niedziela, 30 kwietnia 2017

pięciolatka

przyjechali kuzyni z gór. z trójstyku. tego lepszego, bo zachodniego. no i oni mają pięciolatkę. rezolutną, kapryśną, nie bardzo, ale jednak rozwydrzoną. cały dzień jazdy. pół dnia zabawy i jeszcze nie śpi [północ].

wytrzymuję ją przez jakieś pięć-dziesięć minut.

urodziłabym ją koło czterdziestki. czyli całkiem byłoby to prawdopodobne, gdyby stał się jakiś cud. i tu pojawia się pytanie, czy ja bym nie oszalała? nie zwariowała? szczerze to ten mój siedemnastolatek, czyli najstarszy, wydaje mi się nieco za młody. w moim wieku wolałabym syna starszego. piętnastolatka ok. z dwunastolatkiem mam kłopoty, bo jeszcze nie przeskoczył do nastoletniości, ale ujdzie. da się już z nim dogadać. ale co robić z pięciolatką, która rządzi światem i strzela fochy?

rozglądam się wśród znajomych. WSZYSCY mieli dziecko grubo po trzydziestce, więc wyszło tak, że moje są najstarsze. reszta starych znajomych ma dzieci młodsze. te starsze nieco powyżej dziesięciu, te młodsze to właśnie takie pięciolatki. jak oni to znoszą? kiedy chcą być ich partnerami? będą rozmawiać o okresie i pierwszych pocałunkach jako pięćdziesięciolatki? o maturze jako sześćdziesięciolatki. czy ta wolność cywilizacyjna nie gubi gdzieś naszych ograniczeń cielesnych? [gdzie ja to ostatnio czytałam, że każda wolność przynosi nowe zniewolenia?].

dziwią mnie coraz starsze matki, babcie właściwie. teraz, gdy mają czas na swoje JA, to właśnie go nie mają, a młodość jurną straciły na, właśnie na co? na czekanie, na balowanie, na sytuowanie się czyli mieszkanie i pracę, na strach przed zmianą. wszystkie inteligentne, po studiach. może to przez te studia właśnie? 


niedziela, 23 kwietnia 2017

gokarty

więc dziś dziecię zażyczyło sobie na urodziny rodzinnej wycieczki na gokarty. do tej pory bolą mnie ramiona. żeby dawać auta bez wspomagania - też coś!
okazało się, że gdzieś były wyświetlane czasy, ale nie zauważyłam i nie zostałam mistrzem świata...

potem było tylko gorzej, bo najpierw się jedno dziecię obraziło, a potem drugie, ale już na serio. dzień za dniem.

z teatru mego wypadła aktorka [kochanka], chyba wypadła, bo od dwóch tygodni nie odbiera telefonu. tak czy siak zawisłam. u Ryśka niby coś rusza, ale bez entuzjazmu. józefinki szaleją, ale co z tego jak w dniu premiery jestem na morzu?


M. właśnie spytał, po co żyjemy. powiedziałam, że po to, żeby nacieszyć się pięknem. jakaż ja jestem mądra, nie?

czwartek, 20 kwietnia 2017

dzieje się

ze świąt to tylko tyle, że po raz drugi jechałam koleją i znów mi się podobało. psowi mniej. za to krótko było.
wtorek - nagranie
środa - próba musicalu
czwartek - próba w teatrze
piątek - próba musicalu
sobota - urodziny dziecięcia
niedziela - spływ łódkami na Zegrze

aha, i egzaminy gimnazjalne... dziś poszedł w śmierdzącej koszuli, bo się zorientował rano, że nie lego, więc na jutro uprałam na szybko. szkoda, że razem z długopisem. ale plama pod pachą, więc pod marynarką nie widać.

tera to lajcik. maj zaś kończy się tak:
27 - ruszam w rejs
27 - Zemsta, w której wreszcie mogłabym zagrać
28 - występ musicalu, do którego właśnie próbujemy

wszystko jest bez sensu.

jak tylko teraz odbierać Lokomotywę, gdy koła nie robią już to tak, to to tak, to to tak, to to tak...

sobota, 15 kwietnia 2017

leczniczo

u doktóra z dzieckiem byłam, aby napisał, że nieletniemu pacjĘtowi można wyciąć migdałki bez obaw, że z powodu niskiego tętna nie zejdzie do innego świata.
i już po czterech mNiesiącach przyjęto nas w poradni skaz krwotocznych, aby pobrać mu krew i listem wysłać odpowiedź, że dziecię nie przekręci się w czasie wycinania migdałka z powodu niskiego wskaźnika protrombinowego. nie wiem tylko, jak przyślą odpowiedź, bo nie zaniosłam koperty i znaczka, i nie dało się tego załatwić inaczej.
szpital w mieście z resztkami zamku mazowieckiego broni się rękami i nogami przed standardowym zabiegiem. byle wywalić pacjenta spoza rejonu. wymyślił więc dwa powody nieprzyjęcia.

mnie zaś akurat dziś pogięło [tak, umyłam wczoraj głowę nad wanną] i kochany pan doktór już ucieszył się na myśl, że mnie w dupę ukłuje zastrzykiem [ponownie], ale szybko odstąpił, gdy nieopaCZnie powiedziałam mu o stawach. przepisał lek do połykania, a ja akurat nie miałam karty, bo do teatru wczoraj to musiałam się byłam wystroić w płaszcz. no i tera leżę i się nie ruszam, bo nawet tę zrobioną przez progeniturę herbatę niełatwo mi podnieść do ust. o ręczniku nie wspomnę. w sumie dobrze, jajka dałam radę pomalować, okna umyte [w listopadzie], resztę zrobi teściowa. muszę tylko książkę do czytania kupić [albo dwie], żeby jakoś przeżyć te święta.

że tłumik na drodze znalazłam, to już wszyscy wiedzą. może to przez szarpanie z tym żelastwem mi ten kręgosłup strzelił?

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

10 kwietnia

mam koleżankę, która urodziła się 10 kwietnia. od siedmiu lat nienawidzi swoich urodzin. bardziej chujowego dnia na urodziny nie można sobie wyobrazić.
za moją [sic!] namową zmieniła pracę. dzień jej urodzin zaczął się od mszy żałobnej, gdyż w katastrofie zginął rektor jej obecnego miejsca pracy.
przy okazji resztę życia też ma pod górkę, ale to już opowieść na inny serial.

dziś odbyłam nagłą wycieczkę do weterynarza, odkrywszy, iż pies od przedwczoraj nie żarł. a kleszcz był. pan zrobił rozmaz, b..ozy nie znalazł, więc czekamy. oczekiwanie w poczekalni jest dość nudnym wydarzeniem. jedynym odkryciem była reakcja ludzi na dzwoniące komórki. dźwięki komórek totalnie spowszedniały. nikogo nie drażnił dzwoniący na cały głos telefon pana z wielkim bydlakiem, nikogo też nie poruszyło, gdy przypadkiem włączyłam na cały głos film i nie umiałam go wyłączyć.

aha, pozabieraliśmy bachorom komórki. świat wrócił do jako-takiej normalności. to znaczy dzieci widuję nieco częściej. nawet czasem mają coś do powiedzenia. i trochę bardziej udają, że się uczą. dziw nad dziwy.

niedziela, 2 kwietnia 2017

nie cierpię kaczki

nie lubię kaczki i już. chodzi mi o drób. tłusta, trudna do podzielenia, nie tak zwarta jak kurczak [których już też nie jem]. kaczce stanowcze nie.
ale.
dwa razy zjadłam kaczkę.
pierwszą w bardzo dziwnym miejscu, tam gdzie są megality [Wejsuny? czy jakoś tak]. przy mnie panowie z tamtejszym kotem umówili się na obiadek u Jadzi [chyba]. potem znalazłam strzałkę, ale dopiero gps nas do niej doprowadził, bo miejsce wcale nie jest oczywiste. robią tam swoje smalce, pasztety, kiszonki, chleby itp, a pani kucharka jest miszczynią świata. jeśli JA zjadłam kaczkę, to znaczy, że musiała być nieziemska.
drugą zrobił wczoraj mój prywatny mąż. owszem, było towarzystwo, wino i śpiew [dobra, śpiewu nie było, a tańców - jeden], ale to nie zmienia faktu, że znów zjadłam kaczkę. niewiele, bo niewiele, głównie farszu, ale kaczkę też dzióbnęłam. to była naprawdę dobra kaczka. nawet lepsza od rybek kolegi P., choć rybki były pierwsza klasa.

wieczór nie wymknął się spod kontroli, jednak miał przebłyski:


oglądaliśmy też zdjęcia sprzed 20 lat. co najciekawsze - prawie wszyscy na nich byliśmy.