laura Dekker wyruszyła w podróż dookoła świata jako czternastolatka.
Ukończyła ją, żyje, nic jej się nie stało.
Rozumiem, że urodziła się na jachcie. Wierzę, że zna ocean jak własną kieszeń. Jestem pewna, że poradzi sobie w każdej sytuacji.
Widziałam ją - jest mądra, opanowana, poukładana, wie czego chce.
Wciąż tylko nie jestem pewna, czy puściłabym dziecko, nad którym sprawuję opiekę, samo w tak trudną podróż.
Przede wszystkim z pobudek egoistycznych:
Po pierwsze - na pewno ze strachu [czyli dla zaspokojenia własnego ego].
Po drugie - jakie skutki prawne dla mnie miałaby jej ewentualna krzywda.
Po trzecie - czy ja sama pogodziłabym się ze stratą?
I po czwarte - skoro system prawny większości krajów uznaje samodzielność człowieka od osiemnastego roku życia, to czemu ma on nie dotyczyć wszystkich?
Są też pobudki mniej egoistyczne:
Czy tyle samotności w wieku dorastania na pewno dobrze robi człowiekowi - istocie społecznej?
Co dalej zrobić z życiem, spełniwszy marzenie, które dla wielu pozostaje niedoścignione w dorosłym życiu?

A może to my wszyscy żyjemy w szponach konformizmu, taktrzebstwa i tradycji? Może cywilizacja nas bardziej ogranicza niż wyzwala? I przede wszystkim na co nam ta głupia szkoła? Czy nie byłoby przyjemniej uczyć się życia z życia? Nie musieć pracować dla samego muszenia? Łowić ryb dla siebie, a nie dla przemysłu? Dokąd my tak pędzimy? Wszak wiadomym jest, że ku zagładzie - każda cywilizacja prędzej czy później pożre samą siebie.

Może więc Laura ma rację? Może brak ograniczeń dorosłych sprzyja samorealizacji?. Może to my, dorośli, z naszymi zasadami psujemy dzieci i wtłaczamy im dziwne zachowania i normy?

Scio me nihil scire...


sobota, 18 marca 2017

Świder wycieczka

Zamiast jak normalny zamówić próbki wykładziny, to nie, zachciało mi się wycieczki do Otwocka. 45 kilometrów. W godzinę piętnaście w jedną stronę. I godzinę piętnaście w drugą. W korkach.
Z przerwą na spacer wzdłuż Świdra.
I to był pomysł dnia.
W sklepie spędziłam może 5 minut, a nad rzeką ponad godzinę. Ech, pięknie było. Ogromnie mnie ciekawi, co to za fundamenty wzdłuż wody... pałac czy co?
Pies się tylko w aucie strasznie wynudził. A ja? Auto nie ma radia... Trzy godziny w aucie bez radia. I bez zapalniczki. Jako rozweselacz miałam tylko lusterko. Wsteczne. I wymyśliłam. Nici muszę sobie wszyć, bo nie mogę grać dwudziestolatek. Może lepiej było słuchać radia...


Drugim zajebistym pomysłem było wstawienie stołu ping-pongowego do salonu. Gramy codziennie. Dziś się odbył turniej debla. Top-spiny fruwają po żyrandolach.

poniedziałek, 13 marca 2017

a jednak

... nic lepszego nad "Aresznik i stare koronki"... :D


---
T. mnie straszy, że mam mu oddać 6 tysięcy...

środa, 8 marca 2017

pierwsza naiwna

Starszy Syn przyniósł szczeniaka. Wie, że się nie zgadzam na psa. Mówi, że go wczoraj znalazł na polu, gdy wracał ze szkoły.
Biorę ich do weterynarza, pies ma 5 tygodni, to dziewczynka, całkiem dobrze odżywiona. Nie karmić mlekiem krowim. Kupuję mleko dla dzieci - 25 zł i żarcie dla juniora.
SS prosi, żeby go zawieźć na trening, a po drodze wziąć Brzozę.
Pies zostaje w domu i piszczy, a my jedziemy.
SS: - Teraz będę siedział z moim pieścidełkiem.
B: - Z czym?
SS: - A bo ty nie wiesz, bo ja mam psa.
Ja: - Chwilowo.
B: - Jakiego koloru?
Ja: - Właściwie to taki jak wasza Perła.
B: - A jaka rasa?
Ja: - Kundel mazowiecki. Jak wasza Perła.
SS: - Umyłem go z tego błota.
[Jakiego: tego błota???]
SS: - Lekarz powiedział, że jest dobrze odżywiony.
[Po co on mu to mówi???]
Ja: - A w ogóle to moglibyście tę Perłę wysterylizować, a nie tylko ciągle te szczeniaki.
B: - Duży ten pies?
SS: - Pięć tygodni?
[Czemu on go pyta???]
Ja: - A w ogóle to co za kretyn zabiera pięciotygodniowego szczeniaka matce?
[wreszcie coś mi dzwoni]
Ja: - A czemu Brzoza nie wie, że go znalazłeś, skoro wczoraj razem wracaliście ze szkoły i ja cię zgarnęłam spod jego bramy?
SS: - Eeeee... to nie było wczoraj.
Ja: - A kiedy?
SS: - Nie wiem.
Ja: - Jeśli nie wczoraj, to kiedy, w piątek?
SS: - Tak.
Ja: - I to bydlę mieszka u nas od piątku i ja nic o tym nie wiem?
dojeżdżamy do hali, wysiadają, dzwonię do Córci.
Ja: - Od kiedy pies jest w domu?
C: - Od piątku.
[jeszcze nie słyszę, że za szybko odpowiada]
Wraca M. Pies piszczy.
M: - Co tak piszczy?
Ja: - Ja nic nie wiem, ja nie spraszałam.
M: - Od kogo wziął do bydlę?
Ja: - Ponoć znalazł.
M: - Akurat.
Nakręcam się na maxa. Wraca SS. z treningu.
Ja: - !^%$#@!!! Zbieraj tego psa, oddajesz go jeszcze dziś!!!
SS: - ...
Ja: - Dokąd mam go zawieźć?
SS: - Do Brzozy...


***
Nie, nie zabiłam go, ale naprawdę niewiele brakowało.

poniedziałek, 6 marca 2017

i zapeszyłam...

ja tu się poumawiałam, pozałatwiałam, a mnie załatwiła aktoreczka jedna, co właśnie się wypisała z interesu. i z czech aktorek zostały się dwie.
ech...

sobota, 4 marca 2017

nie zapeszam

... więc nie piszę, co udało mi się wyprosić.
sza.
w czwartek. na pradze. w dusznej kameralnej salce.
uff...

aha, telefon, po który słusznie pojechałyśmy o siódmej rano [!], leżał był spokojnie na podłodze kibla na pierwszym piętrze... odsypiałam nocne zerwanie się do pierwszej.

czwartek, 2 marca 2017

może być gorzej

gdy myślisz, że już gorzej być nie może: 1. stary nie wraca, 2. ty masz próbę i nie masz, co zrobić z dziećmi, 3. jeden bachor się do ciebie nie odzywa od dwóch dni, bo nie udźwignął wyboru, który sport chce trenować, 4. drugi ryczy, ale nie chce powiedzieć z jakiego powodu, może chłopak ją rzucił, a może koleżanka krzywo spojrzała, 5. oboje mają trening, na który trzeba zawieźć i przywieźć, na ale ty masz próbę, a one nie mogą trenować ze sobą, bo się kłócą; no więc gdy rzucasz to wszystko na pożarcie lwom, wracasz z próby, a dziecko w płacz, bo zgubiło na treningu komórkę [prezent od Mikołaja]...

słucham Marka i Vacka przez to, że znajomy wrzucił linka do pana Victora Borge'a. lecą już dwadzieścia minut i wcale nie mam ochoty ich wyłączać...

środa, 1 marca 2017

kolejny zmysł

jeszcze jeden zmysł

ciepło. wiosna puka - przedwiośnie było krótkie - puka z całych sił. młodzieńcze te siły, ale czuć w nich wiatr odnowy. z południa.
snuję się więc po lasach okolicznych [jutro foty z szyszkowego wyrębu]. dla niepoznaki zabieram na spacer kije. i oczywiście tego przerośniętego po obwodzie szczura w kształcie prosięcia, który miął być psem.
już mamy wyjść na ostatnią prostą, gdy postanawiam nadłożyć drogi, zejść na pole, przeciąć je do kanałku i w kółko wrócić do domu.
na polu często spotykam sarenki. tym razem nie zdążyłam o nich pomyśleć, nie podniosłam głowy, nie wyciągnęłam szyi, nie zbystrzał mi wzrok pod wpływem dalkosiężnej myśli. owszem, zrobiłam to wszystko, ale z powodu nagłego, potwornie silnego impulsu, ucisku w karku, wyrzutu tajemnej substancji chemicznej [nie adrenaliny] - zwierzęta!!! - usłyszałam i stanęłam jak wryta.
i rzeczywiście. za drzewami zobaczyłam podskakujące dwie białe dupki.
byłam na nawietrznej...

później, w nadkanałkowych chaszczach pomyślałam o kleszczach, a one w najlepsze już buszowały na futerku sofiksów.
 
w oczekiwaniu na olejniku wciskam czasem na pilocie trójkę, czyli info. dziś pan dziennikarzyna zaprosił wujka Święcickiego i jakiegoś pisiora z wylizaną twarzą. były prezydent miasta stołecznego inteligentny, oczytany, elokwentny wybijał się na tle tego chłopka-rozstropka, który pieprzył takie dyrdymały, że żal uszy ściskał.
i wtedy do mnie dotarło. dla większej większości krajan ten drugi jest po prostu zrozumiały. jest czytelny. mówi jak chłop przy traktorze, nie chrzani o "poderwaniu zaufania do instytucji", nie wchodzi w szczegóły, kto kiedy pracował na rzecz służb. wali prosto z mostu, że dawno z ubekami należało zrobić porządek. że nie mamy króla [jak w Holandii, gdzie Rada Królewska pełni rolę TK], rzuca oskarżenia na ten bluźnierczy spektakl [laska robi laskę kukle papieża - przepraszam - Papieża], potępia w czambuł rzecznika rządu, broniącego równości obywateli.
Święcickiego [wujka kolegi, niezwykle podobni] nikt po prostu nie rozumie. a wylizanego wszyscy. jedni bardziej - widzą, co za typ, drudzy mniej - i wtedy wierzą.
chyba nie da się z tego wyrwać. wreszcie masy czują, że mają swoich u władzy. równie durnych. idę o zakład, że Kiepskiego na prezydenta [albo Boczka] wybrano by jednogłośnie.

wreszcie wyczaiłam, że na Olejnik najlepsi są generałowie. wreszcie gość dostaje szansę wypowiedzieć myśl od początku do końca. ciekawe, skąd ten szacunek u ignorującej wszelkie autorytety dziennikarki?

czy nie czas, szlachetni panowie, założyć klub byłych generałów? może moglibyście stać się zarzewiem zmian?

sobota, 18 lutego 2017

B.O.R.Y.

okazuje się nie najważniejszym dobrze grać. tytułowi faceci nie przestają się uśmiechać przez cały koncert. dobra energia spływa na słuchaczy i otula ich brodatym ciepłem.

okazuje się, że słuchaczy SZANT najbardziej porwał bardzo żeglarski kawałek o tej "Szalonej". bez komentarza...

ku pamięci: najlepszym ich kawałkiem było "Pompuj".

***
od wczoraj jestem confused. ale już przechodzi.

piątek, 17 lutego 2017

znów

... motylki w brzuchu?

tak bez ostrzeżenia?

łaskotki w podołku

chwila zapomnienia

niedziela, 12 lutego 2017

demokratura

szukam przykładów per analogiam, od czego zaczyna się schyłek demokracji. wujek gugiel milczy na ten temat, bąkając coś o wojnach peloponezkich. w sumie, że od wojen to jasne, ale co ma polityka zagraniczna do ustroju państwa? widać ma.

i rozpatrując z perspektywy tysiącleci, to u nas też zaczęło się od wojen. się demokracja nawet narodzić na dobrą sprawę nie zdążyła przez te wojny. to w sumie umierać młodo jej przyszło. jaki lud, taka ludu kracja.

i tak mieląc pejdże trafiłam na traktat niemal filozoficzny o tym, że każda demokracja przeradza się prędzej czy później w autokrację: cesarstwo - od Cezara, królestwo - od Karola, kastryzm - wiadomo, putokrację czy inny orbanizm. u nas pojawiła się postać naczelnika - wciąż nie wiem, jak nazwać nowy ustrój? żeby zadość tradycji się stało, to może kasztania? może alikania? bo jarstwo jakoś nie brzmi...

maleńczuk wieszczy szybki upadek partii wodzowskiej i pierwszy raz w życiu mu kibicuję. wieszczy też, że lud wyjdzie na ulice... hm... ten lud nieruchawy omamiony plusem? ten lud ukocha wodza i pomniki mu postawi. ciekawe tylko, czy osobne, czy przerobi z Lecha.


***
a ten cudny szkuner gaflowy z fb to Altair.

sobota, 11 lutego 2017

zebranie RR

w naszej gminie jest sześć podstawówek i jedno gimnazjum. czeba je wygasić, widocznie jest czynnikiem zapalnym.
pięć podstawówek się mieści w swoich budynkach, mają zresztą po 15 dzieci w klasie - nasza pęka w szwach.
rocznik najstarszego dziecka tworzył pierwszy raz dwa oddziały [A i B], drugiego dziecka dwa lata później - trzy [A, B, C], a rok później były już cztery oddziały. na nim się postęp geometryczny zatrzymał.
sal lekcyjnych w budynku było 10. na trzydzieści prawie oddziałów. we wrześniu po wielkich bojach [finansowych] otwarto dobudowaną drugą część szkoły. zaczęło być normalnie.
bycie wójtem nie jest łatwe, bo zawsze ktoś będzie niezadowolony.
co zrobić z budynkiem szkolnym, najnowszym w gminie, z basenem, za to nieprzystosowanym do małolatów?
1. otworzyć nową podstawówkę - stworzyć nowy rejon.
niektóre dzieci [2-5] zabierze się z dotychczasowego środowiska i wrzuci do nowego.
2. zrobić filię naszej szkoły - przenieść tam klasy 5-8.
wtedy gimnazjum musiałoby podlegać pod naszą podstawówkę. he he.
3. przenieść do nowej szkoły klasy sportowe 4, 5, 6.
bunt rodziców, mimo że dzieci byłyby dowożone.
4. przenieść niektóre klasy: nową 4, 7 oraz stworzyć 0, 1. w ciągu trzech lat szkoła byłaby pełna, gimnazjum by wygasło, bez większych szaleństw. - pomysł wójta.
bunt rodziców, bunt dyrekcji - szkoła traci ciągłość i [sic!] nie wygra w przyszłym roku pucharów na zawodach sportowych.
5. utworzyć szkołę branżową.
nikt jej nie chce [oprócz mnie].
posiedzenie komisji jest w poniedziałek. w czwartek Rada Gminy ma głosować. zaczęły się właśnie ferie. co robi rada rodziców? spotyka się w piątek wieczorem, ustala, że pomysł wójta jest głupi i że trzeba iść na poniedziałkowe posiedzenie komisji oświaty i narobić dymu, ale [uwaga!] nie informować o tym innych rodziców, bo mogą być innego zdania...

puenta:
za rok będzie tu stolyca, która nagle spuchnie trzykrotnie. szkoły będą sterowane i finansowane centralnie. i może inaczej się wszystko ułoży. może zrobią hotel z basenem...? a wszystko za cenę biletu w pierwszej strefie, którego cena i tak wzrośnie...

niedziela, 5 lutego 2017

biblioteka

ja wiem, ja nie z tej epoki jestem. ja nawet pamiętam kapcie biblioteczne, co by pcw nie rysować... wkładało się takie obsrane filce na buty. i szurało w najlepsze. a że były tylko trzy pary, to za dużo osób w bibliotece nie mogło przebywać naraz.

nie to, że tęsknię za tymi łapciami, nie to, żebym uwielbiała tę nabożną ciszę, w której nazwisko podajesz szeptem. no serio, że nie. lubię pogadać z paniami, lubię wymienić poglądy, co czytać, a co niedobre. na koszykowej było straszno, bo nawet głębszy oddech wywoływał wściekłe spojrzenia. więc nie.

w pobliskim mieście L. otwarto bibliotekę, dla niepoznaki nazwano ją poczytalnią. i jak kto niedoświadczony życiowo poszłam tam w sobotę.
trzydzieścioro bachorów pałęta się wszędzie.
na regałach.
przy stolikach.
pod nogami.
przy konsolach.
u kompa.
rysują.
skaczą.
wrzeszczą.
stukają.
żyją.
rozumiem, że zachęcamy dzieci do czytania i uczymy od małego obcowania z książką. ale ja się nie mogę skupić i sama już nie wiem, czego szukam. nie ogarniam ustawienia [wreszcie wpadłam na to, czego można się uczyć na bibliotekoznawstwie - merchandising książek]. nie kumam tych regałów, które ustawiono w bliżej nieokreślony wzorek - ja się nie czepiam, nawet fajne te zakątki, ale może je jakoś tematycznie czy jak...
czemu literatura francuska jest po niemieckiej? i gdzie włoska? gdzie szukać Musierowicz? w polskiej? w dla dzieci - poziom trzeci?

uciekłam po 15 minutach. taka sytuacja.

***

skończyło się na Czubaju z biedronki.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

jezdę debilę

a dziś to debilę jezdę, bo od czasu dekalogu nie wchodzę na lód, gdy od zamarznięcia choć na chwilę jest więcej niż 0, a było. no ale weszłam. pojechaliśmy na łyżwach na niemal drugi brzeg. wrócilim szybciej, bo czułam się jak w fabryce ze względu na hałas - wyścigi samochodowe po lodzie, motory, quady i inne warkoty.
a wieczorem w gazecie stanęło, że auto wpadło po lód 200 metrów od brzegu [wszyscy żyją].

tak że tego...

sobota, 28 stycznia 2017

rozmnażać się czy nie rozmnażać

trafiłam dziś na trzy informacje o dzieciach:

pierwszą był wywiad/reportaż o pani Sienkiewicz, aktorce, jak ledwo wynika z tekstu, która zdecydowała się na macierzyństwo w wieku 58 lat.

czytam jak zahipnotyzowana i staram się wyłączyć rozum, który głośno krzyczy NIE! włączam serce, które ma się z nią połączyć w szczęściu.
ale się nie łączy.

przypominam sobie moje koleżanki, które rodziły pierwsze dzieci coraz później, aż jedna zdecydowała się tuż przed czterdziestką. po dwudziestu latach bycia nieprzerwanie z tym samym facetem. najpierw chciała się wyszumieć, a potem szukała wymówki w postaci wady anatomicznej [która jak łatwo zgadnąć w niczym nie przeszkodziła].
trochę, nie trochę - wcale nie mogłam jej zrozumieć, że chce mieć prawie 60 lat, gdy dziecko będzie zdawać maturę. że chce przechodzić przez etapy rozwoju córki w roli matrony. jasne, każdy ma tyle, na ile się czuje, ona się czuje młodo, co z tego, kiedy wygląda jak moja ciotka.
próbuję sobie wyobrazić, jak będą szeptem na łóżku gadać o pierwszym okresie i o chłopakach...

tak czy siak tak znajoma jest od pani S. 20 lat młodsza...

nie wiem, czy to egoizm, czy cynizm, czy pragnienie czynienia dobra czy inne przesłanki. i pewnie nie mnie oceniać jej wybór.

po chwili zastanowienia dociera do mnie, że jednak właśnie mnie ją oceniać bardziej niż innym. nie urodziłam swoich dzieci. nie zaszłam w ciążę. poczucie, że nigdy nie będą biegały po domu czarnowłose królewny z loczkami mnie nie opuszcza i nie pomaga tak zwyczajnie żyć. wychowuję nie swoje dzieci. z najmłodszym mam najmniejszy kontakt. [różnica wieku 34]. nie mam siły na wydurnianie, na łaskotki, na ciąganie go na sankach, na wysłuchiwanie ile razy przewrócił się w ostatnim meczu. zwyczajnie wolę gadać z nastolatkami. wiem, niektórzy lubią wygłupy. niektórzy sprawdzają się dopiero w roli babci. wtedy mają chęci. moje babcie, tzn. matka i ciotki wspaniale odnajdują się w tej roli, ale nie wytrzymują z małolatami dłużej niż kilka godzin...

nie wyobrażam sobie 70-latki poskramiającej nieokiełznane 10-latki przed chodzeniem po dachach, próbowaniem narkotyków, nocnymi wypadami, ani 80-latki wybierającej sukienkę na studniówkę czy robiącej kanapki i ściągi na maturę... ale podobno mam kiepską imaginację.

...

jednak nie odmawiam jej prawa do własnego szczęścia. niech ma. i niech nie żałuje.

***

drugą jest powrót ustawy antyaborcyjnej.

to pozostawię bez komentarza, bo wiadomo... czas szukać czarnej parasolki.

***

a trzecią - odebranie praw zagranicznej adopcji kilku najważniejszym ośrodkom [zwłaszcza TPD] i ograniczenie ich do ośrodka katolickiego. czy to nie jest wbrew konstytucji? tego już się nie dowiemy, bo na wszelki wypadek strażnicy konstytucji stoją po "dobrej" stronie i orzekną, co trzeba. komu to przeszkadzało? księżom? interes jak złoto. białych dzieci na świecie brakuje, więc Europejczycy i Amerykanie są w stanie zapłacić BARDZO DUŻO za BIAŁE dziecko. serio. a że niepełnosprawne? większy socjal, lepiej przeszkoleni rodzice.
[wiecie, czego się dowiedziałam na szkoleniu adopcyjnym? tego, że istnieje coś takiego dziwnego jak FAS. i to wszystko. nie dowiedziałam się, co z tym zrobić, gdzie diagnozować, gdzie leczyć/rehabilitować. tylko tego, że jest].

przypomniał mi się obrzydliwy krakowski dowcip o domniemanym ojcu. otóż w szpitalu pomylono dwoje dzieci - czarne i warszawiaka. pytają ojca, które woli. wolał oczywiście czarne.
teraz się liczy, żeby dziecko było katolikiem...

gubię się. Kapuściński nie ogarniał świata tego, więc ja też mam prawo. powinnam przestać mamrotać pod nosem, że znowu garnki źle poukładane. czas zrozumieć niezrozumiane.

***

na deser polecam filmik o elektrycznym rowerze: http://www.welovecycling.com/wide/2017/01/16/video-struggle-real-hilarious-british-cyclist-snares-bike-electric-fence/








poniedziałek, 23 stycznia 2017

reportaż z TT - warsztaty

warsztaty, warsztaty i po warsztatach...
czy te trzy dni odmieniły moje życie? na razie nie, poza tym, że oglądam na ibeju leiki i soniaki, które poniżej 10 000 nie schodzą.

w głowie chaos, nic uporządkowanego. żadnych tabelek, wykresów, tego nie róbcie. owszem, przesiąknęłam jego silną osobowością i pewnością siebie, ale czy więcej wiem? wybór najmocniejszych zdjęć nie jest moją najmocniejszą stroną, choć też nie najgorzej sobie radzę.

nie wiem, czy to dobry początek na przygodę z fotografią. chyba lepiej zacząć od warsztatu. ogniskowa, przesłona, czas, iso. wybór sprzętu. jako nieopierzone kurczaki wybieramy obiektywy, ufając bardziej intuicji i entuzjastycznym opiniom niż rzeczywistej wiedzy.

street photography... super ciekawe, zawsze mnie kręciło, ale czy to moja działka? kilka ostrych planów? chyba wolę geometrię i kompozycję.

pan TT [coś musi w tym być, bo kilka osób oznaczyło pliki na warsztaty TT właśnie - ja też] ma niezwykły dar opowiadania, choć nieco zbyt długo ciągnie anegdotę [można wyjść na siku i wrócić na puentę]. trzy dni składały się głównie z opowieści o nim, o wnukach i szalonych przygodach na całym świecie.
- seks w trumnie z Jane
- facet z siekierą w plecach i korytarze szpitalne spływające krwią
- polowanie na wieloryby
- ulica blues barów w Chicago...
okraszone imieninami Leszka B. oraz historyjkami o wnukach [które spuściły w szkole wodę z basenu].

mnóstwo nazwisk, haseł. sesja na Różycu to dobry pomysł, ale czy mnie stać na odwagę?

jak dla mnie za mało ćwiczeń. słabo...




garnitur

gdy kupisz dziecku garnitur [no nie za 50 złotych], a ono w drodze powrotnej się do ciebie nie odzywa, bo jest zmęczone...

środa, 18 stycznia 2017

siły nieczyste

najpierw się okazało, że serduszko w tvp wymazał belzebub.

potem on przyszedł do mnie. aha, bo przybył był obiektyw. nowy. tzn, stary, ale dla mnie nowy. no to jak dziś poszłam w cug, to nie dość, że ludzie uciekali na widok lunety, to się okazało, że skończyła się bateryjka. ale, ale, przecież wzięłam drugi, zapasowy. radośnie wracając na pole walki, zauważam że w tym drugim bateryjka się była skończyła przedwczoraj i teraz aktualnie się ładuje...

tak że tego...

a do telefonu też przyszedł. do srajfona. a to wyśle smski ludziom po nocy. a to mnie wkurzy bezsensem komunikatów. ale co najlepsze, ten belzebub pokazuje mojemu M., gdzie ja dzwonię. w zamian mi też pokazuje jego poczynania, ale wiadomo wszak, że lepiej żyć w nieświadomości.

na aparacie też mi siedzi. od dziesięciu lat chyba. przeglądam te swoje wypociny, szukając na gwałt czegoś w rodzaju reportażu, co mam w piątek zaprezentować Mistrzowi, a tu nie ma ANI JEDNEGO ostrego zdjęcia. serio. ani jednego.

SS. jedzie z dziewczyną na narty. i z jej starymi. nieźle co? ależ się poczułam stara. ja już na sankach ledwo siedzę, a co dopiero na rozjeżdżających się deskach. MS. się na wszelki wypadek nie odzywa, tylko oczami przewraca. bo na obiad była zupa. kazałam mu zamknąć konto na fb. o, ja niedobra.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

punkt widzenia

taka sytuacja:
Córcia ma koleżankę. inną tym razem. i ta inna koleżanka ma całkiem fajną matkę. taką, co stoi mocno na ziemi, ścierą potrafi walnąć, ale niebo dzieciom przychyla [smaży w nocy czipsiki na prośbę ukochanej córuni i pozwala tłustymi od czipsików paluchami robić gazetkę do szkoły]. i ta córunia teraz ma 13 [słownie: TRZYNAŚCIE] lat. i ta zdrowo myśląca matka puszcza kochaną córunię na maraton filmowy [od 22 do 7 rano], nie pierwszy zresztą raz, ale ten maraton kończy się "Wołyniem". tak, właśnie filmem o rzezi na Wołyniu.

i ja mówię, że nie mieści mi się to w głowie, a M., że to nam ją oceniać. tak, słyszałam te nowe historie, że nie nam oceniać innych, tylko ja się pytam, gdzie jest ta granica, kiedy już nam wolno?

spotykam bliską znajomą tejże Matki. bliska znajoma ma wielką działkę w lesie i lubi ścinać drzewa [tak, to o niej już było]. tam, w tym lesie, to ona nie jest sama, nawet ma sąsiadów. z jednej strony to ma sąsiada faceta, który przygruchał sobie dziewuchę ze wsi. i ta znajoma kapnęła się, że dziewucha w ciąży jest i że trzeba pilnować, bo nie wiadomo, co z dzieciakiem zrobi. no i rzeczywiście miała nosa, przedstawiciele władzy wykopały szczątki noworodka z ogródka. ponoć to już piąte.

czy ten postępek już można oceniać czy nadal nie? no bo nie wiem.

bo czy to nie jest tak, że jeśli nie reagujemy na negatywne zachowania [zwłaszcza dzieci, bo obcym nie wolno zwracać uwagi], to nie narasta przyzwolenie społeczne na przemoc. czemu ludzie nie reagują w autobusie na pijaka? przecież pasażerów zawsze jest więcej i śmiało by sobie wszyscy poradzili. czemu sto osób przechodzi obok bachora rzucającego kurwami na prawo i lewo i kopiącego bezmyślnie dziurę w ziemi? bo wolno? w tym dziwnym islamie by to nie przeszło. bo tam wszyscy wychowują kolejne pokolenia [wiem, to nienajlepszy przykład]. niełatwo popełnić przestępstwo, bo nie dość, że niezgodne z religią, to społeczeństwo cię potępi.

tak się zastanawiałam, co ja bym zrobiła na miejscu znajomej [abstrahując, że nigdy nie zauważyłabym nic podejrzanego]. i wymyśliłam. rozpowiedziałabym o jej ciąży po wsi i namówiła mieszkańców, żeby codziennie chodzili do niej z darami dla dzidziusia - wózek, łóżeczko, śpioszki, sroszki - musiałaby dziewucha wymyślić inne rozwiązanie, być może lepsze.

***

a no tak, wośp. 5 medali. jeden za bieg na pięć kilometrów. SS. przebiegł siedem, bo pomylił trasę, przybiegł pierwszy, został zdyskwalifikowany, ale medal się został ;). reszta w ping-pongu, indywidualnie i rodzinnie.

niedziela, 15 stycznia 2017

Tomasz

matko, matko!
zapisałam się na warsztaty do mistrza. i trzeba przynieść własne zdjęcia! własne! co robić, co robić? chyba trzeba iść robić. reportaż. o wośp?
matko, matko!
siedzę i przegrzebuję kompa, a przy okazji ze strachu robię w gacie.

to już trzecie łyżwy w tym roku. he he, na Stegnach można jeździć w drugą stronę. he he. i panczeny do kosza... dobra, nigdy nie miałam lewoskrętnych łyżew, więc wszystko jedno, tylko dziwnie.

no i "Odprawa posłów...". jakież to aktualne. i ten aktor z długimi włosami i zmarszczkami, gdy się uśmiecha. matko, matko! a to były mąż pani od świateł. ja cie. i naenergetyzowany pan kurtyna :)

a M. był na maratonie filmowym. Powidoki, Beksińscy, Morderca i Wołyń. to ci zestaw. po pierwszym się powiesić, a po ostatnim dodatkowo pociąć.

jutro gramy.

piątek, 13 stycznia 2017

z pamiętnika nastolatki

Córcia ma koleżankę. Nazwijmy ją Kunegunda. Kunegunda ma rodziców. No i ci rodzice zastanawiają się, czy PAD podpisze ustawę o reformie edukacji, czy nie. Jedno twierdzi tak, drugie siak. Jak łatwo przewidzieć - zakładają się. Chwilę namyślają się o co. Wreszcie jest:
- Jak wygram, to ty będziesz mi w łóżku robił, to co ja będę chciała.
- A jak przegrasz, to ty mi robiła, to co ja będę chciał.
Córcia z Kunegundą wymieniają spojrzenia...

czwartek, 12 stycznia 2017

gwiazda tańczy na lodzie

dzień fot. po naszym jeziorze, które zamarzło na amen, jeżdżą bobsleiści, kajtowcy wszelkiej maści: narciarscy, łyżwiarscy, bobslejowi, jednym słowem, na czym kto może, tylko przeczepia sobie skrzydło do pleców i hajda!
skrzydło jedno, nie białe i nie z okazji trzech króli... ale miało nie być o polityce.
pozazdrościłam i z odmrożonym tyłkiem wróciłam się po łyżwy i po córcię. razem ruszyłyśmy na drugą niemal stronę, tylko bałyśmy się powrotu pod wiatr i w połowie zawróciłyśmy. pierogi z "Zagłobiance" dodatkowo poprawiły jej humor.


szkoda, że wieczorem weszłam na librusa [63 nowe oceny świadczą o częstości mojej kontroli] i od razu pożałowałam wszystkiego. córcia od grudnia zbiera same jedynki i minusy. nie zrobiła nawet łabędzia z origami, który jest moim popisowym numerem - wystarczyło poprosić.

a SS. pyta, czy może pojechać z dziewczyną na narty [i jej rodzicami]. dać mu gumki?

resztę dnia spędziłam pod kołdrą, gapiąc się w ekran i czekając na wznowienie obrad [wiem, miało nie być o polityce]. no i było. i niesmak pozostał. na tyle paskudny, że już chyba więcej nie włączę tego pudła. [pewnie jutro od tego zacznę, że jednak włączę]. ale po czym niesmak do Swetru?

do zobaczenia w San Escobar ze stolicą w Santo Subito.


środa, 11 stycznia 2017

z pamiętnika nastolatki

Ja: - Dopiero wracam od rana.
14: - Gdzie byłaś?
Ja: - [Yyyy...] Wymienić opony, w Decathlonie i... [zbieram się na odwagę] na randce.
14: - Najważniejsze to nie zdradzać.
Ja: - No przecież wiadomo. Gdzieżby tam, takiego M. to ze świecą szukać.
14: - No trafił ci się mąż, trzeba przyznać.
Ja: - Ale na obiad można czasem pójść.
14: - Zwłaszcza jak ktoś stawia.

Daję słowo, że to nie ja ją tego uczę. Słowo zucha.

A skoro już jesteśmy przy nastolatkach, to podczas wymiany opon zostałam zmuszona [oczywiście w końcu nie mogłam się oderwać] do obejrzenia hitu tvnu - "Szkoła". Z żalem użyłam wielkiej litery, li ze względu na czytelność. Pewnie jeszcze długo moje oczy będą jeszcze żałować. Co się zobaczy, tego się nie odzobaczy. Otóż laski poszły na imprezę. Jedna okradła gości, ale zgubiła przy tym telefon, w którym miała swoje gołe zdjęcia. Kolesie zażądali tysiaka wykupnego albo seksu. Mała najpierw kradnie nauczycielowi laptopa, a gdy szantażyści nie przyjmują okupu, zgadza się z nimi przespać.
Niby nic, tylko one miały tyle lat, co MOJA CÓRCIA!!!
Mówi, że ona nie jest taka głupia. Czy powinnam sprawdzić jej telefon pod kątem nagich fotek????

A opony po prostu zmieniam zimowe chujowe na zimowe zajebiste. Więc byle przed latem zdążyć wymienić z powrotem na chujowe. Tak że tego...

Pokasujcie zdjęcia cycków z telefonów. Taka rada dobrej cioci.

wtorek, 10 stycznia 2017

kebab i czwarta kandydatka

chyba rozumiem, co ten Kochanowski czuł. jednego, najmłodszego ubyło [biała szkoła za 8 stów na pięć dni, z czego dwa dni jazdy], a szczere pustki w domu. jak makiem zasiał. niechże już od podrośnie i zacznie przypominać człowieka.

a wczoraj to dzień sankowy był. dzieci były końmi, a ja powoziłam sankami. czyli głównie krzyczałam: wolniej, wolniej! ciężko utrzymać się starej krowie na saniach.



stąd podejmuję czelendż - 50 brzuszków. wczoraj było 10, dziś 13. szaleję. nie ma appki do brzuszków? na starego sony ericssona?

i jeszcze poszliśmy na kebaba [solidarnie po wydarzeniach w Ełku]. długo szukałam, gdzie w L. najlepiej. więc pojechalim do Błekitnego. to takie miejsce centrum handlowe. na wszelki wypadek w niedziele nieczynne. ale Turki mają osobne wejście, i nawet było czynne. żywego ducha w środku, tylko dwa ciemne Turki. nawet się dogadaliśmy, choć M. wymyślił, że będzie kroił kebaby na pół. zimno było jak w psiarni. ale rozruszaliśmy firmę, bo zaraz po nas przyszło jeszcze czterech gości. z czego jeden z plecakiem na stelażu. nie dawało mi spokoju, czy miał w środku plecak...

dziś bez politykowania, nawet o synu Wałęsy zmilczę. za to znowu byłam w moim ulubionym teatrze. tydzień temu gwiazda powiedziała, że nie będzie przychodzić, bo nie ma dla niej roli. więc jej dopisałam. że to sztuka o klientkach biura matrymonialnego, to moja bohaterka jest zwolenniczką poliandrii. co mi tam, wrzucę poniżej. nie wiem, czy to śmieszne.
nie przeszło. gwiazda nie podoła. wrzucam na dole. czytać nie trzeba. ale można. uwagi mile widziane.

dzień upłynął po turecku.
całuski.

aha, zimno jest. w dzień -10, w nocy do -20. wreszcie prawdziwa zima z dzieciństwa. tylko M. nie mogę wyciągnąć na spacer. nie cierpi zimna i wody. no i palić zaczął na starość. przeze mnie. a w Legionowie podobno smog. 2392 mikropyłki, gdy norma do 50. gorzej niż w Szanghaju.
aha, i jeszcze pokłóciłam się na fb o kebaba. że lepiej głośno nie wyrażać poglądów. tak mi pan napisał.

***



Czwarta kandydatka

Ula, bogata, oczytana, pewna siebie, lekko szurnięta
 
Ula
Dzień dobry.
X      
W czym mogę pani pomóc?
Ula   
Nie wiem, czy pan mi pomoże, bo ja przychodzę w niecodziennej sprawie
X      
Dyskrecja to nasza specjalność.
Ula   
Myślałam, że raczej dobór par.
X      


Och, jak najbardziej. Szczycimy największym współczynnikiem zawartych małżeństw w mieście.
Ula   
Mieścinie chyba.
X      
W naszym idyllicznym miasteczku.
Ula   
Zwłaszcza, że jesteście tu jedynym biurem.
X      
Pozostałe musiały zaprzestać działalności, widząc na nasze sukcesy.
Ula
Wszystkie podstępnie przejęliście. Zresztą nieważne. Mam dla pana zadanie. Otóż, widzi pan, ja dużo czytam. Właściwie nic nie robię, tylko czytam. Stać mnie na to. Wszystko mnie interesuje. Głównie literatura współczesna i podróżnicza. Sama też podróżuję. Ale najbardziej ciekawią mnie opowieści o różnych ludach i ich zwyczajach. Wie pan, ile fascynujących narodów jest na świecie? Niscy, wysocy, czekoladowi, lekko-brązowi, czerwonawi, są tacy, którzy uwydatniają szyje, inni uszy, a jeszcze inni…
X      
To fascynujące.
Ula   
Na przykład pigmeje. Wie pan, że Pigmejki mają większe prawa niż ich mężowie? A ci zaś często gotują, zajmują się domem i bawią dzieci?
X
Rzeczywiście to niezwykłe wśród afrykańskich narodów.
Ula   


Za to ludy papuaskie uprawiają również homoseksualizm, a plemię Kamoro raz do roku odbywa orgię, podczas której każdy może uprawiać seks z każdym.
X
[głęboki oddech] Do czego pani zmierza?
Ula   
Wie pan, zawsze marzyłam o tym, żeby mieć dwóch mężów. I okazuje się, że pewne tybetańskie plemię praktykuje poliandrię. Kobieta może wybrać sobie dwóch mężów, najlepiej braci, którzy razem będą uprawiać jej ziemię.
X      
Ma pani dużo ziemi?
Ula   
Nie, ale jestem dość bogata, by utrzymać obu.
X
Rozumiem. A co z podziałem obowiązków małżeńskich?
Ula   
To ja będę decydować o wyborze partnera na noc.
X      
I jaka jest w tym moja rola?
Ula   
Pan ma mi znaleźć dwóch mężczyzn, którzy byliby chętni zgodzić się na taki układ.
X      
Rozumiem, muszę wypełnić ankietę. Blondyn, brunet?
Ula
Pan jednak nic nie rozumie. Proszę znaleźć dwóch chętnych. Oto tysiąc zadatku. Daję panu miesiąc. [wychodzi]
X      
[oburzony] Nimfomanka. [rozmarzony] Ale bogata…



sobota, 7 stycznia 2017

czech królów

tak się rano zastanawiałam, o co chodzi z tymi prezentami trzech królów... złoto, kumam, mirra i kadzidło pewnie były horrendalnie drogie. ale czy najdroższe? i czy pomogą matce wychować dziecko w oborze? i jakby w odpowiedzi fb pokazuje rysunek trzech mądrych kobiet, które chwilę później przyniosły pieluchy, obiadki i koperek na kolki. o, znalazłam.


dziś kolejny dzień obiektywów...


piątek, 6 stycznia 2017

nie cierpię zmian

właśnie się zorientowałam - brawo ja! - że blogi, które czytałam uparcie od wielu miesięcy, stały się niewidzialne po zmianie bloggerowego layoutu.
jestem już tak stara albo mam kolejne wczesne objawy tej niemieckiej choroby, że nie cierpię zmian.
nienawidzę zmieniać telefonów.
nie cierpię, gdy w ulubionym sklepie przestawiają towary w inne miejsce. 
nie lubię, gdy nóż stoi nie w tej przegródce suszarki albo gdy ktoś pomiesza talerze głębokie i płytkie.
nie znoszę przestawionych rano kapci - bez okularów nie mogę ich znaleźć.
nie jestem w stanie przesiąść się na kolejnego worda [swoją drogą, ciekawe jak udało mi się zmienić nawyki bezwzrokowego pisania na maszynie na kompa - wiecie, Y=Z, ą, ę itd.].
nie używam nowych wersji programów.

opozycja się sypie - codziennie znajdują nowe haki. dziś Kijowski. a temu Swetru dowalił nawet Zandberg. czy teraz przestaje być dziwne, że doszło do rozbiorów? dziś też by doszło. wieki mijają, a nad Wisłą jak zwykle.

ktoś skomentował, że wydarzenia w Ełku nie są niezwykłe, bo we Francji i w Niemczech zdarzają się podobne na porządku dziennym. w niedzielę zjem kebab. albo kebaba. właśnie, że zjem. a w poniedziałek powinnam iść na żubry. sprawdziłam pogodę - mrozy mają ustąpić. szkoda, bo wreszcie wyszło słońce.

filmik o spotkaniu żubrów i wilków robi furorę. szkoda, że nic nie zmieni.

a na deser nieco kultury. bo właśnie nie będzie roku leśmianowskiego ze względu na "niepokojącą niejasność i niezrozumiałość". Leśmian był naprawdę Lesmanem. Nie urodził się żydem. jego stryjecznym bratem był Brzechwa. Zaś Tuwim się z niego naigrawał:

Na płot, co własnym swoim płoctwem przerażony,
Wyziorne szczerzy dziury w sen o niedopłocie,
Kot, kocurzak miauczurny, wlazł w psocie-łakocie
I podwójnym niekotem ściga cień zielony...

tak by ponoć brzmiał wiersz o kotku, co na płotek był wlazł...

gdyby ktoś pytał, co tam u mnie w teatrze, to bez zmian. w pierwszym zrezygnowaliśmy z Przybory [wybranym w listopadzie] na korzyść ponownie Dembończyka, tym razem współczesnego, lecz krótkiego. gwiazda nie będzie przychodzić dla dwóch zdań. autor nie dopisze jej roli. szukamy, czym zalepić, czyli znowu dwie sztuki naraz.
a w drugim teatrze marność. nikt nie przychodzi, próbują dwa razy i szlus. 

dobry uczynek: Bogusi nie zapaliło auto na stacji w L. wysłałam M.

czwartek, 5 stycznia 2017

od podpasek do wojny

tak se myślę, że coś ze mną nie tak. i nie chodzi o corpo sane ani o mózgu defekt. nie.

czytałam swojego bloga sprzed roku i zastanawiałam się, czemu on tchnął radością, a teraz tylko smęty mnię się trzymają. więc wymyśliłam, że jednak będę znów pisać codziennie jedną ważną rzecz. jak pan w krawatach.

drogą selekcji odrzuciłam:
- sprzątnięcie świątecznego stołu
- naprawę koła po gonieniu pana Zenka
- wywalenie kwiata przez BardzoMądrąCórcię, gdyż postanowiła wyjąć go umyciu z wanny za co? za łodygę. zdziwiła się, że został jej w ręku. więc też nie.
- moje sukcesy na gurushots

nie. nie mogę przestać myśleć o manipulacji mediów. o tym, że pan Swetru pojechał na wczasy i jest to tak ważna wiadomość, że do studia telewizji publicznej przyjeżdżają za moje pieniądze mądrale [swego czasu trójkowe], czyli pan semka z panem karnowskim [tytuł grzecznościowy], żeby analizować UTRATĘ WIZERUNKU nowoczesnej. tak się kręci bat z gówna. i już widzę te 70-80% prawdziwych polaków, jak w to święcie wierzą i opowiadają sobie w warzywniaku albo pod budką z piwem, że to pajac z tego Swetru i to bez swetru. 
M. mówi, że nie mam wpływu, więc po co mi ta szarość...

***z ostatniej chwili - pierwsza w nocy jest. schodzę na dół po herbatę i słyszę, jak SS gada przez telefon. z laską. o pierwszej. to taki czas teraz?

to jeszcze o wykładach:
wczoraj niewinnie spytałam córcię, czy nie potrzebuje podpasek. z rozpędu dodałam też: tamponów. i niepostrzeżenie od podpasek przez błonę dziewiczą doszłam do "pierwszego razu".

ale dziś... dzisiaj rozkręciłam się lepiej. SS kręci się po kuchni, a ja rozpalam w kominku i taka myśl mnie nachodzi, że ten 17-latek prawie nie potrafi mi rozpalić w kominku i że gdzieś popełniłam błąd. więc pytam go, jak by to zrobił, przechodzę płynnie do przetrwania w lesie, zahaczam o wątki antynacjonalistyczne i płynnie przechodzę do holocaustu.

wciąż mylę słowa. dziwiłam się, że alzheimery nazywają przedmioty kompletnie inaczej. nie że kalafior-kaloryfer, tylko mylą żurawina-wygoda. i tak teraz mam. coraz częściej. jak szybko ten niemiec przychodzi? błagam, zepchnijcie mnie wtedy ze schodów. może zanim on dojdzie, ktoś inny wygra wybory [jakie wybory?] i wprowadzi eutanazję. na podstawie wpisów na blogu...

środa, 4 stycznia 2017

new year

robią ludzie. podsumowania robią i rezolucje. no to ja też podsumuję - myślę. żeby nie było, zaglądam, co tam, pani, w zeszłym roku naskrobałaś. a tam całkiem nie było źle. myślałam o czymś. zgłębiałam. badałam.
a teraz tylko już wchłaniam.
Hoziera nie zagrałam do tej pory. gitara za to przybyła.
rezolucji nie robię, bo postanowiłam tango argentyńskie przyswoić - dziś pierwsze zajęcia - ale M. stwierdził, że to nie jego klimaty...
ulgnęłam w obiektywach - czemu ja bloga nie robię o obiektywach?
a w ogóle to moja dusza jest odzwierciedleniem sytuacji w kraju. tak se to tłumaczę, że to dlatego już nic mnie kręci, odkąd cioci Frani cyc się w wyżymaczkę... nie, od roku. od TK.
i codziennie ta dusza schodzi do głębszej warstwy otchłani, przysypana popiołem z resztek rozumu i inteligencji narodu. rodzynki z disco polo i prezesa [tego przez małe p], włażącego w tyłek jakiejś gwieździnie polowej posypane solą antysemickiej nagonki w cafe foksal, oblane linczem w Ełku...
mdli mnie.
pytał znajomy Włoch, że u nas źle się dzieje. epistołę spłodziłam, że źle, bo:... pół dnia pisałam, a to ledwie czubek góry lodu.
tak mi szaro, gdy naród sprowadzono do roli łaskawobiorcy dóbr wszelakich:
- 500 plus
- disco polo
- nacjonalizm/antyciapatyzm
- zakaz aborcji
- patriarchatu
- teraz wina i igrzysk się lud będzie domagał
przypomnicie z historii, jak się kończą rządy populistyczne? mam nadzieję, że źle dla rządów, ale chyba źle dla narodów.

a dziś odbyłam wykład na temat: tampon - błona dziewicza - pierwszy raz.
ja to jednak wszechstronna jestem.

aha, i jeszcze guz na psa ogonie się był schował. czyli dobrze, że nie obcięłam... chyba.